Na medycznej ścieżce. Wielbiciel.

Przez krótki czas miałam  stałego wielbiciela, uroczego starszego pana.

Gdy wchodziłam do przychodni, mogłam być właściwie pewna, że go zobaczę.

Nieomal  codziennie przesiadywał pod moim gabinetem .

Zawsze znajdował jakiś niepokojący objaw w swoim stanie zdrowia wymagający mojej konsultacji.

 Ale gdy wchodził do gabinetu, był radosny, żywiołowy .

Z uśmiechem takim, jakby mnie witał po długim okresie niewidzenia się, wpadał i natychmiast wyciągał rękę do przywitania z szarmanckim ukłonem. Nie mając wyboru, wyciągałam ponad biurkiem swoją. W tamtych czasach nie było zwyczajem podawanie sobie rąk . Być może wynikało to z zasad higieny, albo tylko z pośpiechu, a może z wpojonej zasady trzymania odpowiedniego dystansu pomiędzy lekarzem a pacjentem. Nie wiem. Teraz to się zmieniło i nawet w kościele , w którejś  części mszy, ludzie sobie podają dłonie, co budzi moje chyba zrozumiałe uczucie niechęci.

Gdy więc podawałam temu panu swoją dłoń, ten  łapczywie ją ujmował, ściskał i pokrywał pocałunkami, obśliniając przy tym obficie.

Byłam bezradna, nie wiedziałam jak reagować, nie chciałam go urazić, więc ten proceder trwał.

Uratował mnie jego syn, który w końcu zabrał go do siebie.

Pewnie ten starszy pan uskarżał się na tyle chorób, że biedny skołowany potomek postanowił przejąć opiekę nad ojcem.

A tak naprawdę był on w znakomitej formie i właściwie nie udało mi się znaleźć u niego  jakiejś „porządnej „ poważnej choroby. I na szczęście zresztą.

Gdy przestał przychodzić, muszę się przyznać, że nawet mi go brakowało. Jego entuzjazmu i zaraźliwej młodzieńczej radości.

 

Jednak od tej pory mam awersję do starszych panów, którzy adorują młodziutkie kobiety. Moich znajomych płci męskiej, którzy osiągają wiek prawdziwie męski (*-*) nieustannie przestrzegam przed takimi wyrazami szacunku. Zapamiętałam swoje tamtejsze uczucie z mojej młodości.

W tamtych czasach, gdy byłam śliczna i młoda,  ten starszy pan wydawał mi się po prostu żałośnie śmieszny i właściwie budził niechęć i litość …

 

 

Śladami mojego Taty . Tomasz Łukaszewicz…

Rodzice Staśki, widząc, że ten pracowity spokojny dobry chłopak adoruje ich córkę, zaczęli go zapraszać na popołudniowe rodzinne spotkania przy samowarze. Początkowo nieśmiało przyjmował zaproszenie, ale wkrótce zadomowił się w domku organisty. Bo Bolek nadal grał w Rakowskim kościele . I to jak grał. Tomasz przychodził na wieczorne msze i z ukrycia wsłuchiwał się w muzykę, którą czarował Bolek.

Tomasz Łukaszewicz był synem wytwórcy serów. Jego ojciec doskonale wyczuwał zapotrzebowanie ludzi i sam dopilnowywał produkcji żółtych serów , które znane już były w okolicy i w dalszych regionach kraju. Tomasz mu pomagał, zajmował się też dystrybucją. Często wyjeżdżał, zawsze udawało mu się sprzedać własne wyroby , bo sery były przednie a chłopak budził zaufanie.

Tomasz lubił te wyjazdy. Najbardziej interesowały go koleje żelazne. Gdy obok drogi przejeżdżał ze świstem i buchającą parą pociąg, zatrzymywał swój wóz i długo się wpatrywał w parowóz i mijające go wagony, aż znikały na horyzoncie. W Rakowie nie było kolei, więc ten widok był dla niego bajkowy i zaczarowany.

Tomasz uwielbiał wieczory na tarasie domku Rodziewiczów. Siadywali tam ze Staśką. Wdychali zapachy maciejki , słuchali śpiewu słowików. Tomasz opowiadał o swoich podróżach i powoli , ostrożnie oswajał dziewczynę z myślą, że może kiedyś będą razem. Ona  czuła się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie.