zdjęcie własne – jakby symbol chwilowej jasności ( opisanej poniżej ) w życiu katorżnika
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul
Brygadzista dowiedział się o moim inwalidztwie, przyszedł do mnie i namawiał, bym chodził w dalszym ciągu na robotę, bo dużo zarabiam i pajka jest największa – 950 gram.
Przyrzekłem, że nie rzucę tej pracy.
I wyszedłem nazajutrz razem z brygadą.
W czasie pracy, rozmówiłem się ze swoim kolegą – naparnikom pracy – o tym, że ja jestem inwalidą.
Ten zrobił duże oczy i zapytał: „ Dlaczego ja jestem na robocie?”.
Namówił mię brygadzista”- odparłem.
Kolega na to: „ Tak, jemu choczetsia zarabatować bolsze procentow i mieć balszoju pajku. Wy jewo nie słuszajtie, a zawtra nie wychodzicie taskać szpały”.
Idąc z pracy, rozmyślałem, jak postąpić?
Doszedłem do wniosku, że lepiej nic nie zarabiać jak przy pracy w tajdze, otrzymać małą pajkę chleba i przebywać w zonie- odpoczywać.
Wieczorem powiadomiłem brygadzistę, że jutro do pracy nie wychodzę.
Wszyscy pracujący wyszli do pracy, a ja położyłem się na narze, żeby odpocząć.
Zdrzemnąłem się, i zacząłem myśleć, gdzie znaleźć pracę w zonie, żeby zarobić kaszy i choćby miskę zupy dodatkowo.
Kierownikiem gospodarczej części zony jest naczelnik – więzień. Więc udaję się do niego z prośbą o przydzielenie mi łatwej pracy w zonie.
Rzecz zrozumiała, nie poszedłem do niego z gołymi rękami. Wziąłem ze sobą kawałek słoniny i paczkę tytoniu.
Prezent ten z przyjemnością przyjął i powiedział, żebym jutro stawił się do jadalni i tam będę kierownikiem stołowej- jadalni.
Obowiązkiem moim w jadalni było zbieranie naczyń po każdym posiłku i odnoszenie ich do kuchni.
Po każdym posiłku zmywałem stoły i ławki.
Następnie sprzątałem podłogę i paliłem w piecu.
Podłogę szorowałem śniegiem i ścierałem ją szmatą.
Po wymyciu śniegiem podłoga była żółto- biała- jak po heblowaniu. Stoły także dobrze wyszorowałem śniegiem i wytarłem ścierką do sucha.
Do pieca przyniosłem kilka naręczy drzewa i zapaliłem w nim.
Praca się skończyła, jadalnia była gotowa do obiadu.
Mnie kuchnia nakarmiła do syta.
Czas po obiedzie upłynął mi na sprzątaniu naczyń i myciu stołów, ścieraniu ławek i paleniu po raz drugi w piecu.
Przed kolacją, a ściślej mówiąc, gdy była znowu gotowa kasza i zupa – karmiono mię.
Jednym słowem, karmiono mię przed każdym posiłkiem.
Dużo dawali ryby i to ryby nie byle jakiej- smacznej i tłustej.
Pracy nie brakowało, ale byłem syty.
Praca ta trwała dwa tygodnie.
Po tym zaszła zmiana i to niespodziewana …..
Kaptiorszczyk – kaptiorka – przechowalnia.
Oto wezwano mię do naczelnika obozu – pewnego wieczoru.
Idę i myślę, po cóż ja jemu jestem potrzebny?
Nie przyszło mi nawet do głowy, że zaproponują mi i wiele lepszą pracę. Pukam do drzwi, słyszę: „ Da, da”.
Więc wchodzę i mówię: „ zdrawstwujcie”.
On pyta: „ was zawut K. I. Wikieńtiewicz”( syn Wincentego). Odpowiadam :„Da”.
„ Skażytie : mnogo u was w łagierie jest pryjatielej ?”.
Po sekundowym namyśle odpowiadam: „ Woobszcze u mienia ich niet”.
„ A czem wy zanimaliś na swobodzie?”. „ Rabotał uczycielem i wioł maleńkoje choziajstwo : dzierżał korowu, kabańczyka ( świnię ) , kury i pczoł „.
Zwraca się do siedzącego na krześle towarzysza: „ no, szto, podchodzit?”.
„ Tak, wot szto – zwraca się do mnie- wy grażdanin , ot zawtra budziecie rabotać w kaptiorce” .
Ja, zaskoczony tym, mówię, „ a kto będzie pracował w jadalni?”, odparł „ najdziom, nie zabotiś.”
Mój przyszły opiekun zabiera mię ze sobą i prowadzi do kaptiorki.
