Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 37 ). Wywożą mnie na Kazachstan. Jadę przez 3 dni z młodymi „ buntowszczikami „ ale o tym nie wiem. Potem jestem całym sercem z nimi, lecz już ze mnie starik.

Jan po 12 latach opisywanych przeżyć katorżnika … zawsze taki – silny i pogodny

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Na terenie obozu w Tomsku powstało zamieszanie.

Etap, który przybył z Workuty, po 15- stu dniach odpoczynku, nie wyszedł do pracy.

Ci ludzie z Workuty i tam byli buntowszczykami.

I dlatego ich wywieźli z tamtego obozu.

Stare brygady, mieszkające w innych barakach pod ich wpływem także przygotowywały  się do nie wychodzenia do pracy.

Kierownictwo łagra szybko postanowiło pozbyć się tych, jak ich nazywano „ bandytów”, bo siali ferment wśród więźniów.  

Zorganizowano wywóz ich z tego obozu do innego, w Żezkazgan  na Kazachstanie.  

Do obsługi w tym transporcie zabrano mnie i innych moich znajomych.

Dano nam wagon, w którym my przygotowywaliśmy posiłki dla więźniów.

Mieliśmy do syta mięsa, masła, ryby i różnych kasz, nie mówiąc już o chlebie.

Podróż do Żezkazganu trwała 3 dni.

Zbuntowany etap umieszczono w obozie zupełnie próżnym, by nowoprzybyli nie zetknęli się z innymi  więźniami, których tam nie brakowało.

Niedawno  czytałem , że w 1954 roku po powstaniu więźniów w pobliskim gułagu  założono  tam miasto.

(  Ciekawostką jest także to, że później  w tej okolicy często lądowały rosyjskie załogowe statki kosmiczne)

Jak zwykle po odbytej podróży , więzień miał prawo do karantinu – kwarantanny – 15 dniowej .

A więc po przyjeździe nowego etapu odbywał się odpoczynek. Ja również korzystałem z tych praw karantinu.

Dopiero po skończonej kwarantannie, wyszedłem do pracy po przepustce, z której już korzystałem prawie trzy miesiące.

Idąc do pracy, obok jednego obozu, zobaczyłem pełno ludzi siedzących i spacerujących po dachu baraku.

Zainteresowało mnie to, kto to może być?

A więc pytam idącego mi na spotkanie- kto to ci ludzie?

Odpowiada: „ A sztoż nie znajetie? Przywieźli  z Workuty bandytów”.

Dopiero teraz domyśliłem się, że ja z tymi ludźmi jechałem w pociągu.

Więc bunt trwa dalej.

Ciekawe, co z nimi zrobią?

Wracam z pracy do swego łagru, i przysłuchuję się w baraku – o czym mówią więźniowie?.

Radzą się, by też nie pójść jutro do pracy.

Rozpocząć bunt.

 Ale nie znalazł się prowodyr, któryby wszystkich obudził  ze snu strachu, w którym przez kilkanaście lat trwali.

Odłożyli tę myśl powstania, aż ona lepiej dojrzeje.

Mijają dni podniecenia,  bo ci, którzy tu przyjechali z dalekiej północy, nie wychodzą ze swego obozu, ale różnymi sposobami rozsiewają myśl buntu.

Nawołują do powstania.

Rozmawiałem z nimi.

Są dość młodzi bojowi i żądni walki o sprawiedliwość .

Sercem jestem z nimi. Ale ze mnie stary schorowany człowiek.

Wśród władzy, która tu rządzi, wyczuwa się zdenerwowanie.

Niektórych zwalniają z łagru a innych informują, że za dwa trzy miesiące będą zwolnieni z obozu.

Naczelnik NKGB z Ałma Aty w obozie naszym.

W miesiącu sierpniu 1954 roku przybył do naszego obozu referent do spraw politycznych ze stolicy Kazachstanu Ałmy Aty.

Wieczorem, tj. po pracy zrobiono zbiórkę wszystkich przed świetlicą.

W asyście władz obozu wyszedł  do nas ten gość z Ałma Aty.

Na powitanie dano sygnał: „ Wstać”.

Podnieśliśmy się.

Wita nas przedstawiciel : „ Zdrawstwujtie grażdance”.

Milczenie.

„ sadzitieś pożałujsta”.

Wszystko to było dziwne, bo nigdy do nas więźniów, nikt tak grzecznie nie zwracał się.

Asysta gościa siada na krzesłach- a przedstawiciel zaczyna mówić:

 „ Wot pryszło wremia, kogda ja, referent po politiczeskim dziełam przyjechał k wam, szto waszy dzieła budut razsmotreny na nowo, potomu szto w nich mnogo zdziełano niesprawiedliwości .

Mnogije iż was siedział niewinowaty. At zawtra waszy dzieła budut rozsmotreny czerez komisjiu .

Do tiech por, ja waszu żałobu( skargi)  odkładywał na bok, jeśli oni ukazywali statju ( paragraf) 56 i 69.

Ja sam bojał etich politiczeskich dzieł. „.

 Na słowa: „ bojał sam”- wszyscy z ironią zaśmieliśmy się.

