Przerywnik świąteczny…

Przerywnik świąteczny

Dziś nadeszła pora, od nas niezależna,  na zajęcie się tematem Bożego Narodzenia.

Już jutro Wigilia…..u nas przetrwała piękna tradycja, którą przenieśli  ze swoich rodzin moi Rodzice. Otóż  przed indywidualnym dzieleniem się opłatkiem i zasiadaniem do stołu trzeba zebrać się w kręgu. Już nawet nasze Wnuki wiedzą jaki jest scenariusz i grzecznie się ustawiają , choć dość nerwowo zerkają na stertę prezentów pod choinką. Ale cóż, jest rytuał , porządek i trzeba się dostosować. Gdy tak stoimy w RODZINNYM KRĘGU  Najstarszy Rodu zabiera głos. Prosi o ciche wspomnienie NASZYCH ZMARŁYCH – każdy sam z NIMI rozmawia w duchu- z kim chce i jak chce. Po  tej chwili milczenia odmawiamy Ojcze Nasz- a potem jest krótki przekaz myśli. Przedtem przemawiał mój Tato, a teraz Mirek. Gdy przybywa nowy Członek Rodziny po raz pierwszy obecny na Wigilii, jest witany specjalnie . Potem Mirek składa życzenia by wszyscy- cała RODZINA- by WSZYSCY ,  się kochali, pomagali wzajemnie i byli w stałym kontakcie. Na koniec jest  słowo o pokoju na świecie i o  wszystkich którzy cierpią ….

I Wam Kochani , którzy tu zajrzycie i tym którzy tu nie zajrzycie 

składam

ŻYCZENIA SPOKOJU, RADOŚCI DUCHA A PRZEDE WSZYSTKIM ZDROWIA!!!

Powrót do Japonii . Piękna religia shinto.

SAM_9290.JPG

Jeszcze raz zdjęcie bramy, czyli Tori, tj. mieszkania czy grzędy dla ptaków. W ptakach mieszkają duchy przodków i są też wysłannikami bogów.Charakterystyczny element architektury Japonii

 

 

SAM_9289.JPG

Świątynia shinto w tle. Po lewej zbiornik wodny. Obmywanie…

 

SAM_9291.JPG

Chłopiec pije wodę z chochli

 

SAM_9294.JPG

 

 

  Innego dnia wśród miejskiego ruchu, nagle otworzyła  się przed nami cudna bajkowa kraina. To był teren świątyni najstarszej religii japońskiej- shinto, co po japońsku znaczy „ droga bogów”. Wiara ta jest oparta na miejscowej mitologii, wg której  zanim powstały ziemia i niebo było trzech bogów ,  dawali życie kolejnym i ostatecznie stworzyli świat. Tym światem były Wyspy Japońskie a ostatni potomek  bogów w  660 r.p.n.e. objął godność cesarza Jimmu. Obecnie panujący w Japonii  cesarz jest 125 potomkiem bóstw w prostej linii. Wszystkie te bóstwa określane są nazwą kami.

    Nie podaję nazwy zwiedzanej świątyni, bo nasz  krótki pobyt w Japonii upływał pod znakiem spotkań zawodowych i miałyśmy za mało czasu na dociekanie, notowanie. I przepadło.  Dlatego nie jestem  pewna jak się nazywała a nie chcę spekulować. Ale czy to ważne. Nazwy dla nas  brzmią obco i nawet z trudem dają się powtórzyć. Dla mnie istotą są obrazy i klimat.

A więc wracam do tych klimatów

     Gdy ujrzałyśmy teren świątyni, zwolniłyśmy kroku i już powoli przeszłyśmy  pod ładną konstrukcją, tzw. bramą,   typową dla pejzażu Japonii. Brama ta zwana Tori, oznacza

„ mieszkanie ptaka” W wierzeniach ludowych ” duchy zmarłych wstępują w ptaki i odpoczywają na tej bramie „  a wg shinto ,  ptaki są uważane za posłańców bogów.

