Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 33 ). Dobra, choć krótkotrwała praca w magazynie odzieży .


zdjęcie własne – jakby symbol chwilowej jasności ( opisanej poniżej ) w życiu katorżnika

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Brygadzista dowiedział się o moim inwalidztwie, przyszedł do mnie i namawiał, bym chodził w dalszym ciągu na robotę, bo dużo zarabiam i pajka jest największa – 950 gram.

Przyrzekłem, że nie rzucę tej pracy.

I wyszedłem nazajutrz  razem z brygadą. 

W czasie pracy, rozmówiłem się ze swoim kolegą – naparnikom pracy – o tym, że ja jestem inwalidą.

Ten zrobił duże oczy i zapytał: „ Dlaczego ja jestem na robocie?”.

Namówił mię brygadzista”- odparłem.

Kolega na to: „ Tak, jemu choczetsia zarabatować bolsze procentow i mieć balszoju pajku. Wy jewo nie słuszajtie, a zawtra nie wychodzicie taskać szpały”.

 Idąc z pracy, rozmyślałem, jak postąpić?

Doszedłem do wniosku, że lepiej nic nie zarabiać jak przy pracy w tajdze, otrzymać małą pajkę chleba i przebywać w zonie- odpoczywać.

   Wieczorem powiadomiłem brygadzistę, że jutro do pracy nie wychodzę.

Wszyscy pracujący wyszli do pracy, a ja położyłem się na narze, żeby odpocząć.

Zdrzemnąłem się, i zacząłem myśleć, gdzie znaleźć pracę w zonie, żeby zarobić kaszy i choćby miskę zupy dodatkowo.

Kierownikiem gospodarczej części zony jest naczelnik – więzień. Więc udaję się do niego z prośbą o przydzielenie mi łatwej pracy w zonie.

Rzecz zrozumiała, nie poszedłem do niego z gołymi rękami. Wziąłem ze sobą kawałek słoniny i paczkę tytoniu.

Prezent ten z przyjemnością przyjął i powiedział, żebym jutro stawił się do jadalni i tam będę kierownikiem stołowej- jadalni.

 Obowiązkiem moim w jadalni było  zbieranie naczyń po każdym posiłku i odnoszenie ich do kuchni.

Po każdym posiłku zmywałem stoły i ławki.

Następnie sprzątałem podłogę i paliłem w piecu.

Podłogę szorowałem śniegiem i ścierałem ją szmatą.

Po wymyciu śniegiem podłoga była żółto- biała- jak po heblowaniu. Stoły także dobrze wyszorowałem śniegiem i wytarłem ścierką do sucha.

Do pieca przyniosłem kilka naręczy drzewa i zapaliłem w nim.

Praca się skończyła, jadalnia była gotowa do obiadu.

Mnie kuchnia nakarmiła do syta.

Czas po obiedzie upłynął mi na sprzątaniu naczyń i myciu stołów, ścieraniu ławek i paleniu po raz drugi w piecu.

Przed kolacją, a ściślej mówiąc, gdy była znowu gotowa kasza i zupa – karmiono mię.

Jednym słowem, karmiono mię przed każdym posiłkiem.

Dużo dawali ryby i to ryby nie byle jakiej- smacznej i tłustej.

Pracy nie brakowało, ale byłem syty.

Praca ta trwała dwa tygodnie.

Po tym zaszła zmiana i to niespodziewana …..

 Kaptiorszczyk – kaptiorka – przechowalnia.

 Oto wezwano mię do naczelnika obozu – pewnego wieczoru.

Idę i myślę, po cóż ja jemu jestem potrzebny?

Nie przyszło mi nawet do głowy, że zaproponują mi i wiele lepszą pracę. Pukam do drzwi, słyszę: „ Da, da”.

Więc wchodzę i mówię: „ zdrawstwujcie”.

On pyta: „ was zawut K. I. Wikieńtiewicz”( syn Wincentego).  Odpowiadam :„Da”.