Nazajutrz o 8.00 rano, wzywają niektórych więźniów na komisję.

Mnie natomiast wzywają do oper upołnomoczennowo.

Szybko się zjawiam przed jego twarzą.

Informuje mię, że mnie zwalniają z obozu od dziś.

Jeszcze należałoby mnie być w obozie 4 miesiące, ale za nienaganne sprawowanie w czasie pobytu w łagrze, zwalniają mię wcześniej.

Otrzymuję dokument zwolnienia z obozu i dają do podpisania oświadczenie , że nie będę rozgłaszał złych wiadomości o pobycie w obozie.

Nie mając wyjścia, podpisuję.

Wyszedłem z tego biura i idę do łagru, żeby dali lepsze ubranie i buty.

Otrzymuję.

Z walizką zrobioną z dykty wychodzę z  d z  i e s i ę c i o l e t n i e g o   o b o z u   n a  

w o l n o ś ć .

C z y   c i e s z ę   s i ę   z   t e j   w o l n o ś c i ?  .

Tak, ale niezupełnie. 

P o   o p u s z c z e n i u   o b o z u   n i e   m a m   p r a w a   w r ó c i ć   t a m ,   s k ą d  

m n e   z a b r a l i   z   B i a ł o r u s i ,  

a   j u ż   n i e   m a   m o w y   o   w y j e ź d z i e   d  o   r o d z i n y ,  

k t ó r a   m i e s z k a   w   P o l s c  e.

      Stalinowski prykaz mówi, że wypuszczonych na wolność z łagra, nie wolno puszczać tam, skąd pochodzą, ale winni żyć na zesłaniu – na Syberii, Kazachstanie i innych oddalonych rejonach Związku Radzieckiego.

        Wracają ludzie z komisji i opowiadają, że przepraszali ich za to, że siedzieli po 7- 8 lat niewinni.

Wszyscy, którzy byli na komisji, zostali zwolnieni z obozu, ale do domu nie mają prawa wracać: ciąży na nich wieczna zsyłka.

C.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 36 ). Ciekawe zjawisko pogodowe nad Cieśniną Tatarską i droga powrotna do obozu nieopodal Tomskie.

ponownie mapka łagrów na terenie Rosji ….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 36 ).  Ciekawe zjawisko pogodowe nad Cieśniną Tatarską i droga powrotna .,

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-Heleny z d. Wojciul

  Powrotna droga z Buchta- Banina

Zanim przystąpię do  opisania powrotnej drogi z punktu przesyłkowego , należy chyba poświęcić parę słów samej przystani.

Buchta- maleńka przystań przy brzegu Cieśniny Tatarskiej.

Z jednej strony- południowej otaczają ją skały, a od strony północnej sowiecka część Sachalinu.

Tą cieśniną wypływają  statki na Morze Ochockie.

Tym to morzem, podążają statki do portu w Magadanie.

Do rzeki Kołymy, gdzie kopią złoto…..

Z tego punktu przesyłowego rocznie odprawia się około 20 tysięcy więźniów różnego rodzaju do kopania złota- kruszcu.

Z Kołymy wraca w ciągu roku około 5 tys. nieszczęśników.

Już są niezdolni do żadnej pracy.

Z Buchta Banina odwożą ich znowu do innego łagru, jeśli jeszcze nie ukończyli swego terminu pobytu w obozie.

    Nowostka nad Cieśniną Tatarską

Świeci jasno słoneczko.

Ani jednej chmurki na niebie.

Mijają dwie minuty i już na firmamencie pokazuje się ciemny pęcherzyk.

Za minutę polało z niego jak z cebra.

Wszystkie nierówności zapełniła woda.

Gdzie były rowy, tam już szumiały rzeki pełne wód.

Z tego małego ciemnego pęcherzyka na niebie  była taka ulewa, jakiej ja jeszcze nigdy nie widziałem.

Minuta minęła i znów słoneczko świeci.

Tak to szybko zachodzi zmiana pogody w tej północnej krainie, nad Sachalinem radzieckim.

Powrót

A teraz wracam do tematu, do wyjazdu z Buchta Banina.  Opuszczam więc ten maleńki port na  wschodnim krańcu Rosji skąd wysyłają na Kołymę i skąd widać wyspę Sachalin …

A było tak. Na drugi dzień po odejściu okrętu  ( na Kołymę ) z tej przystani, zebrano nową grupę i popędzono na stację kolejową.

Tam po gdzie po rozsortowaniu według stanu  zdrowia – kto chory a kto zdrowy, ruszył pociąg w powrotną mękę.

Ja dostałem się do wagonu dla chorych.

Znalazłem miejsce na samych górnych narach.

Jazda nie była najgorsza, chociaż czułem ból – reumatyzm w lewej nodze i mocne pieczenie lewego oka, który to ból nękał mnie też myślą, że zostanę tylko z jednym okiem.

Za dobę byliśmy nad rzeką Amurem, gdzie przeprawiliśmy się promem dwupiętrowym.

Tu nas nakarmiono suchym chlebem i porcyjką cukru.

