Losy moich Rodziców. Zaproszenie na wycieczkę do Wilna.

Wilno. Zatrzymane w kadrze lata 1935- 1937. Oglądam te zdjęcia z albumu rodzinnego, Rodzice są młodzi, pełni energii. Zwracam też uwagę na styl ubierania się ludzi w tamtych latach i starannie dobrane dodatki…..

 

 

 

 

Mama jeszcze pracuje w Rakowie. Wycieczka do Wilna. Od lewej strony Tato, Mama i jej kolega nauczyciele.

 

 

 

Odwiedziny w Wilnie. Od lewej Mama , Zenon.Na zdjęciu po prawej Rodzice z Zenonem. Zenon ma kożuszek specjalnie uszyty dla niego w Żywcu- biały, wyszywany.

 

 

 

 

 

 

W Wilnie z koleżankami. Na zdjęciu po stronie lewej Mama w środku. Na prawym, Mama po prawej.

 

 

Opowieści mojej Mamy. Wyprawy w góry.

 

Uczennice Seminarium Nauczycielskiego pod Giewontem. Jest rok 1925. Zdjęcie z rodzinnego albumu, podpisane rękę mojego Taty.

 

 

W Seminarium są organizowane  wycieczki w góry .

Beskidy , Tatry są na wyciągnięcie ręki. I na szczęście wyjazdy nie są kosztowne.

 

Potem wędrują górskimi szlakami, odziane w długie spódnice. Nie wiem jak to jest możliwe, że te spódnice nie przeszkadzają w pokonywaniu wspinaczki. Ale to takie czasy, gdy dziewczyny w spodniach to jedynie wyraz ekstrawagancji. Tak więc opatulone w swoje kreacje lądują na Giewoncie , co widać na załączonym zdjęciu. Na głowach mają obowiązkowe czapki z ładnym monogramem na czole.

Dziewczyny czekają na te wyprawy, nie straszne im trudy, bo widoki zapierające dech w piesiach dodają im skrzydeł.

 

Gdy córka mojej kuzynki, nauczycielka w szkole w Łodygowicach, miejscowości u podnóża Beskidu Małego , zapalona miłośniczka górskich wędrówek, zabiera młodzież ze swojej szkoły na kilkudniowe wyprawy, spotyka się z zarzutem rodziców, że dzieci są przemęczone po łażeniu w góry. Nawet trudno to skomentować. Czy to znak czasów? Nadopiekuńczość to czy głupota? Co wyrośnie z tych dzieci?

Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.