Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 17 ) . Muzyczne wydarzenia z „ Krową ” w tle :) ….

Powinnam wrzucić teraz bardzo ciekawy wpis Mariolki, ale dość poważny … pewnie już zapomniała jaki – ale ja pamiętam, Mariolko …..

– dziś  specjalnie wybrałam  dla Hirka i dla nas zabawne historie  Leszka – zabawne bo perspektywy wielu lat oglądane – zresztą przez Niego urozmaicone powagą –  chyba się nie obrazi, że się uśmiechać będziemy ? 

Kutno zaprasza…  zdj własne.

Może Hirek poczyta , bo  już w Domu ( czeka na wynik, który zdecyduje o dalszym leczeniu – a jesteśmy pewni, że da radę !!!!)   i  się odpręży a może trochę  pośmieje ze mną, z nami  – choć opowieść Leszka teraz brzmi wesoło, ale w czasach, które wspomina, to był Wielki poważny problem – jak to u młodych bywa – wszystko ma inny wymiar – mega wymiar….

A było tak :

Jakiś czas temu gawędziliśmy sobie w Grupie messengerowej – a to o korzeniach naszych a to o jakiś wydarzeniach szkolnych czy studenckich, choć najbardziej o zmarłych przedwcześnie Kolegach – odezwał się Leszek z tej swojej Anglii – gdzie nadal przywraca kobiecość paniom po mastektomii, odtwarzając im piersi – co nas martwi, bo tej klasy chirurg plastyk na pewno mógłby być przydatny Polkom – ale c’est la vie…….

Słowa Leszka , zbieram rozproszone w notatniku – bo kopiowałam z Messengera na żywo – podaję zwyczajowo pogrubioną czcionką czasem wrzucając „ buźkę „, gdy się do Niego uśmiecham lub myślnik dla łatwiejszego czytania w blogu oraz wielokropek gdy się zatrzymuję i rozważam tudzież rozbudowuję w swojej głowie tudzież wyobraźni  leszkową myśl :

 Gdy na geografii była lekcja o Kaszubszczyźnie ja – głupi – wstałem i pochwaliłem się, że mam kaszubskie korzenie. Odtąd koledzy nazywali mnie „Kaszubkiem” co dzielnie znosiłem.

Gorzej było z „Krową”, ale to inna historia….

Odpisałam

Szkoda, że Twoje  zdjęcia  rodzinne przepadły jak pisałeś

Ooo o Krowie my nic nie wiemy

Odwiedziłeś miejsce gdzie się urodził Twój Tata ?

Leszek nie odpowiedział na wszystkie pytanie – ale „ pociągnął „ temat krowy ::

Mama miała ambicje zrobić że mnie muzyka. Od 6-go roku życia byłem również uczniem Szkoły Muzycznej ( dla poznania magii tego miejsca warto obejrzeć zdjęcie pod całością wpisu – przyp Z. K. ).  Powtarzałem drugą klasę i dlatego jako prelegent i mentor  nie mam u dzieci szacunku. Żadne nie repetowało.  🙂

W czwartej klasie zdobyłem się na odwagę i oświadczyłem Rodzicom, że do Szkoły Muzycznej chodzić nie będę.

Ojciec – spokojnie – wsadził mnie na motor i wywiózł  na wieś do znajomych do pasania bydła.

Następnego dnia przyszła do domu – do Ojca – delegacja z klasy – „żeby Pan doktor nie wywoził Leszka do pasania świń” …

Ojciec zmiękł – ale ksywa „Krowa” została do matury. 🙂

Ale potem grałem nawet Chopina, Beethovena, Mozarta.

Tak więc pośrednio dzięki Mamie zostałem szefem Chóru AM w Poznaniu po odesłaniu wspaniałego Fiszbacha  . Na szczęście ręki do tego nie przyłożyłem …

(  dzięki Jurkowi mamy kontakt mailowy z dr Fischbachem i wiemy  – że po latach wyrzucenia w pamiętnym 1968 roku – z uczelni , chóru i chyba z kraju – powstał, odrodził się i pomimo słusznego wieku  Pięknie kontynuuje swe dzieło,  które nazywam Misją  Zleconą przez Stwórcę  –  nadal prowadzi  Chór Madrygalistów, który stworzył po latach wygnania )

Odpisałam :

CUDNE!!!