Dostarczono nam do wagonu wody. Nie brakowało jej tak, jak przedtem , w drodze do punktu przesyłowego, kiedy to nieomal nie umarliśmy pod drodze.

W drodze z Komsomolska do Bajkału mieliśmy nieprzyjemne wydarzenie.

Zmarł w wagonie , na sąsiedniej narze , towarzysz niedoli.

Patrzyliśmy jak cicho umiera.

W niczym nie mogliśmy pomóc.

Serca nasze ściskał ból.

Z g i n ą ł   z   w y c i e ń c z e n i a .

Po pewnym czasie zabrano go od nas.

Po siedmiu dniach znaleźliśmy się w mieście T o m s k i e , gdzie wysadzono nas i odprowadzono do obozu, znajdującego się dwa kilometry od miasta.

Korzystając z prawa- 15- dniowego wypoczynku – karantinu – po podróży – udałem się do lekarza obozowego w sprawie chorego oka.

Przedstawiłem, że oko coraz gorzej boli i mało co widzę.

Prosiłem lekarza, żeby mnie odesłał do szpitala na leczenie.

Nie przyjął mojej prośby i powiedział, że mogę odpoczywać i co trzy dni przychodzić do niego.

Nie dał żadnego lekarstwa.

Po trzech dniach zgłaszam się znowu  do niego.

Obejrzał, i mówi, że oko już lepiej wygląda.

I znowu nie dał lekarstwa.

I oto cudem oko bez lekarstwa zaczęło się goić.

Jeszcze przeszło trzy dni i ono zaczęło się oczyszczać od ropienia.

Z każdym dniem z okiem było lepiej.

Cieszyłem się z tego niezmiernie.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 35 ). Na krańcu Rosji – Cieśnina Tatarska – Sachalin – cudem unikam Kołymy


Mapka Rosji i rozmieszczenie łagrów – po prawej widać podłużny Sachalin pddzoelony d lądu opisaną przez Jana Cieśniną Tatarską – a nad nim Kołymę .Obrazek z internetu

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia 1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony.

Na rozmowach o życiu w Moskwie dojechaliśmy do brzegów Jeziora Bajkału.

Ogromne to jezioro.

Brzegów jego nie widać.

Patrzymy przez kraty w oknie i podziwiamy tę szerokość i długość.

Mówią niektórzy, że w nim jest 300 gatunków ryb.

Teraz, w 1953 roku pobudowano obok- Bajkalsko- Amurską  Magistralę.

Długość jej wynosi ponad trzy tysiące kilometrów.

Obecnie  już położono most na rzece Amurze-( szerokość jej- 3,5 km !!! ).

Dwieście metrów nad brzegiem Bajkału  ciągnie się droga kolejowa długości co najmniej 200-300 km.

Zostawiamy ten wspaniały Bajkał i jedziemy w kierunku nowo pobudowanego miasta Komsomolska, położonego po obu stronach rzeki  A m u r

Tu zatrzymuje się nasz pociąg, składający się z dwudziestu wagonów.

W 1953 roku jeszcze nie było na Amurze mostu.

Przejeżdżano promem

.

Prom był dwupiętrowy.

Za jednym razem zabierano 4+4 wagony.

A więc trzeba było trzy razy przejeżdżać Amur.

Prawda, że szybko chodził ten prom, ale mimo to zabierało to 1,5 godziny czasu.

Gdy wszystkie wagony były już na drugiej stronie rzeki, doczepiano lokomotywę i jeszcze do miejsca przeznaczenia było ponad tysiąc kilometrów drogi.

Tę drogę do B u c h t a  B a n i n a przejechaliśmy w ciągu dwóch dób.

Wychodziliśmy z wagonów obrośnięci, zmęczeni – ledwie żywi.

Nogi odmawiały posłuszeństwa, by dojść do baraku – łagru , gdzie był nasz punkt przesyłkowy d o  K o ł y m y .

Gdy stanęła nasza noga na tej pustej i kamiennej ziemi, poczuliśmy w powietrzu coś, czego ja w powietrzu nigdy dotychczas nie odczuwałem- brak powietrza.

Nie mogłem oddychać normalnie.

Połykałem go coraz więcej, a jego wszystko jedno było za mało.

Okazało się, że w tym powietrzu

–  n a d  b r z e g i e m   Z a l e w u   T a t a r s k i e g o

–   o g r a n i c z a j ą c e g o   S a c h a l i n   R a d z i e c k i

–  brak jest czternaście procent tlenu !!!! .

Trzeba organizm przyzwyczajać do takiego powietrza.

Na domiar złego, po dobrnięciu do baraków, w których mamy przebyć karantir

( kwarantannę) – 15 dniowy, napiliśmy się wody gotowanej ale i nie gotowanej.

A piliśmy ją tak łapczywie, by zgasić pragnienie, które nas  męczyło przez całą drogę, trwającą 15 dni.

Nazajutrz zapanowała w obozie czerwonka.

Prawie 50% chorych położono do szpitala.

Ja także znalazłem się wśród tych nieszczęśników.

Byłem w tym stacjonarze 10 dni.

