Losy moich Rodziców. Pierwsza i ostatnia choroba Taty w obozie.

Pierwsza i jedyna choroba Taty w obozie..

 

W obozie Tato początkowo został zatrudniony przy produkcji , ładowaniu i transporcie cegieł.

 

Pracowali w pyle, zimnie i na deszczu. Ubrani w cienkie pasiaki, drewniane buty często godzinami stali na apelu. Przedłużane apele oprawcy fundowali często. Zwykle przyczyną była próba ucieczki któregoś z więźniów, drobne uchybienia w pracy czy nierówno zaścielona szmatą imitującą prześcieradło  prycza…Bywało, że apel trwał cały dzień i noc. Czasami te szkielety ludzkie polewano za karę zimną wodą wydobywającą się z gumowego węża…

Któregoś dnia  wieczorem Tato poczuł  charakterystyczne dreszcze, ziębnięcie kończyn. Skulił się na pryczy i dygotał pod cienkim kocem. Już wiedział, że jest chory. Miał doświadczenie z poprzednich lat, jeszcze młodzieńczych, spędzanych na wolności i był pewien, że to angina.

Noc jakoś przetrwał w majakach.

Gdy zabrzmiał sygnał zbiórki na poranny apel, zwlókł się z pryczy i podtrzymywany przez kolegów ustawił się w swoim szeregu.

Czując bliskie omdlenie zdobył się na odwagę. Już niczym nie ryzykował. Gdyby zemdlał, czekała kula w łeb albo podkuty bucior esesmana.

Wiedział, że tak czy tak czeka na niego śmierć.

W ostatnim przytomnym odruchu  słabym głosem zameldował, że jest bardzo chory na anginę.

O dziwo został wysłuchany, a nawet kapo spytał czy jest lekarzem że stawia takie rozpoznanie.

Tato łamanym niemieckim wyjaśnił, że lekarzem nie jest, ale zna tę chorobę.

Chyba lęk Niemców przed jakąś chorobą zakaźną, która mogłaby zagrażać miejscowej ludności spowodował, że  skierowano Go do rewiru.

Był to rodzaj szpitala więziennego, a raczej umieralnia.

Tam mogli postawić właściwe rozpoznanie i ocenić sytuację epidemiologiczną.

Jednak to Go uratowało.

Pozostał przez kilka dni w miarę ciepłym pomieszczeniu i na zwykłym łóżku, a nie deskach pryczy. Leczony był znanym sobie pędzlowaniem gardła jodyną, bo innego leczenia wówczas nie znano i o dziwo wydobrzał.

Była to jedyna choroba Taty w obozie.

Późniejsze przemoczenia, przemarznięcia i inne warunki sprzyjające zachorowaniu nie zagroziły Jego zdrowiu.

I jeśli ktoś uważa, że zahartowanie nie ma korzystnego wpływu na zapadalność na choroby , nie ma racji….

 

Na medycznej ścieżce. „Żyd, wieczny tułacz.”..

Po tej przydługiej dygresji wracam do mojego szpitala przy ul . Siennej a właściwie Śliskiej, która z północnej strony przylegała do szpitala.

Lekarze- Żydzi w roku 1968 opuścili Polskę. Wyjeżdżali z Dworca Gdańskiego, zwykle z uczuciami wygnańców, nierzadko lały się łzy i zawsze były rozpaczliwe pożegnania z pozostającymi tutaj kolegami, którzy tłumnie przybywali na Dworzec by odprowadzić zaprzyjaźnionych przed ich drogą w nieznane.

Część z nich znalazło się w Izraelu, ale większość lekarzy wyjechało na Zachód- lekarze z Siennej do Szwajcarii. Tam się szybko zagnieździli  i wkrótce nawiązywali kontakt z przyjaciółmi z Polski.

Tutaj pozostawili swoje duchy, mądrość i wiedzę medyczną.

     Z niejakim sarkazmem opowiadano, że ordynator oddziału neuroinfekcji , dr Gecow , przed pamiętnym rokiem 1968, często urządzała  przyjęcia w swoim przepięknym mieszkaniu w Warszawie przy ul. Brzozowej. Ta uliczka jest położona na wysokim zboczu Skarpy Wiślanej, okala Stare Miasto i z okien położonych tam domów pięknie widać Wisłę i leżącą poza nią Pragę.

W czasie przyjęć właścicielka mieszkania otwierała szeroko okna i zapraszała wszystkich by podziwiali widok i wdychali zapach rzeki.

Była nawet w pewnym stopniu egzaltowana w swoich zachwytach .

Gdy znalazła się nad jeziorem di Como, w Szwajcarii, takie same zachwyty nad tą nową okolicą przekazywała w listach do koleżanek.

Teraz one opowiadały o tym, jak łatwo było Żydom,  wszędzie się adaptować . Ich sarkazm właśnie z tego wynikał. Żadnych sentymentów do przeszłości, tęsknot.

Ale może wcale tak nie było, może one wszystkiego nie wiedziały. ….

Przybycie Paulinki, naszej najmłodszej.

 

Paulinka ma dwa miesiące. Obok pozostałe dzieci i Iwonka, moja bratanica. Zdjęcia z rodzinnego albumu, wklejone tam i opisane przez mojego Tatę.

 

 

 

Przedwczoraj minęła 33 rocznica urodzin naszej najmłodszej Córki-  Pauliny.

