Opowieść Sylwestrowa (3)

LeśnyZamekStarezima.jpg

Stara pocztówka z netu….w 1890 roku wzniesiono w Bierutowicach obecnie Karpacz Górny, dom wczasowy początkowo zwany Villa Austria, potem Waldschloss. a w naszych czasach w naszych czasach Leśny Zamek. W dali Śnieżka.  Tam przyszło moje pierwsze zauroczenie…

 

Jak już wspomniałam, idąc w górę Karpacza czyli Bierutowic przechodziliśmy obok Leśnego Zamku. I któregoś dnia usłyszeliśmy anielskie pienia dobywające się z jego wnętrza. Śpiewały dziecięco kobiece głosy a wtórowały im basy. Stawaliśmy słuchając, bo muzyka była piękna i niezwykła w tym miejscu.

Wielkimi krokami zbliżał się Sylwester i wtedy nasz opiekun powiedział, że zabawa odbędzie się w tym Leśnym Zamku, ale dzień później, bo termin Noworoczny już zajęty. Na pocieszenie oznajmił, że będą się z nami bawili uczestnicy obozu poznańskiego  chóru Kurczewskiego. Nie zrobiło to na nas wrażenia, bo te cienkie głosy należały do chłopców. Słyszalne basy w czasie naszego zachwytu nie przyniosły refleksji, że mogą tam być też dorośli. Dopiero gdy znaleźliśmy się we wnętrzu Leśnego Zamku dzieciaków ani na lekarstwo, natomiast zobaczyliśmy grupę dorodnych młodzieńców.  Naszym dziewczynom zapaliły się oczy. Zagrała kapela i pary ruszyły w tany.

Ja już na początku imprezy zauważyłam, że leci mi krew z nosa. Byłam do tego przyzwyczajona  bo w tych latach zresztą jak i późniejszych często dopadała mnie ta przypadłość. Usiadłam więc w głębi sali, przy barierce oddzielającej ogromy parkiet i strefę stolików i trzymałam  przy nosie wielką chustkę. Siedziałam sobie spokojnie , beznamiętnie słuchając muzyki i od czasu do czasu zerkając na parkiet.

I nagle zobaczyłam spoza chustki jak samotnie idzie przez parkiet najprzystojniejszy z tych młodych. Był wysoki, szczupły, lekko przygarbiony z gładko uczesaną czarną czupryną . Kątem oka go obserwowałam i ze zdumieniem stwierdziłam, że młodzieniec ów wyraźnie zmierza w stronę naszych stolików. Obejrzałam się i stwierdziłam , że siedzi za mną kilka ładnych koleżanek. Więc od razu pomyślałam, że On zmierza do nich.

Jakież było moje zdziwienie, gdy wyhamował przede mną.  Zobaczyłam wielkie zielone oczy ładną twarz i uroczy trochę nieśmiały a może tylko tajemniczy uśmiech. Chłopak ukłonił się i  zaprosił do tańca. Nieporadnym ruchem pokazałam, że muszę mieć przy nosie tę chustkę. Nie zraził się, bo i tak ją musiał widział, gdyż pewnie jaśniała z daleka czarując krwistymi plamami . Spokojnie powiedział, że to nic, zaraz mi to przejdzie a on poczeka. Posiedzieliśmy chwilę po czym spróbowałam przestać uciskać skrzydełka nosa, odjęłam chustkę i o dziwo już nie krwawiłam.

I wtedy poszliśmy na parkiet. Tańczył wspaniale. Płynęłam w jego ramionach po raz pierwszy tak. Bo nie mogło się to dać porównać z tańcem z moim Tatą, który uczył mnie pierwszych tanecznych kroków ani z tańcem z kolegami z klasy na szkolnych potańcówkach. Byłam pod silny wrażeniem tego tańca i uroku chłopaka. Widziałam, jak zerkają na nas zaciekawione koleżanki z obozu, a szczególnie te starsze. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że zazdroszczą. Powiedziały mi o tym dopiero później, z niejakim podziwem, że ja zawojowałam najprzystojniejszego. A cóż to było za zawojowanie. To był tylko zawrót głowy….

 

Co się z nami stało….

 

Krokodyl;.jpg

 

 

Był koniec lat 60 ubiegłego wieku.

Warszawa jeszcze zachwycała specyficznym wieczornym zapachem, przepastnym ogromem i ukrytą w niektórych miejscach urodą.

Nasze studia jeszcze były w toku, moje  po przeniesieniu z poznańskiej AM.