Leżałem na wysokim narze, z którego przez okno oglądałem cały radziecki Sachalin.

Obok mnie leżeli bandyci.

Opowiadali oni o swoich sukcesach i niepowodzeniach w swej robocie.

Opowiadali, że trzeba mordować  wszystkich, kiedy się chce zrobić czystą robotę.

Bo, gdy choć jedną osobę zostawić żywą, ona może w przyszłości wydać całą szajkę.

Na przykład, opowiada, zostawiliśmy jedną najemnicę przy życiu,  a ona nas wsadziła na 15 lat do więzienia.

Nikt z tej dezynterii nie umarł.

Ja także wyszedłem po tygodniu cały.

Ale przyplątała mi się inna choroba.

Rozbolało mnie lewe oko.

Lekarze leczyli, ale skutków dodatnich nie było.

Lekarze zaczęli mówić mi, że jestem symulant, bo nie chcę jechać na Kołymę.

Bo byli prawdziwi udawacze ślepoty.

Zasypywali oczy tytoniem , żeby tylko nie zabrano ich do wywiezienia za Morze Ochockie, na Magadan, Kołymę.

Ale ja nie należałem do tych symulantów.

Mnie naprawdę zaciągnęło oko ropą.

Poważnie myślałem, że zostanę z jednym okiem.

 Kończy się kwarantanna odpoczynku.

Po 15 dniach wywołują po nazwisku i ustawiają po piątce i gonią do wrót, gdzie już stoi orkiestra.

Na znak dany, orkiestra gra jakiegoś, tak mi się wydawało, żałobnego marsza.

Przechodzą bramą młodzieńcy – pełni zdrowia – młodości – ze spuszczonymi głowami, jakby szli na śmierć.

A orkiestra gra.

Idą i kolumny końca nie widać.

Wreszcie zamykają bramę.

Poszli do okrętu, który już od wczoraj stoi na przystani Buchta Banina.

Przed wprowadzeniem do okrętu, konwojenci robią  dokładnie szmon.

Szczegółowo przeglądają wszystko co mają skazani, co okrywa ich ciało.

Marsz żałobny się skończył.

Wydawało się mnie, że już jestem uratowany.

.

Ale oto w obozie poszukują  mnie i innych, by się zbierali do wyjścia, a więc i nas mają zabrać na ten  okręt.

Już odbywa się to odprowadzenie bez orkiestry.

Zaprowadzają nas 25- 30 osób na plac, gdzie odbywała się kontrola poprzednich brygad.

Robią szmon dokładny, ale ja ruble schowałem pod podeszwą wojłoczek.

Nie znaleźli u mnie nic.

Skończono sprawdzanie.

Podchodzi naczelnik naszej brygady – grupy, do naczelnika okrętu.

Melduje, że jeszcze przyprowadził grupę więźniów do zabrania na okręt.

A ten mu na to:

„ Bolsze nie bieru, po spisku uże u mienia chwatajet”.

A więc naszej grupy nie przyjęto.

Radość to była niesamowita.

Wracamy do baraków.

Nie wiemy, co zrobią z nami.

Ta myśl nurtuje nas pozostawionych.

Co ma być, ale już gorszego nie będzie

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 34 ). Wysyłają na Kołymę


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony – Heleny z d. Wojciul

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Ten nowy NKGB- owiec, był człowiekiem młodym i gołym, nie miał swojej pościeli i dlatego przyszedł do kaptiorka , żeby wypożyczyć pościel .

Dałem mu: koc, poszewkę, prześcieradło i materac.

Po wręczeniu poprosiłem , by powiedział mi swoje nazwisko, gdyż miałem zapisać te rzeczy do ewidencji.

Podał nazwisko, ale chyba ten mój sposób postępowania nie podobał się jemu, bo się zemścił nade mną.

Sprawdzając zakład remontu odzieży poza zoną znalazł dwie pary moich  !!! spodni, które oddałem krawcom, by mnie z nich uszyli marynareczkę.

W tej sprawie wezwał mnie do swego gabinetu i tam udowadniał mi, że ja przywłaszczyłem sobie te spodnie.

Ja usprawiedliwiałem się tym, że nie wypisywałem sobie nowych spodni przez dwa lata.

Że chciałem z tych spodni uszyć sobie marynareczkę, bo już mam prędko opuścić łagier, że mnie zostało jeszcze 7 miesięcy – być w łagrze

Nie pomogło moje szczere wyjaśnienie.

Dał 5 dni karceru, no i zdjął mnie z posady kaptrioszczyka .

Sam kradł, a drugich za takie postępowanie jak moje karał i to  n i e s ł u s z n i e.

Mało tego, że mnie usunął z przechowalni, ale wbrew przepisom w y s ł a ł   n a   e t a p   d o   K o ł y m y , bym tam zginął .

Każdego roku robiono nabór na wywóz do kopania złota na rzece Kołymie za Morzem Ochockim.

Brano tam tylko więźniów do lat 45, a mnie już było w tym czasie 46 lat.

Więc i tu zemścił się na mnie , wysyłając na śmierć.

Zastosował on  stare prawo tajgi:

prokurator- niedźwiedź , sędzia- tajga.