Opowiadaj odpowiadaj opowiadaj ….

Oczywiście nasze rozmowy przeszły na boczne tory – a może Leszek pognał na blok operacyjny.

Wkrótce potem wybyłam do Jastarni. I tu idąc wzdłuż wydm, pozdrowiłam znad morza Kolegów. I wtedy nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej pałeczki lub jak „ królik z kapelusza”  wskoczył do mnie tekścik Leszka, będący kontynuacją poprzedniej  gdzieś tam „ zawieszonej „ opowieści o „ Krowie” . Jakie to fajne, że nasze wspomnienia – dzięki rozmowom ożywione –  nadal w nas „ buzują „ powodując żywsze krążenie krwi ( przynajmniej u mnie )  🙂

 A propos morza.

Ostatnio – w zeszłym roku  – usłyszałem tę „ Krowę „od przyjaciela, który kiedyś , dawno dawno temu, ale w czasie wspólnej edukacji w Kutnie – w ataku w koszykówkę natknął się na mnie. „Krowa” był nie do przejścia. Okazało się, że on do dziś pamięta  nokaut w splot słoneczny , bo sam nadział się na moje kolano w ataku.

Na wszelki wypadek uciekł przede mną na oceany.  🙂

Jako kapitan Żeglugi Wielkiej ledwo wyszedł z życiem gdy radziecki trawler w czasie sztormu staranował „Nysę”.

W gazetach czytaliśmy że to sztorm, ale wówczas nie można było nic zarzucać naszym „przyjaciołom „ …..

Jako obrońca w szczypiorniaku –  „Krowa” –  również nie był do przejścia, przypominał ten  przyjaciel  –  napastnicy strony przeciwnej mieli pecha, bo dwa razy złamali sobie rękę, raz nos – a jeden utracił dwie górne jedynki  🙂

Zostaliśmy na zawsze przyjaciółmi, bo wiedzieli, że ja byłem bezwzględnym obrońcą wszystkich uciśnionych.

Nie raz byłem karany za „pyskowanie”, ale agresja nauczycieli kierowała się na mnie, nie na winowajców.

Hadko wspominać….

Kutno, Pałac Gierałty – tam mieści się Państwowa Szkoła Muzyczna im. K. Kurpińskiego . Tu Leszek postanowił rozstać się z muzyką, ale Mu się na szczęście nie udało 🙂 . zdj z Wikipedii.

Profesor Archampong i dr n. med . Leszek Milanowski  ( Anglia )

Leszek Milanowski z dwiema ulubionymi pielęgniarkami  ( Anglia)

Ukochana ( jak Wszystkie Dzieci Leszka ) Elżunia i Wnuk Kuba …

Zdjęcia Leszka Milanowskiego – z Facebooka

pozostałe –  własne

w tym zielone znad mojego Bugu – bo zieleń to nasza młodość i Nadzieja ……

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Osiadamy w Gorzowie.

   Lot nad własnym ziemskim losem ( 12 )   

Osiadamy w Gorzowie

 

     Rodzice dyskutowali, gdzie by tu osiąść, przeprowadzić się. Ojciec wcześniej odrzucił propozycję pracy w Ministerstwie Kolei, do której zachęcał go ówczesny wiceminister Balicki, poznany ongiś w obozie koncentracyjnym.

W rezultacie wybrano Gorzów  Wlkp., gdzie ojciec został pracownikiem Oddziału Drogowego  PKP, zaś matka powędrowała do szkoły. Ja również znalazłem się w gimnazjum przy ul. Estkowskiego. Mieszkaliśmy początkowo przy ul. Kosynierów Gdyńskich, później przeprowadziliśmy się do lepszego i wygodniejszego mieszkania przy tej samej ulicy, będącego jednak bliżej szkoły. Miałem duży, wygodny pokój z biurkiem, przez okno mogłem widzieć naszą szkołę. Wyznam, że nie czułem się w niej zbyt swobodnie, gdyż mieściły się tu klasy szkoły podstawowej , w których pracowała matka, jak i moje gimnazjalne klasy. Budynek więc był wspólny a matka stale miała mnie na widoku. Szybko więc zyskałem opinię chłopca nieśmiałego.