„ Skażytie : mnogo u was w łagierie jest pryjatielej ?”.

Po sekundowym namyśle odpowiadam: „ Woobszcze u mienia ich niet”.

„ A czem wy zanimaliś na swobodzie?”. „ Rabotał uczycielem i  wioł maleńkoje choziajstwo : dzierżał korowu, kabańczyka ( świnię ) , kury i pczoł „.

Zwraca się do siedzącego na krześle towarzysza: „ no, szto, podchodzit?”.

 „ Tak, wot szto – zwraca się do mnie- wy grażdanin , ot zawtra budziecie  rabotać w kaptiorce” .

Ja, zaskoczony tym, mówię, „ a kto będzie pracował w jadalni?”, odparł  „ najdziom, nie zabotiś.”

    Mój przyszły opiekun zabiera mię ze sobą i prowadzi do kaptiorki.

 Otwiera ją i pokazuje co w niej jest i co ja mam z tymi rzeczami robić, jak gospodarować.

Pokazuje mi nową parę bucików, które ja sobie na kartce zapisuję, zapisuję również bieliznę nową: koszule, spodenki, podkoszulki, pościel nową, poszewki, prześcieradła i koce nowe.  

    Informuje mię, że będę wydawać nowe rzeczy, jeśli dostarczą więźniowie stare.

Zapisywać mam nazwiska tych, którzy otrzymali z kaptiorki nowe.

Praca moja zaczyna się każdego dnia o godzinie 6-ej rano do godziny 20- tej wieczór.

Po tej informacji wychodzimy z kaptiorki i on – mój bezpośredni przełożony oddaje mi klucz od przechowalni, którą ja własnoręcznie zamykam. Rozchodzimy się.

Nazajutrz o godzinie szóstej rano już jestem w kaptiorce.

Przychodzą niektórzy robotnicy, i proszą o wymianę bucików. Szukam wyremontowanych i zamieniam.

Przychodzą z prośbą o wymianę kufajek, bo te przepalone. Jeśli znajdę odremontowane- zamieniam. 

Taka zamiana rzeczy podartych na odremontowane trwa do wyjścia brygad na robotę.

Później przychodzą do przechowalni tylko pozostali w zonie. Mało bywało takich klientów.

    Do obiadu tego dnia robię porządki w kaptiorce.

Segreguję obuwie, stawiam je na półki.

Stare obuwie, nadające się jeszcze do remontu, wiążę w pary i będą odprawione przez mojego przełożonego do warsztatu naprawy, który znajduje się w zonie gospodarczej.

Tak samo robię porządki ze wszystkimi rzeczami nadającymi się do naprawy.

Po uporządkowaniu rzeczy w przechowalni,  zabieram się za mycie podłogi.

Do przyjścia brygad z pracy, wszystko w kaptiorce doprowadziłem do należytego ładu i czystości.

Jeszcze mam godzinę do powrotu brygad z lasu.

Wykorzystuję ten czas na obiad. Kucharz nalewa mi miskę zupy- kapuśniaku. Nalewa tak, żeby mi było więcej tłuszczu- oleju. Nakłada do miski kaszy owsianej dobrze polewając olejem. Nie zapomina mi włożyć do kaszy dobry kawałek ryby tłustej i smacznej. Jednym słowem, było się czym pożywić.

Z pełnym zadowoleniem wracam do swojego kaptiorka, w którym jest ciepło i dość przytulnie.

Kładę się na sienniku napchanym przez siebie samego starymi częściami buszłaków. Poduszkę też zrobiłem z tych starych kurtek. Przyjemnie było leżeć. Dawno już tak nie było mi przyjemnie.

Wróciły z pracy brygady.

Powstał ruch w przechowalni .

Klientów pełno, no nie wszystkich mogę zadowolić.

Niektórzy proszą o nowe spodnie, ale ich w ogóle nie ma.

Inni także proszą o zamianę kufajek. Nie ma połatanych, a także i nowych.

Taka kołomyjka przeciąga się nieraz do odboju- capstrzyka.