W  r o k u   1 9 5 3   w   m i e s i ą c u   l i p c u  zabrano z naszego obozu 250 więźniów .

Z tajgi położonej za T a j s z e t e m w  k i e r u n k u   B r a c k a przywieziono nas w czterech wagonach do I r k u c k a.

W Irkucku stoimy cały dzień.

Upał niesamowity, dochodzi do 40 stopni ciepła.

Z nar wszyscy poschodzili.

Tarzamy się po podłodze.

Jesteśmy wszyscy w stroju adamowym.

Oddychać nie ma czym.

Ślina zasycha w ustach.

A tu jeszcze i brak wody.

Jesteśmy półtrupami.

Mało brakuje, a wszyscy wyzioniemy ducha.

Nareszcie pociąg rusza i przez szczelinki w wagonie przedostają się strumyczki orzeźwiającego powietrza.

Pociąg mknie i my zaczynamy się po trochu ruszać.

Pełzniemy na swoje nary i pod nary.

Mój sąsiad, m o s k w i c z a n i n i ja zajmujemy miejsca pod ostatnimi narami.

Pytam go,  j a k  o n  ż y ł  p o d c z a s   p a n o w a n i a   w ł a d z y   r a d z i e c k i e j. Ciężko westchnął i powiedział, że to nie było życie, a istna męka.

 Pochodził on z rodziny bogatych mieszczan .

I  t o   b y ł o   j e g o   n i e s z c z ę ś c i e. 

Rodzinę jego zamordowali, bo byli kontrrewolucjonistami.

On skończył gimnazjum i zaczął pracować w drogowym ruchu samochodowym w Moskwie. Cały czas pracy był pod nadzorem NKGB, na cenzurowanym miejscu- syn kontrrewolucjonisty.

Mieszkał w ojcowskim domu zmniejszonym o trzy czwarte.  Ożenił się i miał dwóch synów. Mimo dobrych wyników w pracy nie czuł się zadowolony.

Wciąż bał się, że go aresztują.

Po dwudziestu latach , w 1951 roku dościgła go ta nieszczęsna chwila – aresztowali go.

Na jego pytanie , dlaczego tego nie uczynili wcześniej?, otrzymał odpowiedź:

„ Potomu szto ty był nam nużen, a tiepier my imiejem swoich mołodych rabotnikow.

A tiepier wy możecie porabotać na rabotach potiażeleje. Wy swoim mołodym robotnikom raskazywali o swojej choroszej  osieni. „

 .

Ten mój sąsiad dodał: „ Po statii 56 – połucził dziesiać liet.  – isprawitielnych trudowych liet i sosłan na wiecznuju zsyłku na Sibir, Kazachstan, Nowosybirsk itd.”.

Wrócić do Moskwy nie może nawet po skończeniu kary zesłania.

Jak przestrzegali przepisów , że na Kołymę można wywozić więźniów o dobrej kondycji i to mających nie więcej jak 45 lat.

I tego moskwiczanina zabrali gdy miał 50 lat- sądziła tajga, a prokuratorem był niedźwiedź.

Największe katusze przeżywał ten mój kolega- moskwiczanin- gdy jeszcze normalnie pracując, musiał wysyłać  w nocy samochody dla NKGB, które szalało przez całe noce, podbierając wrogów narodu.

Całymi nocami drżał w pościeli i gdy coś gdzieś stuknęło, zrywał się i już był pewny, że zjawili się – wilki drapieżne po zdobycz.

Opowiadał, że jak w Moskwie i Leningradzie i w całym kraju ludzie- obywatele dzieli się na trzy grupy : 1) ci, którzy siedzą,  2) którzy siedzieli   i 3) ci, którzy będą siedzieć.

       Na pytanie, jakie było wasze życie?- odpowiada : „ syf, kasza, tiurma, papasza- eta żyźń nasza”.

Mimo rygoru, jaki stosowali NKGB- iści wobec swoich grażdan – obywateli, zdarzały się takie oto kawały :

 Na pudełku od zapałek można było widzieć Kalinina- ministra rolnictwa, ze zdobycznym cielęciem pod pachą – wracającego z kołchozu.

Zrozumiała rzecz, że aresztowano  pół  fabryki zapałczanej.

 Jak oprawcy stalinizmu wykonywali jego polecenia , niech będzie ten oto komiczny wypadek.

Stalin palił fajkę i założył ją za ucho ( taki u niego był zwyczaj) i zapomniał.

Wezwał on do siebie swoich pachołków i polecił tym stróżom, żeby natychmiast odnaleziono jego lulkę- fajkę.

Nie minęło 15 minut i już zgłoszono 47 złodziei  !!!! . 

Na pytanie Stalina, co to są za obywatele, którzy oczekują na korytarzu- odpowiedź brzmiała: To są złodzieje, którzy ukradli waszą fajkę.

Sięgnął ręką za ucho  mówiąc: czort z wami, etaż ” trubka” za uchem ….