Zawiązały się nowe znajomości z ciekawymi ludźmi, przetrwały przyjaźnie z niektórymi do tej pory.

I nadszedł  pierwszy nasz warszawski Sylwester 1968/1969.

Na Rynku Starego Miasta była dość kultowa wtedy  knajpa o ładnej nazwie Krokodyl. Nie pomnę kto zaproponował to właśnie miejsce balowe, a my jak zwykle byliśmy chętni do spotkań i różnych rozrywek.

Gorzowska krawcowa uszyła mi na tę okazję wąską krótką sukienkę z  falbanką  okalającą dekolt i drugą szeroko kończącą sukienkę nad kolanem . Była  z miękkiej, jak wtedy się mówiło lejącej się a przede wszystkim  zielonej , nieco lśniącej materii . Dobrze się w niej czułam , chciałabym ją obejrzeć raz jeszcze, dotknąć. Nie jest to możliwe, bo gdzieś się zapodziała. Ale któżby przechowywał przez te ponad 40 lat dawną sukienkę. W naszym małym mieszkaniu niewielka szafa ledwie mieściła codzienne ciuchy. A dzisiaj żal, że sobie gdzieś poszła…zielona świeża , taka jak nasza młodość…oj ta nasza młodość….

     Tak więc nadszedł Sylwester i czas Krokodyla. Nie znałam tej knajpy, ale koledzy wiedzieli jak tam jest. A było ładnie, tylko miejsca do tańczenia niewiele.  Zasiedliśmy  pod ocalałym z wojny piwnicznym ceglanym magicznym niskim sklepieniem , nad butelkowym stołem ….

I wtedy ktoś pstryknął to zdjęcie .

Przetrwało i zda się, że mamy dwadzieścia lat , jak wtedy….

I tak idąc wzrokiem od lewej strony zdjęcia widzę Anię o niespotykanie alabastrowej skórze , , dużego Macieja  obok  autorkę tych wspomnień w zielonej opisywanej i Mirka. Nasze twarze porysował czas, Mirkowi ładnie posypał srebrem głowę  a Maćkowi niedawno zaproponował przeprowadzkę w zaświaty.  

Czy myśleliśmy wtedy o przyszłości? Pewnie nie .

Niezależnie od tego myślenia czy nie myślenia  przeżyliśmy  kawał życia.

A teraz co się z nami stało? Nic wielkiego, po prostu  czas nam odbiera to co dał…ale  dzięki mu za to, że dał….

      I tylko Krokodyl jak niegdyś zaprasza na Stary Rynek i  ta stara fotografia przypomina naszą szumną dziką nieujarzmioną szaloną młodość…

Na medycznej ścieżce. Czasy warszawskie się rozpoczynają…

 Na innym wykładzie przysiadła się do mnie kolejna dziewczyna. Była średniego wzrostu,  bardzo pulchna , ale o delikatnej ładnej buzi i bystrych ciemnych oczkach. Zapytała, skąd się wzięłam itd. Opowiedziałam o sobie. Była to Helena Lenkiewicz. W tym czasie była już z Wojtkiem Muszyńskim, z którym zawarła związek małżeński na 6 roku naszych studiów.   Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i rozpoczęły się spotkania poza uczelnią. Bywaliśmy u siebie w domach,  w kawiarniach, teatrach. Wspólnie spędzaliśmy noce sylwestrowe. Nie zapomnę drugiego mojego sylwestra w Warszawie . Był to bal  w Urzędzie Rady Ministrów, przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wtedy pracował Paweł, brat Mirka i w związku z tym miał możliwość załatwienia  biletów. Oczywiście był tam też i Paweł ze swoją żoną Grażyną. Już kiedyś opisywałam Grażynę, ale teraz ponownie o niej.  Była to dziewczyna oryginalnej urody o pięknie wykrojonych ciemnych oczach , przypominających oczy madonny ze  starych ikon. Zresztą nadal, mimo upływu lat i ostatnio trudnego życia zachowała tę zadziwiającą urodę, świetną dziewczęcą sylwetkę. Ubiera się w ciuchy młodzieżowe, z wysmakowywanymi dodatkami. Z przyjaciółkami biega na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, do kin i teatrów. Kilkakrotnie mnie zapraszała, bym uczestniczyła w jej życiu towarzyskim, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Pewnie wrodzone lenistwo się  wtedy odzywało;-(

Wracam do tego balu.  W Urzędzie Rady Ministrów  było wytwornie, ale też bardzo zabawowo. Grał  świetny zespół i hasaliśmy tak, jak to tylko młodzi potrafią. W czasie jakiejś przerwy w tańcach, opadliśmy na krzesła konsumując znakomite wiktuały i popijając winko.

