Przez krótki czas miałam stałego wielbiciela, uroczego starszego pana.
Gdy wchodziłam do przychodni, mogłam być właściwie pewna, że go zobaczę.
Nieomal codziennie przesiadywał pod moim gabinetem .
Zawsze znajdował jakiś niepokojący objaw w swoim stanie zdrowia wymagający mojej konsultacji.
Ale gdy wchodził do gabinetu, był radosny, żywiołowy .
Z uśmiechem takim, jakby mnie witał po długim okresie niewidzenia się, wpadał i natychmiast wyciągał rękę do przywitania z szarmanckim ukłonem. Nie mając wyboru, wyciągałam ponad biurkiem swoją. W tamtych czasach nie było zwyczajem podawanie sobie rąk . Być może wynikało to z zasad higieny, albo tylko z pośpiechu, a może z wpojonej zasady trzymania odpowiedniego dystansu pomiędzy lekarzem a pacjentem. Nie wiem. Teraz to się zmieniło i nawet w kościele , w którejś części mszy, ludzie sobie podają dłonie, co budzi moje chyba zrozumiałe uczucie niechęci.
Gdy więc podawałam temu panu swoją dłoń, ten łapczywie ją ujmował, ściskał i pokrywał pocałunkami, obśliniając przy tym obficie.
Byłam bezradna, nie wiedziałam jak reagować, nie chciałam go urazić, więc ten proceder trwał.
Uratował mnie jego syn, który w końcu zabrał go do siebie.
Pewnie ten starszy pan uskarżał się na tyle chorób, że biedny skołowany potomek postanowił przejąć opiekę nad ojcem.
A tak naprawdę był on w znakomitej formie i właściwie nie udało mi się znaleźć u niego jakiejś „porządnej „ poważnej choroby. I na szczęście zresztą.
Gdy przestał przychodzić, muszę się przyznać, że nawet mi go brakowało. Jego entuzjazmu i zaraźliwej młodzieńczej radości.
Jednak od tej pory mam awersję do starszych panów, którzy adorują młodziutkie kobiety. Moich znajomych płci męskiej, którzy osiągają wiek prawdziwie męski
nieustannie przestrzegam przed takimi wyrazami szacunku. Zapamiętałam swoje tamtejsze uczucie z mojej młodości.
W tamtych czasach, gdy byłam śliczna i młoda, ten starszy pan wydawał mi się po prostu żałośnie śmieszny i właściwie budził niechęć i litość …