Cdn.

zdjęcie własne

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 33 ). Dobra, choć krótkotrwała praca w magazynie odzieży .


zdjęcie własne – jakby symbol chwilowej jasności ( opisanej poniżej ) w życiu katorżnika

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Brygadzista dowiedział się o moim inwalidztwie, przyszedł do mnie i namawiał, bym chodził w dalszym ciągu na robotę, bo dużo zarabiam i pajka jest największa – 950 gram.

Przyrzekłem, że nie rzucę tej pracy.

I wyszedłem nazajutrz  razem z brygadą. 

W czasie pracy, rozmówiłem się ze swoim kolegą – naparnikom pracy – o tym, że ja jestem inwalidą.

Ten zrobił duże oczy i zapytał: „ Dlaczego ja jestem na robocie?”.

Namówił mię brygadzista”- odparłem.

Kolega na to: „ Tak, jemu choczetsia zarabatować bolsze procentow i mieć balszoju pajku. Wy jewo nie słuszajtie, a zawtra nie wychodzicie taskać szpały”.

 Idąc z pracy, rozmyślałem, jak postąpić?

Doszedłem do wniosku, że lepiej nic nie zarabiać jak przy pracy w tajdze, otrzymać małą pajkę chleba i przebywać w zonie- odpoczywać.

   Wieczorem powiadomiłem brygadzistę, że jutro do pracy nie wychodzę.

Wszyscy pracujący wyszli do pracy, a ja położyłem się na narze, żeby odpocząć.

Zdrzemnąłem się, i zacząłem myśleć, gdzie znaleźć pracę w zonie, żeby zarobić kaszy i choćby miskę zupy dodatkowo.

Kierownikiem gospodarczej części zony jest naczelnik – więzień. Więc udaję się do niego z prośbą o przydzielenie mi łatwej pracy w zonie.

Rzecz zrozumiała, nie poszedłem do niego z gołymi rękami. Wziąłem ze sobą kawałek słoniny i paczkę tytoniu.

Prezent ten z przyjemnością przyjął i powiedział, żebym jutro stawił się do jadalni i tam będę kierownikiem stołowej- jadalni.

 Obowiązkiem moim w jadalni było  zbieranie naczyń po każdym posiłku i odnoszenie ich do kuchni.

Po każdym posiłku zmywałem stoły i ławki.

Następnie sprzątałem podłogę i paliłem w piecu.

Podłogę szorowałem śniegiem i ścierałem ją szmatą.

Po wymyciu śniegiem podłoga była żółto- biała- jak po heblowaniu. Stoły także dobrze wyszorowałem śniegiem i wytarłem ścierką do sucha.

Do pieca przyniosłem kilka naręczy drzewa i zapaliłem w nim.

Praca się skończyła, jadalnia była gotowa do obiadu.

Mnie kuchnia nakarmiła do syta.

Czas po obiedzie upłynął mi na sprzątaniu naczyń i myciu stołów, ścieraniu ławek i paleniu po raz drugi w piecu.

Przed kolacją, a ściślej mówiąc, gdy była znowu gotowa kasza i zupa – karmiono mię.

Jednym słowem, karmiono mię przed każdym posiłkiem.

Dużo dawali ryby i to ryby nie byle jakiej- smacznej i tłustej.

Pracy nie brakowało, ale byłem syty.

Praca ta trwała dwa tygodnie.

Po tym zaszła zmiana i to niespodziewana …..

 Kaptiorszczyk – kaptiorka – przechowalnia.

 Oto wezwano mię do naczelnika obozu – pewnego wieczoru.

Idę i myślę, po cóż ja jemu jestem potrzebny?

Nie przyszło mi nawet do głowy, że zaproponują mi i wiele lepszą pracę. Pukam do drzwi, słyszę: „ Da, da”.

Więc wchodzę i mówię: „ zdrawstwujcie”.

On pyta: „ was zawut K. I. Wikieńtiewicz”( syn Wincentego).  Odpowiadam :„Da”.

„ Skażytie : mnogo u was w łagierie jest pryjatielej ?”.

Po sekundowym namyśle odpowiadam: „ Woobszcze u mienia ich niet”.

„ A czem wy zanimaliś na swobodzie?”. „ Rabotał uczycielem i  wioł maleńkoje choziajstwo : dzierżał korowu, kabańczyka ( świnię ) , kury i pczoł „.

Zwraca się do siedzącego na krześle towarzysza: „ no, szto, podchodzit?”.

 „ Tak, wot szto – zwraca się do mnie- wy grażdanin , ot zawtra budziecie  rabotać w kaptiorce” .

Ja, zaskoczony tym, mówię, „ a kto będzie pracował w jadalni?”, odparł  „ najdziom, nie zabotiś.”

    Mój przyszły opiekun zabiera mię ze sobą i prowadzi do kaptiorki.

 Otwiera ją i pokazuje co w niej jest i co ja mam z tymi rzeczami robić, jak gospodarować.

Pokazuje mi nową parę bucików, które ja sobie na kartce zapisuję, zapisuję również bieliznę nową: koszule, spodenki, podkoszulki, pościel nową, poszewki, prześcieradła i koce nowe.  

    Informuje mię, że będę wydawać nowe rzeczy, jeśli dostarczą więźniowie stare.