 I wtedy Wojtek patrząc rozmarzonym wzrokiem na bardzo pulchną Helenę, którą niedawno poślubił,  rzekł: Tyle tego i wszystko moje. Było to piękne i zapamiętałam na całe życie.

Jednak ich dalsze losy nie potwierdziły znaczenia tych znamiennych słów, bo po wielu małżeńskich latach doszło do ich rozwodu

Na medycznej ścieżce. Pierwsi znajomi w warszawskiej Akademii Medycznej.

 

Mój pierwszy Sylwester w Warszawie. Jesteśmy w Krokodylu. Od lewej fragment Jolki, Anka Brczak, Maciek W. i my

 

 

 

W 1968 roku rozpoczęłam nowy rozdział życia- małżeństwo i przeniesienie z Poznania do warszawskiej Akademii Medycznej. Właśnie rozpoczął się IV rok studiów , gdy już na pierwszym wykładzie przysiadły się do mnie dwie  koleżanki. Była to skromnie i gładko uczesana Jolka Chmielewska( potem Wanatowicz a potem Zdanowicz) i Baśka Lubaszewska. Wypatrzyły mnie w tłumie ludzi z roku i przygnały by się dowiedzieć, skąd przybyłam i w ogóle kim jestem.

Może wypatrzyły mnie dlatego, bo miałam bardzo ładną sukienkę.

O sukience muszę teraz napisać, bo była tego warta. Proszę wybaczyć tę dygresję.

A było to tak. Gdy wyszłam za mąż, Mama uznała, że powinnam posiadać jeszcze jakieś ciuchy poza ciemnozieloną koszulą frotte. Jak już pisałam wcześniej zupełnie nie dbałam o stroje. I teraz Mama postanowiła trochę mnie odziać.  Mieliśmy wówczas znajomą, panią Gorską, która prowadziła sklep z dewocjonaliami  w Gorzowie przy ul. Hawelańskiej.   Mama uczyła jej synów, którzy chyba teraz są stomatologami w Gorzowie. Ta pani miała rodzinę w Szwecji i często tam wyjeżdżała. Kiedyś Mama poprosiła panią Gorską o przywiezienie stamtąd jakiegoś materiału i ew gotowego ciuszka.  Wówczas to otrzymałam dwie garsonki, które uszyła krawcowa gorzowska pani Szczepańska oraz sukienkę ze świetlistoszarej  wełnianej dzianiny . Była prosta, a w poprzek w okolicy biustu  miała stonowany , ale barwny szeroki  wzór, nazywany kiedyś norweskim. Ta sukienka była naprawdę bardzo ładna i nic dziwnego, że przyciągała moje koleżanki.

Znajomość a w pewnych okresach nawet przyjaźń z Jolką przetrwała do tej pory. Mirek bardzo polubił Jolkę a nawet jej ówczesnego narzeczonego Maćka W.    

Potem  dołączyła do nas para z naszego roku-  Anka Brczak i Igor Polański.  Anka miała urodę Japoneczki i cerę jak najwyższej klasy porcelana. Igor był niski, rudowłosy z brodą rudą także i wydawał się przybyszem z innych stron. Byli pięknie zakochani , pobrali się po studiach i przetrwali w tym związku do tej pory. Zostali ginekologami, mają dwóch synów. Kontaktu z nimi nie mam i nie poszukuję. Byli epizodyczną znajomością na mojej drodze.

Jednak w roku 1968, 1969 w tym towarzystwie spędzaliśmy z Mirkiem sporo fajnych chwil.

Na załączonym zdjęciu od strony lewej niewielki fragment Jolki, Anka, Maciek i my.

Jest to nasz pierwszy sylwester w tym gronie, a mój pierwszy w Warszawie. Urzędujemy w piwnicy Krokodyla, lokalu na Rynku Starego Miasta . 

Młodość i uroda aż bije z tego zdjęcia.

Oczywiście oceniam nas z perspektywy minionych ponad 40 latJ.

Przecież wtedy tak się nie myślało o sobie, wszystko było fajne ale przyjmowaliśmy naszą młodość w sposób naturalny,  nie zastanawiając się nad  tym jedynym, niepowtarzalnym okresem w życiu…..dopiero teraz przyszła świadomość, że  już wszystko” przeminęło z wiatrem”…