Kutno, ach Kutno ( 3 )

 

Kochana Zośku!- pisze Ola ….

Kontynuując kolejny odcinek listu- teraz opiszę wspomniany w poprzednim mailu- Dworek ….

Dworek jest piękny, nostalgiczny, kryty złamanym prawie w połowie tzw . polskim dachem , z wysuwającymi się nieco ciekawskimi i uroczymi oknami mansardowymi w dolnej części  i gankiem spiętym kolumnami.  A więc weszliśmy – sień obszerna się otworzyła, właściwie salon, bo z prawej pianino, po lewej stylowe meble – lekkie a jednocześnie zdobne. Mój Boże, jęknęłam, bo dawno, a chyba nigdy nie byłam w takim miejscu i w dodatku w odróżnieniu od Dworu w Żelazowej Woli, w miejscu ogólnie  dostępnym- użytecznym , zapraszającym gości, by się czuli jak w czasach zamierzchłych ale ujutnych ( jak mawiają Rosjanie na coś bardzo ciepłego i przytulnego). Dalej szeroka restauracja przypominająca jednak jadalnię, bo w prawym rogu zegar wysoki bił swoje godziny zapamiętale, stoły stylowe i krzesła i obrusy zapraszały i zaraz Pani z kartą, co byśmy zjedli- bo była właśnie pora po 13 gdy wszystko się otwiera zaprasza na dania smakowite. MY na to, że przyjechaliśmy by tu zamieszkać To nic, ze tylko na jedną noc. Dla nas ta noc stała się wiecznością Niezapomnianą. Dość wąskimi schodami, ale nie bardzo stromymi, więc bez skrzypienia w kolanach się obyło, bezszelestnie stąpaliśmy  po stopniach , jeszcze niewielkie półpiętro z pokojem nr 3 ( ponoć jedynką ) i jeszcze kilka stopni i korytarz. Nie zwykły hotelowy- to korytarz dworku- po prawej mały okrągły stolik nakryty cudną narzutą, fotele, kanapa – my w lewo za Panią, pod drodze szafa z wielkim lustrem  ustawiona do nas frontem przytulona do wypukłości muru , po prawej od niej kredensik na lwich łapkach, lustro szerokie ( uwielbiam ), storczyki- wyobraź sobie, że się pomyliłam ( ależ wstyd) i obwieściłam Jackowi, że żywe- dotykał i orzekł, że jednak sztuczne- ale piękne powiedział , od lewej nagle wpadło światło z okna mansardowego , my dalej olśnieni tym lśnieniem sunęliśmy w głąb korytarza, po miękkim dywanowym chodniku do pokoju nr 8. Belki nad głową , wszystko urocze, zachwyt, drzwi skrzypnęły cichutko . Weszliśmy i byliśmy w siódmym niebie, w królestwie ciszy, urody, wielka nowoczesna łazienka jedynie przypominała że jesteśmy w XXI wieku, belki podpierające sufit, krzyżujące się w urocze niby półeczki- tam drobiazgi nasze, tel. komórkowe złożone. Przestaliśmy istnieć dla świata…..

Zdj własne wnętrza Dworku ( 2018 r)

 

Powrót do Japonii. W kolejowym wucecie .

 

SAM_9284.JPG

Właśnie bezszelestnie nadjeżdża na peron stacji w Nagoi, zjawiskowy shinkansen – nozomi

 

 

 

I nadal jestem w Japonii. Wróciłam tu za sprawą książki Joanny Bator zatytułowanej „ Japoński wachlarz”. To mój powrót  komputerowo- zdjęciowo -wspomnieniowy. Jest rok 2002 i właśnie zakończył się nasz kongres. Mamy przed pożegnaniem Japonii dwa lub może trzy  wolne dni, cudne dni tylko na zwiedzanie.

Oczywiście musimy odwiedzić  Kioto. Ta dawna stolica Japonii słynna z przepięknego położenia i urody jest istną japońską perełką. Nic dziwnego, że Amerykanie nieomal w ostatniej chwili zrezygnowali z zamiaru zrzucenia bomby atomowej na to miasto.  Ostatecznie wybrali Hiroszimę i Nagasaki. Jak to było, może opiszę później…

    Nieomal o świcie znalazłyśmy się z Kaśką na dworcu kolejowym w Nagoi. Stąd odjeżdżał pociąg zwany tajemniczo i melodyjnie Shinkansen, co znaczy po prostu” Nowa główna linia”, czyli magistrala. Wybudowano ją w 1964 r., przed olimpiadą w Tokio i łączy to miasto z Kioto i Osaką.

