
Stara pocztówka z netu….w 1890 roku wzniesiono w Bierutowicach obecnie Karpacz Górny, dom wczasowy początkowo zwany Villa Austria, potem Waldschloss. a w naszych czasach w naszych czasach Leśny Zamek. W dali Śnieżka. Tam przyszło moje pierwsze zauroczenie…
Jak już wspomniałam, idąc w górę Karpacza czyli Bierutowic przechodziliśmy obok Leśnego Zamku. I któregoś dnia usłyszeliśmy anielskie pienia dobywające się z jego wnętrza. Śpiewały dziecięco kobiece głosy a wtórowały im basy. Stawaliśmy słuchając, bo muzyka była piękna i niezwykła w tym miejscu.
Wielkimi krokami zbliżał się Sylwester i wtedy nasz opiekun powiedział, że zabawa odbędzie się w tym Leśnym Zamku, ale dzień później, bo termin Noworoczny już zajęty. Na pocieszenie oznajmił, że będą się z nami bawili uczestnicy obozu poznańskiego chóru Kurczewskiego. Nie zrobiło to na nas wrażenia, bo te cienkie głosy należały do chłopców. Słyszalne basy w czasie naszego zachwytu nie przyniosły refleksji, że mogą tam być też dorośli. Dopiero gdy znaleźliśmy się we wnętrzu Leśnego Zamku dzieciaków ani na lekarstwo, natomiast zobaczyliśmy grupę dorodnych młodzieńców. Naszym dziewczynom zapaliły się oczy. Zagrała kapela i pary ruszyły w tany.
Ja już na początku imprezy zauważyłam, że leci mi krew z nosa. Byłam do tego przyzwyczajona bo w tych latach zresztą jak i późniejszych często dopadała mnie ta przypadłość. Usiadłam więc w głębi sali, przy barierce oddzielającej ogromy parkiet i strefę stolików i trzymałam przy nosie wielką chustkę. Siedziałam sobie spokojnie , beznamiętnie słuchając muzyki i od czasu do czasu zerkając na parkiet.
I nagle zobaczyłam spoza chustki jak samotnie idzie przez parkiet najprzystojniejszy z tych młodych. Był wysoki, szczupły, lekko przygarbiony z gładko uczesaną czarną czupryną . Kątem oka go obserwowałam i ze zdumieniem stwierdziłam, że młodzieniec ów wyraźnie zmierza w stronę naszych stolików. Obejrzałam się i stwierdziłam , że siedzi za mną kilka ładnych koleżanek. Więc od razu pomyślałam, że On zmierza do nich.
Jakież było moje zdziwienie, gdy wyhamował przede mną. Zobaczyłam wielkie zielone oczy ładną twarz i uroczy trochę nieśmiały a może tylko tajemniczy uśmiech. Chłopak ukłonił się i zaprosił do tańca. Nieporadnym ruchem pokazałam, że muszę mieć przy nosie tę chustkę. Nie zraził się, bo i tak ją musiał widział, gdyż pewnie jaśniała z daleka czarując krwistymi plamami . Spokojnie powiedział, że to nic, zaraz mi to przejdzie a on poczeka. Posiedzieliśmy chwilę po czym spróbowałam przestać uciskać skrzydełka nosa, odjęłam chustkę i o dziwo już nie krwawiłam.
I wtedy poszliśmy na parkiet. Tańczył wspaniale. Płynęłam w jego ramionach po raz pierwszy tak. Bo nie mogło się to dać porównać z tańcem z moim Tatą, który uczył mnie pierwszych tanecznych kroków ani z tańcem z kolegami z klasy na szkolnych potańcówkach. Byłam pod silny wrażeniem tego tańca i uroku chłopaka. Widziałam, jak zerkają na nas zaciekawione koleżanki z obozu, a szczególnie te starsze. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że zazdroszczą. Powiedziały mi o tym dopiero później, z niejakim podziwem, że ja zawojowałam najprzystojniejszego. A cóż to było za zawojowanie. To był tylko zawrót głowy….