Praca ta podoba mi się.

Przełożony mój sprawdza moją robotę prawie codziennie.

Już zabrał parę paczek butów i kufajek porwanych.

Z pracowni przyniósł kilka paczek odremontowanych rzeczy…..

     On także przynosi do przechowalni i nowe rzeczy, które ja wydaję potrzebującym, ale jak już poprzednio zaznaczyłem – z wpisaniem do zeszytu.

Muszę zaznaczyć, że mój naczelnik przechowalni nie był bez grzechu, bo często zabierał nowe rzeczy , jak buciki, koszulki, spodenki, prześcieradła do swojej teczki – dla siebie.

On był obowiązany zdawać zużyte rzeczy do spisania.

Z tej swojej przechowalni przynosił już uznane do oddawania na szmaty.

Swoje rzeczy , które uznawał za zużyte, oddawał do kaptiorka . Były one celowo porwane w pewnych miejscach.

O rzeczy nowe dobijali się , prosili mnie, ale ja ich miałem za mało.

Dla mnie dobra była ta praca, bo od czasu do czasu mogłem zjadać cukierek czekoladowy , bo robotnicy nieraz kupowali w sklepiku i ze mną się dzielili, aby otrzymać lepszą rzecz z przechowalni.

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Cdn.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 31 ). Moja praca w tajdze.

zdjęcie własne

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Jan spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony, Heleny

 Wyrąb

  W okolicach  Tajszetu,   na południu Rosji , dokąd przywieźli nas, politycznych pociągami – znad Morza Białego , pokonując w 12 dni 4000 km , pracowaliśmy przy wyrębie tajgi ….  

 Po sporządzeniu przesiek i zrobieniu wyżek rozpoczął się wyrąb drzew – przede wszystkim modrzewi, sosny niewiele, jodły też, a najmniej drzew orzechowych.

Po przyjściu na miejsce pracy konwój obejmował straż – szedł na wyżki z automatami.

Naczelnicy konwoju z psami zostawali w budce stojącej u wrót przesieki.

Rozpalali sobie ognisko i czuwali nad swoim konwojem, by czujnie i pilnie wykonywał swoje zadania.

Nas, pracowników wpuszczano na wyrąb brygadami. Każda brygada miała swoje miejsce pracy : jedni ścinali drzewa piłami elektrycznymi i ręcznymi ( na jedną brygadę wydawano jedną piłę elektryczną). Inni ściągali – zwozili już zwalone drzewo do sterty. A tam układano je w sterty z podkładami.

Z tych stert zabierano je na samochody ciężarowe i odwożono na stację kolejową. A stamtąd ładowano do wagonów i odprawiano w głąb kraju. Sęki- gałęzie są palone.

Wszystkie te wyżej wymienione prace wykonywali więźniowie za pajkę chleba, jakże często za garantijke – to jest  650 gram chleba.

Gdyby  do tej pajki dodawali chociaż trochę więcej tłuszczów, choćby nawet roślinnych, praca byłaby wydajniejsza, no i korzystniejsza dla wszystkich.

     W 1949 roku wprowadzono w łagrach gospodarczy rachunek- chozrasczat.

 Państwo zabierało z zarobionej sumy 65 % , a łagru zostawiała 35%.

Łagier utrzymywał pracowników – więźniów, odziewał ich, a resztę , jeśli jakaś suma zostawała, rozdzielano ją między zakluczonymi, którzy wykonywali pracę powyżej 100%.

To była zachęta dla zdrowych pracowników, bo i na większą pajkę to też wpływało.

Pieniędzy zarobionych nie wypłacano na ręce, ale składano na książeczkę oszczędnościową. Po upływie terminu odbycia kary w obozie, książeczkę wraz z wkładem, zwracano adresatowi- więźniowi.

Ta zachęta z początku nie dawała pozytywnych rezultatów. Nikt nie wierzył, że kiedyś te zarobione pieniądze będzie mógł otrzymać.

