„ Około 30 minuty transmisji z Rzymu wyłączyłem telewizor i poszedłem na spacer. Z poczucia całkowitej nieprzystawalności do tego, co widzę i słyszę, Z zawstydzenia samym sobą. Zmiażdżony skalą oczekiwań, jakie zgłoszono wobec świata, więc również wobec mnie….” Tak napisał Jarosław Mikołajewski w dzisiejszym felietonie pt. Biedny papież, zamieszczonym w Gazecie Wyborczej . I dalej cytuje słowa ks. Twardowskiego : ” Matka moja tak święta, że tylko przez skromność nie czyniła cudów”…..
Zazdroszczę wiernym, którzy do Rzymu z wielkim trudem przybyli i nie mogli oglądać bezpośrednio tej uroczystości, bo nie zostali dopuszczeni przed ołtarze. Skazani na sandały na obolałych nogach i telebimy cieszyli się jak dzieci z tego co nastąpiło. I nie przeszkadzało im to, że centralne wygodne miejsca zajęli różni oficjele w lakierkach. …
Zazdroszczę im tej wiary i dziecięcego entuzjazmu .
Jak mi do tego daleko, coraz dalej….
Postrzegam Kościół mój dawny, zapamiętany oczami dziecka w coraz czarniejszych barwach. Przytłacza bezmiar grzechów księży , drażni pompa ich okryć , obrzędów , słów bez pokrycia. Nie rozumiem idei namnażania świętych , gdy widzę matki dzieci skazanych na wegetację, które są z nimi, walczą i w dodatku pomagają innym.
Gdzie się podziała moja dawna wiara? A może nigdy jej nie było?
Mój kościół nadal pozostaje w koronach starych nadbużańskich sosen, w samotnych łazęgach po wydmowym lesie i postojach gdy tylko szumna cisza jest towarzyszem. Tam jest mój Bóg….
I powtarzam końcowe słowa Jarosława Mikołajewskiego zawarte w wymienionym felietonie: „ Wszystko jest takie jak było. Rewolucji chwilowo nie będzie. Ani we mnie, ani na świecie”.





