Śladami mojego Taty. Planowanie weseliska.

Późnym wieczorem rodzinka Łukaszewiczów opuściła domek Rodziewiczów w doskonałych nastrojach. Oświadczyny Tomasza Łukaszewicza zostały przyjęte.

Od tego czasu w domu Michaliny i Bolka Rodziewiczów zapanował nastrój iście świąteczny.  Teraz wszystko miało się zmienić. Wydanie za mąż najstarszej córki, to chwila przełomowa dla rodziców i dla rodzeństwa. Przygotowania trwały długo. Starannie obmyślano strój weselny dla Staśki, mojej przyszłej Babci,  i planowano całą ceremonię i przyjęcie weselne.

 

Śladami mojego Taty. Weselisko, weselisko

 

Walc angielski. Zdjęcie z Wikipedii.

 

Gdy dom rodziców Michaliny parował zapachami, dźwiękami, buchał radością można było odnieść wrażenie, że uniesie się jego dach i mury nie wytrzymają natężenia emocji.

Ale po pewnym czasie przed domem zadzwoniły dzwonki. Ktoś usłyszał i na chwilę zapanowała cisza.
Po poślubnej przejażdżce, para młoda wróciła do domu. Wszyscy wybiegli z rozgrzanego wnętrza, ciepło wypływało na ganek, roztapiał się śnieg na daszku i spadał wielkimi płatami na nosy. Jedynie wielkie sople jeszcze się trzymały, odbijały refleksy światła, które dzieliły na poszczególne barwy i generowały tęczowe  bajkowe błyski.

Rozpoczęły się powitania, wiwaty i radosne okrzyki. Oczywiście pan młody przeniósł swoją ukochaną przez próg domu, co nie było trudne, bo była drobna i lekka jak puch.

Rodzice Michaliny witali ich chlebem i solą.

Jeszcze jedno przemówienie i nareszcie nadeszła upragniona przez gości chwila. Zaproszono do stołów. Wszyscy ochoczo zajmowali wyznaczone miejsca i od razu rzucali się na półmiski. Miło było patrzeć, jak  łapczywie, głośno ciamkając oraz mrucząc z rozkoszy pochłaniali rozmaite potrawy. Nic dziwnego, bo goście byli wygłodzeni, gdyż specjalnie nic nie jedli od rana, by potem mieć lepsze apetyty.

Państwo młodzi konsumowali skromnie, żyli jeszcze wrażeniami, które dodawały im skrzydeł.

Mieli wielki apetyt na życie, więc nie zwracali uwagi na sprawy kulinarne, uważając, że są zbyt przyziemne.

Alkoholu nie pili w ogóle, mimo toastów biesiadników, pewnie markowali , by nie urazić nikogo i opróżniali kieliszki napełnione wodą. Wszak przed nimi stała specjalna karafka.

Dom tętnił muzyką. Panowie muzykanci początkowo grali cicho,  by nie przeszkadzać w rozmowach, potem coraz odważniej. Było ich kilku, mieli różne instrumenty, grali już wcześniej na innych weseliskach i wiedzieli co cieszy ludzi. Rodzice Michaliny długo zbierali informacje na ich temat, ale gdy podjęli decyzję zaproszenia, nie żałowali. 

Po wstępnym napełnieniu żołądków, weselnicy ruszyli na deski.

Otoczyli kołem nowożeńców. Jacy piękni byli ci młodzi, gdy wirowali w rytmie walca angielskiego, ukazywali się spoza ulotnej mgiełki, którą tworzyła unosząca się biała ślubna suknia Michaliny.

Walc angielski, niedawno tutaj dotarł, bo był tańcem młodym, wszak został wymyślony w 1815 roku a teraz mieliśmy zaledwie rok 1873.

Nuty tego tańca zdobył jak zwykle niezawodny ksiądz Eustachy, a Bolek podrzucił je orkiestrantom. Mieli trochę czasu na ćwiczenia, więc teraz grali gładko, harmonijnie. Wszak ludziom kresowym muzyka była bliska, mieli ją w duszach. Właśnie teraz grały ich dusze.  

Miejscowi się zadziwiali, że teraz tak się tańczy, ale jeśli nawet mieli wątpliwości, to po chwili gapili się w zachwycie.

Młodzi byli utalentowani muzycznie, lubili tańczyć, więc budzili podziw w otaczającym ich kręgu…