      Podziwiałem ojca, który chociaż schorowany po obozie, wiele czasu poświęcał pracy, zarazem studiując zaocznie na Politechnice Poznańskiej, w efekcie zdobywając dyplom inżyniera .

 

Losy moich Rodziców. Smorgonie…

 

 

Herb Smorgoń

 

 

 

Z chwilą uzyskania skierowania do pracy w podwileńskich Smorgoniach, w moją Mamę wstąpił nowy duch.

Uwierzyła w  to, że koło fortuny obraca się na korzyść Jej i jej małżeństwa.

O miasteczku poczytała w jakiejś encyklopedii.

Najbardziej ją zainteresował fakt, że był tam kiedyś słynny w Europie ośrodek tresury niedźwiedzi zwany akademią smorgońską. Powstał w XVI wieku i został zamknięty dopiero po powstaniu listopadowym, tj po 1831 roku.

Prawdopodobnie w XVI wieku na te ziemie przywędrowali Cyganie.

Zajmowali się kotlarstwem, handlem końmi ale zwykle kradzieżami. Dlatego mieszkańcy z ulgą przyjęli jeszcze jedną z ich umiejętności- szkolenie niedźwiedzi. Tę grupę nazywano niedźwiednikami. Stopniowo ta grupa wzrastała liczebnie, co wiązało się z modą panującą wówczas w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Był to zwyczaj popisywania się różnymi dziwami natury. Magnaci sprowadzali na swoje dwory Murzynów, wojska husarskie były wyposażone w skóry lwów, tygrysów, panter.

W ten klimat doskonale wpisywały się muzyczne popisy Cyganów i taneczne ich wychowanków.

A tymi wychowankami były niedźwiedzie.

Szkoła niedźwiedzi była zorganizowana i prowadzona przez  cygańskich książąt tzw. królów cygańskich.

W tamtych odległych czasach, w okolicznych lasach, w właściwie kniejach  żyło mnóstwo zwierzyny.

Królowały tutaj niedźwiedzie.  

Co pewien czas okoliczni mieszkańcy  zapuszczali się w leśne ostępy, wykradali młode niedźwiadki  i potem oddawali je na nauki tańca do akademii.

Wybierano jedynie zwierzęta płci męskiej, gdyż panie nie miały dostępu do edukacji.

Radziwiłł sprowadzał także małpy w celu ich edukacji, ale tacy uczniowie stanowili margines akademii.

Właściciele niedźwiedzi ustalali z władzami akademii kwotę , za którą pobierały one nauki. Potem przydzielano każdemu misiowi stałego nauczyciela.

Nauka tańca odbywała się w wielkiej specjalnie skonstruowanej izbie. Jej podłogę stanowiła ściana pieca kaflowego.

Misia przymocowywano do słupa, by nie uciekał . Na tylne łapy nakładano mu onuce i łapcie.

Następnie  rozpalano w piecu. Rozgrzewano go nieomal do czerwoności .

W tym czasie Cygan rozpoczynał grę na skrzypcach.

Niedźwiadek parzony w przednie łapy, szybko stawał na tylnych i wykonywał ruchy podobne do pokracznego tańca.

Poprzez odruch Pawłowa wyrabiał w sobie skojarzenie dźwięków skrzypiec, piszczałki i  gorącej podłogi.

Potem gdy słyszał taką muzykę, rozpoczynał swój taniec.

Nauka trwała 6 lat.

Po tym okresie opiekunowie misia zabierali swojego ucznia na tourne po dworach szlacheckich i miastach, a za pokazywanie sztuczek pobierali datki, z których znaczny procent był przeznaczony do kasy smorgońskiej akademii.

