O Staśce, mojej przyszłej Babci ( Mamie Taty) pisałam już wcześniej. Była najstarszą córką Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Urodziła się w 1874 roku.
I wtedy nad domem Rodziewiczów wstało cudne słońce, a po deszczu pojawiła się tęcza. Może tak było, może nie, ale na pewno to wydarzenie dla młodych rodziców i dla nas, teraz żyjących , było niezwykłe i przełomowe. 
Tak więc, na pewno wtedy wstało słońce i po deszczu na niebie pojawiała się tęcza
Staśka niewiele odrosła od ziemi , gdy pojawiły się na świecie kolejne rozwrzeszczane stworzenia.
Były to dziewczynki. Kochali je jednakowo, mimo, że niektóre z nich miały naturę wyciszoną i łagodną a niektóre wojowniczą i rogatą .
Już stało się regułą, że przy każdym porodzie uczestniczył Bolek i z niezmienną troskliwością zajmował się jak umiał, swoją ukochaną Michaliną. Ona po każdym porodzie rozkwitała, przybywało jej tłuszczyku na brzuchu, ale to się bardzo podobało jej mężowi. Była niewielka, miękka i bardzo bardzo ciepła.
Nadal zajmowała się dzieciakami z miasteczka, prowadząc miniprzedszkole oraz zajęcia teatralne dla dzieci starszych.
Umiejętnie dzieliła swój czas pomiędzy cudze i własne dzieci. Zresztą jej własne maluchy bardzo chętnie przebywały na stryszku, niańczone przez starszaki sąsiadów. Tak więc korzyść była obopólna.
Mijały lata w Rakowie, Bolek i Michalina wiedzieli, że to są piękne lata ich szczęścia. Mimo młodości, doceniali fakt, że stanowią dobrą i wesołą rodzinkę.