Z tej oszczędnościowej książeczki można było podjąć 3- 5 rubli, na zakup słodyczy, które raz w miesiącu przywoził sklepik do obozu.

Wiadomem mi jest, że niektórzy więźniowie opuszczając łagier- obóz, otrzymywali książeczki z wkładem 1000- 2000 tys. rubli .

Ja nie zarobiłem w tym obozie, bo najczęściej wyrabiałem pracę tylko na pajkę chleba- garantijkę.

Praca w zonie nie wliczała się do prac, za które płacono gotówką.

 Sprawdzenie zdrowia

  Dwa razy do roku sprawdzano zdrowie uwięzionych .

Przyjeżdżał do obozu lekarz – wolny i on albo ona przy pomocy lekarza więźnia sprawdzali stan zdrowia wszystkich uwięzionych. Podczas sprawdzania wystawiali kategorię : I, II, III i IV- inwalida.

Lekarz cywil pytał : „Czym żałujetieś? „ ( na co narzekasz?).

Skazany najczęściej odpowiadał – na serce.

Lekarz dotykał słuchawką do serca i odpowiadał, że serce jest zdrowe.

Dalej oceniał stan odżywienia.

Obmacywał pośladki i jeśli ogon ( kości ogonowe kręgosłupa)  jeszcze nie wystawał , mówił: „ Pierwaja katiegorija”, a jeśli pośladki trochę wystawały i były chude: „Wtaraja katiegorija”, a jeśli już kości ogonowe między pośladkami mocno się uwypuklały, mówił: „ Trietija katiegorija”.

Gdy nadeszła na mnie kolej, też zapytał: „ Czem żałujeś ?”.

Odpowiadam: sercem.

Przystawił mi słuchawkę i natychmiast ją odjął mówiąc: „ Kompensirowanyj porok sierdca –  trietija katerorija, bez wychoda na rabotu za zonu”.

Ucieszyłem się z tego wyniku.

Nazajutrz do pracy za zonę już nie poszedłem.

Naczelnik zony- więzień- skierował mnie do pracy w zonie, do wywożenia fekalii z zony poza zonę.

Pierwszy wóz z beczką pociągnąłem i wywiozłem, ale przekonałem się, że ta praca nie jest na moje siły- za ciężka dla mnie.

Zameldowałem naczelnikowi zony- więźniowi – , że ja tak ciężkiej pracy – podejmowania ogromnej balii  z brudami nie mogę wykonać, ponieważ mam chore serce.

Podskoczył do mnie z pięściami i uderzył.

Ja upadłem.

Poleżałem pół godziny.

On- ten Fin- kazał mi znowu zabierać się do roboty.

Powiedziałem mu, że ty – faszyst ( ten więzień – naczelnik zony był Finem, a ten kraj współpracował z Niemcami w czasie wojny ) , sam pójdziesz teraz za mnie pracować, a ja idę ze skargą do pełnomocnika od spraw politycznych.

Ten przyjął mię i wysłuchał mojej skargi.

W końcu zapytał mię, czy ja będę mógł być pożarnikiem w zonie- strażakiem?- .

A co mam robić? Pilnować, żeby w nocy nie powstał pożar w barakach: a więc gasić ogień wieczorem w piecach baraków przed ich zamknięciem, napełniać wodą beczki znajdujące się przy barakach, całą noc do pobudki chodzić po zonie, i zaglądać do piekarni i kuchni , by tam nie kradli i ostrożnie obchodzili się z ogniem.

Zgodziłem się i zostałem pożarnikiem.

Oprócz mnie, więźnia,  w zonie każdej nocy przebywali dwaj strażnicy( bez broni) .

Oni także kręcili się po zonie, ale ze mną nie nawiązywali kontaktów- nie rozmawiali.

 Ich pouczano na każdym zebraniu komsomolskim, jak mają pilnie czuwać, będąc na swoim posterunku.

W czasie zimowym trudno było znosić mróz.

Toteż tak jak strażnicy, tak i ja zachodziliśmy do kancelarii, by się pogrzać.

