Na medycznej ścieżce. I jest upragniona praca…

W ten to sposób otrzymałam stosowny papier na którym jak byk widniało skierowanie do pracy w tzw. wtedy Zespole Opieki Zdrowotnej na Żoliborzu. Działo się to w marcu 1972 roku , czyli 9 miesięcy po uzyskaniu dyplomu. Służba zdrowia przeżyła wówczas pierwszą istotną reformę, która polegała na wspólnym zarządzaniu szpitalami i przychodniami w każdej dzielnicy co właśnie zostało nazwane Zespołem Opieki Zdrowotnej.

Następnego dnia zgłosiłam się do dyrekcji ZOZ-u, która mieściła się w Szpitalu Bielańskim i otrzymałam przydział do Przychodni Rejonowej na Wrzecionie.

Zasada stażu podyplomowego w tych czasach polegała na 4 godzinnej porannej pracy w kolejnych podstawowych oddziałach szpitalnych a następnie odpracowanie trzech godzin w przydzielonej przychodni w charakterze internisty.

Po roku należało zdać stosowne kolokwia na internie, chirurgii, pediatrii i ginekologii.

I wówczas pozostawało się na etacie tylko przychodnianym, przymusowo odpracowując przez 3 lata ten roczny staż

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Bogdanek.

      Bogdanek J. był niewysokiego wzrostu, energiczny i sympatyczny. Miał  ładną  śniadą  skórę, ciemne bystre oczy. Lubiłam go, mimo, że jako chłopak nie budził mojego zaciekawienia.

Od pierwszych dni studiów zajmował się adorowaniem dziewczyny z naszego roku, ale z innej grupy , która należała do tzw. wyższych sfer.

Bo po pierwsze była poznanianką i chyba miała w rodzinie kogoś ważnego w  świecie medycznym.

Już kiedyś pisałam, że ta grupa trzymała się razem, znali się już wcześniej i nawet nie próbowaliśmy się z nimi przyjaźnić, bo wydawali się zarozumiali.

Ale może tak naprawdę nie było, tylko tak ich postrzegaliśmy.

Gdy z jakiegoś powodu pojawiłam się na chwilę wśród dawnych kolegów na początku 4 roku studiów, byłam już  po ślubie  i  z decyzją przeniesienia się do Warszawy, od razu koledzy mi donieśli,  że Bogdanek jest wolny, bo właśnie rozstał się  ze swoją dziewczyną. Pamiętam, że staliśmy wszyscy na dziedzińcu Anatomicum, gdy zjawił się Bogdanek i zaczął ze mną żwawo rozmawiać, pusząc się niby kogucik.  Dostrzegłam jakby zainteresowanie w jego oczach, ale bez słowa pokazałam mu swoją dłoń. Zapytał dlaczego pokazuję mu rękę- wskazałam na obrączkę i powiedziałam, że to jest obrączka –  bo pierścionek był ozdobny, rzeźbiony i ze srebra, wyglądał nietypowo , więc mógł budzić wątpliwości. I wtedy Bogdanek spochmurniał , popatrzył spode łba rozczarowany i wyraźnie zniechęcony a po chwili odszedł.

Oczywiście już go potem nigdy nie spotkałam. Ale pozostał w mojej pamięci jako fajny kumpel…