Zapisywać mam nazwiska tych, którzy otrzymali z kaptiorki nowe.

Praca moja zaczyna się każdego dnia o godzinie 6-ej rano do godziny 20- tej wieczór.

Po tej informacji wychodzimy z kaptiorki i on – mój bezpośredni przełożony oddaje mi klucz od przechowalni, którą ja własnoręcznie zamykam. Rozchodzimy się.

Nazajutrz o godzinie szóstej rano już jestem w kaptiorce.

Przychodzą niektórzy robotnicy, i proszą o wymianę bucików. Szukam wyremontowanych i zamieniam.

Przychodzą z prośbą o wymianę kufajek, bo te przepalone. Jeśli znajdę odremontowane- zamieniam. 

Taka zamiana rzeczy podartych na odremontowane trwa do wyjścia brygad na robotę.

Później przychodzą do przechowalni tylko pozostali w zonie. Mało bywało takich klientów.

    Do obiadu tego dnia robię porządki w kaptiorce.

Segreguję obuwie, stawiam je na półki.

Stare obuwie, nadające się jeszcze do remontu, wiążę w pary i będą odprawione przez mojego przełożonego do warsztatu naprawy, który znajduje się w zonie gospodarczej.

Tak samo robię porządki ze wszystkimi rzeczami nadającymi się do naprawy.

Po uporządkowaniu rzeczy w przechowalni,  zabieram się za mycie podłogi.

Do przyjścia brygad z pracy, wszystko w kaptiorce doprowadziłem do należytego ładu i czystości.

Jeszcze mam godzinę do powrotu brygad z lasu.

Wykorzystuję ten czas na obiad. Kucharz nalewa mi miskę zupy- kapuśniaku. Nalewa tak, żeby mi było więcej tłuszczu- oleju. Nakłada do miski kaszy owsianej dobrze polewając olejem. Nie zapomina mi włożyć do kaszy dobry kawałek ryby tłustej i smacznej. Jednym słowem, było się czym pożywić.

Z pełnym zadowoleniem wracam do swojego kaptiorka, w którym jest ciepło i dość przytulnie.

Kładę się na sienniku napchanym przez siebie samego starymi częściami buszłaków. Poduszkę też zrobiłem z tych starych kurtek. Przyjemnie było leżeć. Dawno już tak nie było mi przyjemnie.

Wróciły z pracy brygady.

Powstał ruch w przechowalni .

Klientów pełno, no nie wszystkich mogę zadowolić.

Niektórzy proszą o nowe spodnie, ale ich w ogóle nie ma.

Inni także proszą o zamianę kufajek. Nie ma połatanych, a także i nowych.

Taka kołomyjka przeciąga się nieraz do odboju- capstrzyka.

Praca ta podoba mi się.

Przełożony mój sprawdza moją robotę prawie codziennie.

Już zabrał parę paczek butów i kufajek porwanych.

Z pracowni przyniósł kilka paczek odremontowanych rzeczy…..

     On także przynosi do przechowalni i nowe rzeczy, które ja wydaję potrzebującym, ale jak już poprzednio zaznaczyłem – z wpisaniem do zeszytu.

Muszę zaznaczyć, że mój naczelnik przechowalni nie był bez grzechu, bo często zabierał nowe rzeczy , jak buciki, koszulki, spodenki, prześcieradła do swojej teczki – dla siebie.

On był obowiązany zdawać zużyte rzeczy do spisania.

Z tej swojej przechowalni przynosił już uznane do oddawania na szmaty.

Swoje rzeczy , które uznawał za zużyte, oddawał do kaptiorka . Były one celowo porwane w pewnych miejscach.

O rzeczy nowe dobijali się , prosili mnie, ale ja ich miałem za mało.

Dla mnie dobra była ta praca, bo od czasu do czasu mogłem zjadać cukierek czekoladowy , bo robotnicy nieraz kupowali w sklepiku i ze mną się dzielili, aby otrzymać lepszą rzecz z przechowalni.

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Cdn.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . upiorna meszka …. i mróz w tajdze …

zdjęcie własne – może to ślady katorżników w syberyjskiej tajdze ….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . W tajdze da się żyć od końca kwietnia do połowy czerwca – wtedy nie wyfruwa meszka.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Praca przy składowaniu pni na sterty

   Było to już w miesiącach jesiennych.

Chociaż na dworze nie jest jeszcze chłodno, ale za to pełno błota.

Buty zrobione – uszyte – ze szmat i podszyte gumą ze starych zużytych opon spadają z nóg.

A tu trzeba uwijać się przy popychaniu bosakami długich kloców na stertę.

Ciężka to praca, ale wyjścia drugiego nie ma.

Męczymy się i odpocząć  – posiedzieć nie daje meszka , która napada i gryzie niemiłosiernie.

Chodzimy w siatkach od maszkary , ale to okręcenie  szyi i rąk przeszkadza w pracy.

Ta maszkar – meszka zaczyna działać od 15 czerwca do 10 stopni mrozu.