Siedząc przy piecu, często zasypialiśmy na ławkach.

Ja często jeszcze kreśliłem karty dla sporządzania menu.

Brak było odpowiednich druków do sporządzania jadłospisów.

Za tę pracę sowicie mnie karmili kaszą i rybą.

Pewnej nocy, gdy skończyłem kreślenie tych kart do jadłospisu, wychodzę z pokoju kancelaryjnego do pieca, by się ogrzać.

Widzę śpiących na ławkach nadziratielej – wartowników.

Widząc, że w piecu dopalają się ostatnie kawałki drewna, sięgam po polano leżące przy piecu i podnoszę, by włożyć do pieca.

W tym momencie zrywa się jeden, a za nim drugi z ławki, na której spali, krzycząc:

” Szto wy chotieli nas ubić etom polanem?”

„ Niet, ja chaczu eto polano położyć na pieczku, potomu szto drewa w pieczku konczajetsia”- odpowiadam.

  Wyjaśnić im ten fakt  jest niemożliwością.

Oni są otumanieni przez swoich przełożonych i wierzą, że my czuwamy żeby ich zabić i uciec od nich.

Dalej mówię : „A jeżeliby ja zabił jednego z was, mienia by rozerwali na kawałki żywego jeszcze Wasi przyjaciele.

My tak samo chcemy żyć jak i wy.

Na mnie czeka żona z dwoma synami w Polsce. Synowie uczą się w liceach i myślą o ukończeniu uniwersytetu.

Wy przestańcie wierzyć we wszystko co wam mówią wasi naczelnicy o naszym stosunku do was- bolszewików- komunistów. Tu jest dużo kłamstwa. Pożyjecie więcej, dowiecie się więcej prawdy.”

Przypuszczałem, że oni nie powtórzą moich słów swoim, nawet bliskim.

Będą się bali przyznać, że rozmawiali ze mną i że zasnęli w czasie dyżuru w mojej obecności. Dawali mi do zrozumienia, żebym się nie wygadał przed pełnomocnikiem o tym zajściu, bo bylibyśmy mocno ukarani.

Zapewniłem, że o tym nikt się nie dowie.

     Inne noce upływały bez spotkania ze stróżami tych 500 ludzi – więźniów – którzy spali spokojnie po ciężkiej pracy.

Do snu przygrywało im dynamo stukając miarowo przez całą noc.

Reflektory jasno oświetlały całą zonę.

Ja, jak upiór kręciłem się między barakami.

Zachodziłem do kuchni, gdzie już była gotowa kasza, którą częstowano mię.

Razu pewnego, gdy kucharz nalał mi miskę pełną tego jadła, spożyłem ją i zapytałem:

czym ta kasza była przyprawiona, że tak mi smakowała?”.

 Odpowiedział:

„ tajgą syberyjską”- głodem.

     Miałem obowiązek zaglądania i do piekarni, która znajdowała się poza zoną dla więźniów, w zonie gospodarczej.

Tam zawsze obdarowywali  mię półbochenkiem chleba, gdy ich opuszczałem.

Pracę – stróżowanie – kończyłem, gdy dano sygnał na pobudkę.

Spałem tyle, ile chciałem, najczęściej do obiadu.

W dzień, w lecie tylko, od czasu do czasu zmieniałem wodę w beczkach pożarniczych.

Przy takiej pracy miałem lepiej niż stacjonarze. Więcej miałem chleba, bo mogłem za każdym razem otrzymać w piekarni co najmniej trzysta gramów chleba. Ryby miałem no i kaszy, też nie brakowało.

Taki odpoczynek dobrze podziałał i na moje serce:” kompensirowanyj porok serca”. Przybyłem na wadze za sześć miesięcy pięć kg.