Ciekawostką jest to, że mimo sztucznych warunków życia, które stwarzano misiom, nie straciły one swojego zapisanego przez naturę systemu zimowego snu.

Nie udało się przeskoczyć natury niedźwiedzi i każdej zimy zapadały one w głęboki sen. Nie mając szans przełamania praw natury, w akademii stworzono  specjalne zimowe sypialnie dla misiów.

Wystrój tych pomieszczeń miał przypominać gawrę,  były więc wyłożone igliwiem i gałęziami.

Tam misie spędzały słodko czas od 1 listopada do 15 lutego.

W ten to sposób same sobie planowały zimowe wakacje.

Wiosną znowu wyruszały w świat ze swoimi opiekunami.

 

Popularność Smorgoń w tym okresie historycznym potwierdzają używane wówczas określenia. Tak więc kogoś, nie grzeszącego inteligencją, określano mianem „ dudy smorgońskiej” a o kiepskim tancerzu mawiano, że się porusza” z gracją smorgońskiego absolwenta”

 

Do  innych smorgońskich ciekawostek należały słodkie obwarzanki. Wypiekano je tutaj w dużych ilościach i miały niepowtarzalny smak i aromat. Wożono je do Wilna, gdzie w czasie słynnych Kaziuków cieszyły się wielkim powodzeniem. Tak więc, przed tym świętem widać było na drogach mnóstwo wozów z tym słodkim ładunkiem a potem cieszono się barwnymi straganami, na których dominowały właśnie smorgońskie obwarzanki.

Mniam mniam….

Nawet zachowała się śpiewka o takiej treści: : Smorgońskich obwarzanków kupię/ sobie penki/ Tylko ty Józiuku nie oddawaj renki…”.

     

 I właśnie do tych Smorgoń, gdzie panowały duchy z przeszłości a rzeczywistość była barwniejsza niż w Rakowie we wrześniu 1938 roku przybyła moja Mama z 4 letnim wówczas synkiem, a moim bratem- Zenonem.

Przywiozła ze sobą trochę ciuchów, jakieś sprzęty , dywaniki do mieszkania oraz wielką nadzieję na dalsze szczęśliwe życie.

Oczywiście jak zwykle okazało się, że sama nadzieja to za mało……

 

tekst o Smorgoniach na podstawie Wikipedii i opowieści Mamy

 

Śladami mojego Taty. Tato zdobywa zawód…

 

 

 

Po ukończeniu Szkoły Technicznej w Wilnie Tato przymusowo spędził dwa lata w wojsku, w Suwałkach. I o tym okresie niewiele wiem, gdyż Jego opowieści o późniejszym pobycie w obozie koncentracyjnym przykryły wszystkie inne. Pozostała jedynie ta fotografia. Oglądam ją z przyjemnością , bo podoba mi się ten młody wojskowy.

Nic dziwnego, że Mama się w nim zakochała…

 

I na tym chciałam zakończyć wpisy w tej części blogu, gdyż moi Rodzice rozpoczęli  nowe wspólne życie.. …Dalsze Ich dzieje będą zawarte w  rozdziale pt.  Losy moich Rodziców.

 

 

Opowieści mojej Mamy. Droga do nowej szkoły.

Droga z domu do szkoły wydaje się długa, mimo, że obiektywnie jest to zaledwie około 20 km. Najpierw musi dotrzeć na dworzec kolejowy w Łodygowicach, dużej wsi na obrzeżach Kotliny Żywieckiej, u podnóża Beskidu Małego, oddalonej od Godziszki o 3 km.  Początkowo ojciec dowozi ją na stację wozem, ale jest to dla niego uciążliwe i wkrótce,  gdy już nastaje wiosna, dziewczynka sama brnie do stacji kolejowej. Zawsze niesie swoje dwie kanki z mlekiem.

Jak to możliwe, że tak mała dziewczynka sobie radzi.

Ale to nie są obecne czasy, gdzie dzieci wychowywane są pod kloszem.

Stefka jest dzielna, przecież całkiem niedawno była ze swoją przyrodnią siostrą Kaśką na pielgrzymce do Kalwarii Zebrzydowskiej….