Chowa się od mrozu pod mech i tam wiosną wysiaduje maleńką meszkę, która w tajdze jest największą plagą – większą od siarczystego 50- stopniowego mrozu.

Ona się nie boi ni ognia, ni dymu , ni upału , trzeba uciekać w krzaki , żeby zjeść obiad- rzadką kaszę.

Toteż często chodzimy bez siatek na twarzy, ale za to mamy wianki z tej siatki na głowie . Gdy chcemy odpocząć, musimy się położyć na trawie plecami .

Meszka krąży o pięć cm nad nosem i już nie gryzie. A gdy tylko przewróci się człowiek na bok, już go gryzie.

Jej jest tak dużo, jakby ktoś sypał piaskiem w twarz.

Nie gryzie ona, ta meszka, gdy człowiek pomaże  się jakimś tłuszczem. Ale gdzie wziąć takie lekarstwo.

Wszyscy mieszkańcy tajgi chodzą w zielonych siatkach na głowie, ale my , więźniowie nie mamy takich , tylko takie: wszyty kawałek siatki w szmatę zakrywającą twarz. Głowa i szyja zakryte są tylko samą szmatą.

      Ta mszyca- meszka nie daje spokoju zwierzętom domowym. Gdzie nie ma sierści, gryzie niesamowicie. Dlatego też krowy, kozy, pasą się tu tylko wtedy , gdy zmierzch nastąpi. Koniom, na których pracujemy w lesie , wozimy kloce, smarujemy goliznę dziegciem – tego tłuszczu meszka nie znosi.

Do mieszkania ona nie wlatuje, ale na szybach okna z zewnątrz pełno jej.

Kobiety tutejsze nie chodzą tu w spódniczkach, ale w spodniach zapiętych aż po kostki stóp.

      W tej tajdze syberyjskiej można żyć tylko od końca kwietnia do 15 czerwca, kiedy ta przeklęta maszkara siedzi we mchu.

Wtedy tu unosi się aromat, słońce świeci jasno, nie jest gorąco, w powietrzu pełno żywicy i panuje cisza.

Tam warto pojechać na wczasy, tylko trzeba zabrać ze sobą dużo , dużo zachodniego pokarmu.

Tu w rzekach pełno ryb i to ryb bardzo smacznych .

Orzechów również nie brakuje.

Pełno drzew orzechowych , które my spiłowywaliśmy i jedliśmy ich smaczne owoce .

Zima w tajdze

  Zima w tajdze surowa. Nieraz mróz dochodził do 60 stopni. Ale trzeba pamiętać, że on nie taki groźny, jak nasz – 30 stopniowy.

On tu jest bez wiatru.

Cisza panuje, gdy on jest tu „ panem”.

Tylko, gdy dochodzi do minus 50 stopni albo i więcej, to drzewa nie wytrzymują , pękają- wydając strzały armatnie , jakby to była prawdziwa wojna.

Gdy mróz dochodził do minus 55 stopni – nas idących do pracy zawracano do domu.

S z c z ę ś l i w y   t o   b y ł   d z i e ń .

Gdyby nas nie wrócono , niejeden pomroziłby nogi i odmroził nos.

Na nogach mieliśmy wojłoki, a na głowie – uszatkę- czapkę, która zakrywała całą twarz i głowę, zostawiając tylko dostęp do ust i nozdrzy – otworków nosa.

Wszystko to było oblepione  lodem.

Gdy ślinę z ust wypluwałem, widziałem że ona natychmiast zmieniała się w lód.

Przy mrozie minus 45 stopni pracowaliśmy w lesie. Tę temperaturę można było wytrzymać, ale trzeba było mieć lepsze wyżywienie – więcej tłuszczów.  Tylko my nie mieliśmy …

W takich warunkach, jakie tu w krótkich słowach opisałem, przeżyłem sześć miesięcy – do następnej komisji lekarskiej , która szczęśliwym zbiegiem okoliczności uznała mię inwalidą i dała czwartą kategorię.

Zbieg okoliczności był taki , że pani lekarz , która mię badała miała takie nazwisko jak ja.

Najpierw zapytała mię , skąd pochodzę?. Odpowiedziałem , że z Mińska.

Rozmowa się skończyła.

Zapytała: „ Czem wy żałujetieś?” Powiedziałem: „ sercem”.

Dotknęła słuchawką do serca, spojrzała na mnie i powiedziała: „ Subkompensirowanyj porok serca-  inwalid” .

Na tym skończyła się nasza rozmowa.

  Teraz zastanawiam się, czy ona mi dała taką kategorię – inwalida, po znajomości, czy też dlatego, że biło u mnie serce bardzo mocno.

A biło, bo przebiegłem szybko jak mogłem – 200 metrów przed samym badaniem.

   To oświadczenie lekarza, że jestem inwalidą, bardzo mnie przeraziło. Pomyślałem, że już koniec ze mną, do niczego się nie nadaję. Idąc do baraku z tej komisji, wciąż myślałem, że już do zdrowia normalnego nigdy nie wrócę.

Ale, gdy odpocząłem pół godzinki, poczułem, że czuję się zupełnie dobrze.

A więc strach minął. 

c.d.n.