A więc, na następnej komisji uznano mnie za zdrowego i dano mi d r u g ą  k a t e g o r i ę.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 30 ). Łagier w tajdze. Syberyjski klimat. Rodzinie podano, że jestem zaginiony …

zdjęcie własne, jakby symbol tamtego życia Jana

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Łagier w tajdze- w Syberii

O naszym obozie więźniów politycznych , napiszę parę słów, żeby można było zrozumieć, jak bali się NKGB- owcy tych więźniów.

Obóz – to kwadrat zieleni o boku 50 metrów, ogrodzony klocami jeden przy drugim z drew modrzewiowych na wysokość około 3 metrów.

Takich ścian z kloców zbudowano dwie – jedna od drugiej o 3 metry.

W środku tych ścian parkanu przeprowadzono drut kolczasty, a na zewnątrz zony jak i wewnątrz także drut kolczasty.

Pomiędzy tymi parkanami pobudowano co 25 metrów zwyżki, z których strażnicy w pełnym pogotowiu automata obserwują dzień i noc. ( praca ich nie do pozazdroszczenia).

Przy tych wyżkach stoją reflektory, które dniem i nocą oświetlają zony. Każdy łagier posiada swoje dynamo, które obsługuje i obiekty znajdujące się poza obozem.

Baraki, w których mieszkają więźniowie pozamykane są na noc.

Dwóch strażników- nadziratielej- dniem i nocą obserwują więźniów ( są oni bez broni). Oprócz tych obserwatorów – nadziratielej- w nocy jest więzień – pożarnik- który czuwa, by nie powstał pożar w baraku.

Ci dwaj obserwatorzy cywile- na pewno komsomolcy- nie rozmawiają z polarnikiem – więźniem, bo się boją, żeby ich nie zaczarował.

Pierwsze dni pracy w tajdze

   Minęły dwa tygodnie po przybyciu do nowego obozu.

Zrobiliśmy  sobie lepsze legowisko.

Odpoczęliśmy.

Wybraliśmy sobie brygadzistów i wyszliśmy na zbiórkę do pracy o godzinie 7-ej.

Jak zwykle , w bramie przeliczono nas, a za bramą sprawdził nas konwój, pytając o nazwiska, artykuł, termin i koniec pobytu w więzieniu.

Na przedzie ustawiło się trzech konwojentów z naczelnikiem i psem, po bokach konwój- po cztery osoby z automatami i z tyłu dwóch konwojentów z psem.

Idziemy piątkami.

Dochodzimy do miejsca pracy.

Zatrzymują kolumnę składającą się z pięćdziesięciu osób, a ich – konwoju – 16 osób.

Rozstawiają konwój i wsadzają tyczki do ziemi, które oznaczają, że nie wolno więźniowi wyjść poza tę linię.

Jeśli kto przekroczy ją, konwój strzela bez uprzedzenia- biez upredupreżdzienija.

Do wytyczonej zony wprowadzają nas, uwięzionych.

Pozwalają nam usiąść na pniach.

Kierownik prac – dziesiętnik – poinformował nas , że niektóre z tych pni, które tu widzicie, będą ścinane, bo są za wysokie i nie mogą znajdować się obok kolei żelaznej.

Rozdano piły, topory i zaczęła się praca.

Okazało się, że te pnie bardzo trudno jest skracać , mają drzewo – miazgę bardzo twardą.

Pnie te są przeważnie z modrzewia – listwienicy – a więc drzewa mocnego , a u nas drogocennego, a tu w tajdze budują z niego domy.

     Dyskusji na temat, że są trudne do ścinania nie ma.

Muszą być skrócone co najmniej o 5- 10 metrów.

Żeby jednak tę trudność pokonać, zaczęliśmy  ostrzyć piły pilnikami dostarczonymi przez kierownika robót.

Pogoda w pracy dopisywała.

Słońce syberyjskie i powietrze świetnie działają na nasze zdrowie- poczucie.

Te przeklęte pnie ścinaliśmy przez trzy tygodnie.

       Robienie przesiek

   Po pracy od obniżania pni, wzięto naszą brygadę do robienia przesiek, to jest wyrąbywania drzew dookoła działki leśnej, na  której mamy robić wyrąb wszystkich drzew.