 

Jednakowo budowane tori, są charakterystycznym elementem architektury japońskiej. Zwieńczeniem bramy są  dwie poziome belki oparte na  dwóch pionowych słupach. Bramy czasami pozostają w kolorze drewna, a często są malowane na popularną w Japonii barwę ochry , bywa, że nad belkami unosi się fantazyjny daszek.

Brama ta  symbolizuje” przejście ze świata skończonego ( ziemskiego) do nieskończonego , będącego światem bogów . Takie bramy możemy zobaczyć nie tylko przed świątynią, ale też na wodzie, na skale czy w ogródku przydomowym, wszędzie tam, gdzie wg religii shinto mieszkają kami. „.

Jak kiedyś czytałam,  w Japonii jest  zwyczaj, by  osobę, którą się czymś uraziło zaprosić pod taką bramę i bez słów czekać- jeśli pod nią przejdzie, oznacza to, że przyjmuje nasze przeprosiny. Taki rytuał bez słów przepraszam i wybaczam…

     Gdy z przejęciem  przekroczyłyśmy tę  bramą, wpadłyśmy w zachwyt. Otóż przed nami otwierała się szeroka zielona  przestrzeń a gdzieś w dali grała cudnymi barwami ochry i świetlistej ciemnej zieleni ozdobnego, powyginanego dachu , lekka, radosna świątynia shinto.  Z tej dość dalekiej perspektywy, była piękna, jakby wyjęta z bajki. Całość jakby ażurowa, nakryta finezyjnymi dachami zda się unosiła ku niebu. 

    Po chwili oderwałyśmy wzrok od  świątyni, by już przytomniej rozejrzeć się wokół. Odkryłyśmy, że nieopodal nas, nieomal w  centrum placu, jak wszędzie przed innymi obiektami tej religii stała  studnia, czy cembrowina z wodą. Dla Japończyków woda jest bardzo  ważna. Symbolizuje odnowę…

Obserwowałyśmy, jak wierni  podchodzili do studni , nabierali wodę wielką chochlą i polewali sobie dłonie, twarz a czasem nabierali ją do ust. Na zdjęciu udało mi się utrwalić obrazek małego chłopca, który przysiadł na skraju zbiornika i właśnie pije wodę z tej wielkiej łychy ….

    Potem ludzie zmierzali  do samej świątyni. W którymś momencie i  my tam podążyłyśmy. Tuż przed progiem świątyni,   już właściwie nieomal pod jej dachem wierni się zatrzymywali, gdyż dalej wchodzić nie było wolno. Za tą granicą ujrzałyśmy wielką dziewiczą przestrzeń złocistego , równiutko  zagrabionego piasku . Słońce się ślizgało po zda się drżących niewielkich piaskowych falach pozostawionych przez pewnie najzwyklejsze grabie.

    Rozglądałyśmy się szukając jakiś figur świętych , których była moc w świątyniach buddyjskich. Tu żadnej nie było. Były jakieś  samotne drzewka głazy, niewysokie kolumienki , zda się przygotowane do postawienia jakiegoś przedmiotu, ale puste. W ogóle wszędzie było pusto.

Jak napisałam, shinto, najstarsza japońska religia uznaje mnogość bóstw. Część starych legendarnych bogów ma imiona, ale każdy człowiek, wyznawca shintu może sobie wyobrazić swojego boga, ogólnie zwanego  kami i może sam ustalić gdzie mieszka ten jego bóg. A może on mieszkać gdziekolwiek  np. w drzewie, kamieniu, zwierzęciu, wodzie a nawet w wietrze. Człowiek wierzący w shinto nie  musi oglądać podobizn , rzeźb czy obrazów swojego boga, nie ma żadnych świętych ksiąg . Nawet nikt nie  musi się modlić, wystarczy tylko swojego boga zaprosić klaszcząc i w milczeniu porozmawiać.

Prośby o łaskę , pomoc czy podziękowanie swojemu bogu można też  zapisać na drewnianej tabliczce, które są sprzedawane nieopodal świątyni,  powiesić na płocie lub gdziekolwiek na zewnątrz świątyni. A kiedy przychodzi wiatr, tabliczki klekoczą co oznacza że modlitwa zmierza do adresata.