Wiedziałyśmy, że pociągi Shinkansen są piękne.  Ale gdy ten nasz bezszelestnie nadjeżdżał wstrzymałyśmy dech. Teraz i u nas widujemy ładne pociągi czy tramwaje, ale wówczas był zjawiskiem.

Przypominał jakieś białe  zwierzę z wydłużonym pyskiem. Nie wydawał żadnych hałasów, sunął cicho jak biały duch unoszący się na poduszce powietrznej . Ale on miał koła i szyny. To było  niesamowite dla nas przyzwyczajonych do sapania, huku zgrzytów i innych komunikacyjnych dźwięków . Oczywiście czekałyśmy z aparatami fotograficznymi, wówczas jeszcze kliszowymi i się udało, Upolowałyśmy.

Gdy się zatrzymał przed nami wsiadłyśmy z oczywistym nabożeństwem . Wagony były szerokie i przestronne. Zasiadłyśmy na czyściutkich ławkach, zresztą wszystko było świeże, pachnące i czyściutkie. Wpatrywałyśmy się w okno, a za nim już niepostrzeżenie  przesuwał się krajobraz, bo pociąg nie wiadomo kiedy ruszył . Domki japońskie wszędzie były skromne, zwykle kryte szarą a raczej gołębioszarą dachówką, żadnych pałaców czy rezydencji nie zauważyłyśmy ani też wielkich przepastnych lasów takich jak u nas. No cóż, to Japonia, westchnęłyśmy. Na tablicy podano, że gnamy z szybkością ponad 200 km/godz. A tu cicho , płynnie, łagodnie jak w domu mamy.

     W którymś momencie przypomniałam sobie o konieczności odwiedzenia WC. Zresztą nawet bez tej konieczności też bym odwiedziła, ze zwykłej ciekawości, bo zawsze tak robię. A było to dziwne, że w pociągu, który przemierza trasę w zaledwie 2 godziny, są wucety. Nasza SKM -ka ani WKD-ka nie jest wyposażona w taki komfort a jedzie czasami dłużej. No cóż, kraj cywilizowany jest  wygodny dla ludzi, zabezpiecza wszystkie potrzeby pomyślałam. Wchodzę ja do jednej z wucetowych kabin, których rząd był wzdłuż długiej ściany bardzo szerokiego korytarza biegnącego przez cały wagon chyba i cóż widzę.

Jednak pełne zaskoczenie. Bo miska klozetowa nie ma  deski, wprawdzie jest normalnej wysokości ale wąska od wejścia i długa aż pod ścianę. Już zaczęłam się przymierzać to tego, jak z niej skorzystać, przysiadać było raczej trudno, chyba , że siusiać na stojąco . Tylko czy przodem do ściany, czy tyłem. Wyobraziłam sobie siłę i zasięg strumienia moczu oddawanego w takiej dziwnej pozycji. Może to, co teraz piszę, dla światowców nie jest dziwne, budzi tylko śmiech  politowania. Ale ja nadal nie wiem, jak się siusia w takich warunkach.

W końcu podjęłam decyzję, by sprawdzić inne kabiny. Wyszłam bez skorzystania z tego dziwoląga. Następna kabina wyglądała tak samo i następna i następna w tym szeregu. I dopiero wówczas się rozejrzałam bardziej detalicznie.

I spostrzegłam po przeciwnej stronie tego szerokiego korytarza, tak samo liczny rząd kabin. Zniechęcona i zdecydowana by w końcu zrobić siusiu wszystko jedno w jakiej pozycji, bo Kioto już było niedaleko, weszłam do tych naprzeciwko. I cóż za ulga. Wszystko było tak jak u nas i deska była i kształt zwykły tylko czystość i zapach niezwykły.  Z wrażenia nie sprawdziłam, czy były jakieś guziki, z których jeden na pewno służył do uruchomienia podmywania, tak jak na lotnisku było.

Dopiero potem , gdy jeszcze raz oglądałyśmy to z Kaśką, ona chyba zauważyła napisy, że po jednej stronie są toalety dalekowschodnie a po drugiej europejskie.

 I tak nam minął czas tej odkrywczej podróży.

Bo już pociąg niepostrzeżenie, bez szarpania, gwałtownego hamowania zatrzymał się na stacji Kioto…..