Działka miała mieć długość 200 metrów i szerokość 25 metrów, i powinna być tak oczyszczona, żeby była dobra widoczność dla strażników z ich wyżek.

Między wyżkami  była odległość 30-40 metrów .

Takie wyżki też były budowane  w tym czasie , kiedy te pasy były oczyszczone.

     Najpierw spiłowywane były drzewa, a następnie ćwiartowano je na kloce odpowiedniej długości. Gałęzie – większe i grubsze odpiłowywano piłami ręcznymi albo i elektrycznymi. Gałęzie natychmiast ściągano do jednego miejsca i palono na ognisku.

Paleniem  gałęzi zajmowałem się ja – trzecia kategoria zdrowia.

Pierwsza kategoria więźniów spiłowywała ogromne modrzewie – listwienicy- sosny, jodły, świerki, brzozy i drzewa orzechowe.

Druga kategoria zakluczonych ładowała kloce na dwukołowy wózek i razem z zaprzęgniętym koniem ściągały z przesieki do wnętrza działki przeznaczonej na wyrąb.

Moja praca była lekka, a nawet i przyjemna, bo dni kwietniowe i początki majowych należały do najprzyjemniejszych – pełnych aromatu i słońca.

Pewnie, że praca innych kolegów była cięższa, ale za to oni otrzymywali pajkę większą- 750 gram chleba no i kaszę- naszą zacierkę – według gęstości 500 gram.

Nie czułem za to żalu do swoich brygadzistów , że wypisywali mi tylko garantijkę – 650 gram chleba.

Razem ze mną z Mołotowska przyjechała dla mnie paczka : groch, mąka, kawałek słoniny i mały słoiczek miodu.

To przysłała ciocia Elżbieta z bratem Michałem.

Tą paczką podtrzymywałem siebie , gotując swoją grochówkę.

Miód musiałem oddać więźniowi – naczelnikowi, który mi za to oddał pocztówkę znajdującą się w tej torbie, od syna z Polski- Mirosława.

Tą paczką bardzo się ucieszyłem, bo w niej znalazłem kartkę , w której było napisane parę słów od rodziny- żony i dwóch synów.

Dowiedziałem się, gdzie mieszkają i jak im upływa życie w tej Polsce.

Wyjaśniam, że ta kartka była adresowana na adres mojego brata Michała, który w tym czasie mieszkał w Czerniętach, które po wojnie znalazły się na Białorusi .

On się domyślił, że ją trzeba przysłać do mnie razem z paczką.

Ta paczka z tą kartką była ostatnią w obozie.

Na Syberię- do tajgi – rzadko dochodziły listy.

Przepisy mówiły, że można pisać dwa razy do roku do rodzin, nam uwięzionym.

Ale jak sam się przekonałem, będąc polarnikiem , listy wysyłane od nas były czytane przez konwojentów i rzucane do koszów po odklejeniu znaczków pocztowych.

     Od 1949 roku – gdy znalazłem się w tajdze syberyjskiej, żadne wiadomości nie docierały ani ode mnie , ani też od rodzeństwa, które mieszkało na Białorusi.

       A za granicę,  do swojej rodziny w Polsce, nawet nie było mowy o korespondencji.

       Z Białorusi, gdzie mieszkała siostra Marysia, przyszło powiadomienie do Polski, do rodziny, że słuch po mnie zaginął.

Nie mogę nie napisać, że w tajdze syberyjskiej :

s ę d z i ą   b y ł a   t a j g a ,  a  p r o k u r a t o r e m   n i e d ź w i e d ź .

Skargi przyjmował prokurator- niedźwiedź, a tajga sądziła.

Bezprawie było na każdym kroku i nic nie można było zrobić w tej głuszy syberyjskiej.

Na skargę – każdy niedźwiedź – zaczynając od brygadzisty odpowiadał: :

Bieri twoje dzieło po bolsze i brasaj po dalsze”.

c.d.n.