Otwiera ją i pokazuje co w niej jest i co ja mam z tymi rzeczami robić, jak gospodarować.
Pokazuje mi nową parę bucików, które ja sobie na kartce zapisuję, zapisuję również bieliznę nową: koszule, spodenki, podkoszulki, pościel nową, poszewki, prześcieradła i koce nowe.
Informuje mię, że będę wydawać nowe rzeczy, jeśli dostarczą więźniowie stare.
Zapisywać mam nazwiska tych, którzy otrzymali z kaptiorki nowe.
Praca moja zaczyna się każdego dnia o godzinie 6-ej rano do godziny 20- tej wieczór.
Po tej informacji wychodzimy z kaptiorki i on – mój bezpośredni przełożony oddaje mi klucz od przechowalni, którą ja własnoręcznie zamykam. Rozchodzimy się.
Nazajutrz o godzinie szóstej rano już jestem w kaptiorce.
Przychodzą niektórzy robotnicy, i proszą o wymianę bucików. Szukam wyremontowanych i zamieniam.
Przychodzą z prośbą o wymianę kufajek, bo te przepalone. Jeśli znajdę odremontowane- zamieniam.
Taka zamiana rzeczy podartych na odremontowane trwa do wyjścia brygad na robotę.
Później przychodzą do przechowalni tylko pozostali w zonie. Mało bywało takich klientów.
Do obiadu tego dnia robię porządki w kaptiorce.
Segreguję obuwie, stawiam je na półki.
Stare obuwie, nadające się jeszcze do remontu, wiążę w pary i będą odprawione przez mojego przełożonego do warsztatu naprawy, który znajduje się w zonie gospodarczej.
Tak samo robię porządki ze wszystkimi rzeczami nadającymi się do naprawy.
Po uporządkowaniu rzeczy w przechowalni, zabieram się za mycie podłogi.
Do przyjścia brygad z pracy, wszystko w kaptiorce doprowadziłem do należytego ładu i czystości.
Jeszcze mam godzinę do powrotu brygad z lasu.
Wykorzystuję ten czas na obiad. Kucharz nalewa mi miskę zupy- kapuśniaku. Nalewa tak, żeby mi było więcej tłuszczu- oleju. Nakłada do miski kaszy owsianej dobrze polewając olejem. Nie zapomina mi włożyć do kaszy dobry kawałek ryby tłustej i smacznej. Jednym słowem, było się czym pożywić.
Z pełnym zadowoleniem wracam do swojego kaptiorka, w którym jest ciepło i dość przytulnie.
Kładę się na sienniku napchanym przez siebie samego starymi częściami buszłaków. Poduszkę też zrobiłem z tych starych kurtek. Przyjemnie było leżeć. Dawno już tak nie było mi przyjemnie.
Wróciły z pracy brygady.
Powstał ruch w przechowalni .
Klientów pełno, no nie wszystkich mogę zadowolić.
Niektórzy proszą o nowe spodnie, ale ich w ogóle nie ma.
Inni także proszą o zamianę kufajek. Nie ma połatanych, a także i nowych.
Taka kołomyjka przeciąga się nieraz do odboju- capstrzyka.
Praca ta podoba mi się.
Przełożony mój sprawdza moją robotę prawie codziennie.
Już zabrał parę paczek butów i kufajek porwanych.
Z pracowni przyniósł kilka paczek odremontowanych rzeczy…..
On także przynosi do przechowalni i nowe rzeczy, które ja wydaję potrzebującym, ale jak już poprzednio zaznaczyłem – z wpisaniem do zeszytu.
Muszę zaznaczyć, że mój naczelnik przechowalni nie był bez grzechu, bo często zabierał nowe rzeczy , jak buciki, koszulki, spodenki, prześcieradła do swojej teczki – dla siebie.
On był obowiązany zdawać zużyte rzeczy do spisania.
Z tej swojej przechowalni przynosił już uznane do oddawania na szmaty.
Swoje rzeczy , które uznawał za zużyte, oddawał do kaptiorka . Były one celowo porwane w pewnych miejscach.
O rzeczy nowe dobijali się , prosili mnie, ale ja ich miałem za mało.
Dla mnie dobra była ta praca, bo od czasu do czasu mogłem zjadać cukierek czekoladowy , bo robotnicy nieraz kupowali w sklepiku i ze mną się dzielili, aby otrzymać lepszą rzecz z przechowalni.
Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał n o w y n a c z e l n i k d o s p r a w p o l i t y c z n y c h.
Cdn.


Jan nad wszystkim miał kontrolę, poukładane, posprzątane mimo że warunki były ciężkie…
Pracowity zawsze zrobi porządek i da radę.
Chociaż chwila względnego odpoczynku…