Długo obserwowałyśmy jak wierni stając przed tą opisaną pustą piaskową przestrzenią  powoli i z wielką powagą i namaszczeniem kilkakrotnie kłaniają się nisko niewidzialnemu, ale wyobrażonemu  i trzykrotnie klaszczą w dłonie.

I bóg jest z nimi…

 

Prawda, że super jest ta religia? Dla mnie to fajna, lekka, pogodna i wietrzna religia, nie zniewalająca  na siłę umysłu wierzącego . Ofiarowuje wolność, pozostawia miejsce w sercach na patriotyzm, wielkie przywiązanie do swoich korzeni, wierzeń i kultu przodków. Tam się mówi, że” jest daleko więcej umarłych niż żywych.”….

 

 

Walentynki?- jestem za.

1.JPG

 

Wszystkim których lubię szczególnie ofiarowuję kwiatek z mojego parapetu…

 

 

 

 

 

Dzisiaj miało być zupełnie o czym innym, ale w radio o Walentynkach trzeszczą. Więc temat przyszedł sam. Nasza młodość minęła bez takich fajerwerków. Albo się ludzie kochali, albo nie. Dowodów miłości było niewiele i uważano, że powinny być ofiarowywane codziennie. W efekcie dzień był  szary podobny do dnia i jedynie jakieś kościelne czy komunistyczne patetyczne święta ubarwiały codzienność.

Od lat 90 XX wieku przyszły do nas Walentynki. Wielu z mojego pokolenia kręci nosem, że sztuczne, nie Polskie, czyli udawane. Ale ja lubię ten dzień. W mieście ożywienia się spodziewam. Tłumy młodych bardziej radosne będą. Więc niebawem się wybiorę do Warszawy, wprawdzie zajmować się wnukami będę, ale przy okazji nasycę wzrok tym co na ulicach, młodość swoją powspominam i będzie fajnie….

Bo dzisiaj jest święto zakochanych. Na własny użytek poszerzyłam jego zakres na ludzi których lubię szczególnie i  będę im mówiła, jak bardzo są dla mnie ważni , że pamiętam i z całego serca życzenia składam. Może niektórzy się szczerze ucieszą, bo już myśleli, że zapomniałam….oczywiście nie będę dzwoniła, listów pisała nie będę serduszek wysyłała, ale mały sms pewnie tak….

Nazwa tego święta pochodzi od św. Walentego. I cóż , że imię nieszczególnie piękne dla mnie, ale trzeba się przełamać , zapomnieć o marudzeniu i po prostu się cieszyć. Bo w codziennym zapędzeniu potrzebny jest taki przystanek .

Święty Walenty jest uznanym świętym przez nasz Kościół, ale w krajach takich jak Pakistan czy Indie uważa się , że obchodzenie tego święta jest sprzeczne z duchem islamu.

 Także wielu ludzi z wyboru nie pozostających w związkach , dla zapiekłych singli dzień ten wiąże się z „ tyranią bycia w związku” i z piętnowaniem osób żyjących  w pojedynkę. Dlatego niektórzy z  nich 14 lutego obchodzą „ antywalentynki”. Ostatecznie tak czy tak jest to święto pomimo, że przy okazji  bardzo komercyjne i krytykowane.

Ciekawe jest to, że ludziska południowej i zachodniej Europu obchodzą to święto już od czasów średniowiecza .

A  nawet w Cesarstwie Rzymskim w tym dniu obchodzono święto ku czci Junony ( rzymskiej bogini kobiet i małżeństwa) oraz Pana ( boga przyrody) zwane Luperkaliami i wówczas też szczególnie intensywnie poszukiwano wybranki serca, m.in. odbywały się losowania imion ze specjalnej urny. W mitologii święto wiąże się z wybranymi postaciami jak np. Kupidyn, Ero, Pan .

Tak więc odrzućmy wszystkie uprzedzenia i wątpliwości i cieszmy się z innymi.

Z takimi postanowieniami wyłączam  komputer i w miasto się wybieram, gdy tylko wstanie dzień….z uśmiechem i hasłem na ustach- kochajmy się !!!