To dziecko nie było planowane, ale jego  przybycie sprawiło nam wielką radość. To był taki Dar od Najwyższego i tak traktowaliśmy tę czwartą moją ciążę.

Pracowałam wówczas w Szpitalu Zakaźnym w Warszawie przy ul. Siennej 60. To było miejsce magiczne, budynek miał już 100 lat . Szpital ten powstał z funduszów fundacji Bergsonów i Baumanów z przeznaczeniem na leczenie biednych dzieci żydowskich. W nim pracował Janusz Korczak, w czasie II wojny światowej był szpitalem powstańczym, a po wojnie Kliniką Pediatryczną. W latach 60 ubiegłego wieku otrzymał piękne imię „ Szpital im. Dzieci Warszawy”. Pracowało w nim wielu żydowskich lekarzy, z których większość opuściła Polskę w czasie pamiętnego roku 1968. Zamieszkali w Szwajcarii. Byli to znakomicie wykształceni specjaliści, wielu z nich kończyło zagraniczne uczelnie medyczne w Berlinie, Paryżu. Dlatego szpital ten cieszył się dużą renomą w środowisku medycznym w Warszawie i Polsce. Znakomity był oddział Neuroinfekcji, gdzie obowiązkowo szkolono lekarzy specjalizujących się w pediatrii.

I właśnie w czasie mojej pracy w tym szpitalu urodziła się Paulinka. Może o Jej refleksyjnej naturze  zdecydowały  nie tylko geny, ale również tajemnicza, nasycona duchami atmosfera tego szpitala, w której spędzałam wszystkie miesiące ciąży.

Pod koniec ciąży byłam już tak gruba, że ledwie mieściłam się w drzwiach i wnętrzu maleńkiej  szatni dla pracowników. Dlatego też musiałam czekać, aż wszyscy ją opuszczą i wówczas miałam dla siebie odpowiednią przestrzeń.

Pracowałam tam do samego końca ciąży , na własne życzenie przeniesiono mnie z nudnych żółtaczek na oddział Neuroinfekcji, który pociągał mnie najbardziej.

Do porodu udałam się do szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów. Ponieważ jak w poprzednich ciążach  w terminie porodu nic się nie działo, zwyczajowo umieszczano mnie na oddziale patologii ciąży. Za długo tam nie posiedziałam, bo rano, 14. 11. 1979 roku miałam wrażenie, że jednak coś się zacznie. Mimo tego, że zgłosiłam swoje objawy,  wykonano mi jakiś zaplanowany wcześniej test , który zakończono w południe, informując, że w ciągu najbliższych dni nie urodzę.

Oczywiście test testem, a życie sobie.

Tego samego dnia, po południu rozpoczęła się intensywna akcja porodowa.

Początkowo na porodówce gawędziłam sobie ze studentami Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, którzy odbywali tutaj tzw. internat. Jednak po kilku godzinach poprosiłam chłopaków, by opuścili moje stanowisko, bo będę rodziła. Powiedziałam o tym, że już nadchodzi drugi okres porodu przechodzącej położnej. Nie zwróciła na mnie uwagi, zniknęła z czajnikiem w swoim pokoiku. Jednak pewnie coś ją tknęło, bo po chwili wyszła i zajrzała do mnie. Gdy zdjęła moje okrycie, jęknęła , „że już jest głowa” i polewając jodyną ręce , bez uprzedniego zwyczajowo trwającego dłużej mycia odebrała naszą córeczką. Właściwie nie miała żadnego udziału, poza przecięciem pępowiny, bo córeczka sama wydobyła się na świat – oczywiście przy moim jakimś tam udziale- co obwieściła wielkim wrzaskiem.

Myśleliśmy, że może to będzie synek, bo byłaby symetria płci naszych dzieci. Wówczas nie było możliwości badań takich jak teraz, po których  już wcześniej wiadomo, jakiej płci dziecko przebywa w łonie matki. Ale córeczka była dla nas także wielką radością.

Marcin, nasz jedyny syn, który wtedy miał 6 lat, powiedział do ojca- nas jest tylko dwóch.

Gdy Paulinka przybyła do domu, wszystkie dzieci ją oglądały i podziwiały. A była tak maleńka, że mieściła się na wersalce, leżąc w poprzek na siedzeniu.

No i zaczęły się pieluchy- wszak wtedy tylko tetrowe, i codzienna radość z pięknie rozwijającego się dziecka…..

Teraz nasza maleńka córeczka jest już mamą dwóch dorodnych synów, 4 letniego Wiktora, który nazwał sam siebie Witonem i 2,5 mies Patryka, czyli Patka lub Patusia.

I tak historia nasza rodzinna zatacza kolejny krąg…..

Śladami mojego Taty . W tiepłuszkach…

 

Omdlewającą ciotkę z wyraźnie już zaznaczonym ciężarnym brzuchem wyprowadzono z domu popychając kolbami , obok biegła 12 letnia Jania. Zdążyła zabrać kilka sztuk odzieży, kawałek słoniny i bochenek chleba.

Po napełnieniu wszystkich wagonów pociąg powoli ruszył. Ludzie stłoczeni pod ścianami wypatrywali przez szczeliny w ścianie  szukając świeżego powietrza. Zaduch bowiem był przeogromny. Potrzeby fizjologiczne załatwiano przy obecności współwywożonych , w warunkach uwłaczających godności ludzkiej.

Nie wiem, czy wystarczyło łez by opłakiwać sytuację.