Na medycznej ścieżce. Moja dziupla w przychodni.

Wracam do opisu mojej pierwszej przychodni.

Zajmowała ona kilka maleńkich pomieszczeń, których okna wychodziły bezpośrednio na chodnik okalający przychodnię.

Tak więc należało zawsze mieć zasłonięte a najlepiej także zamknięte okna, by przechodnie nie słyszeli i nie widzieli tego, co się dzieje w gabinecie.

A gabinet był ciupeńki i duszny.

Siedząc przy biureczku, nie musiałam wstawać, by zbadać pacjenta.

Obok była kozetka, na której lokował się delikwent i wszystko było w zasięgu ręki.

Umiałam badać pacjenta, więc badałam, uprzednio zbierając bardzo starannie wywiady. Jednak tłum kłębiący się za drzwiami napierał i wszystko musiało się odbywać równocześnie. Pacjent musiał odpowiadać na pytania, równocześnie się rozbierać a potem szybko wkładać ciuchy, w czym nawet czasami pomagałam.

Bo przecież większość moich pacjentów to byli ludzie w podeszłym wieku, przeważnie otyli i niesprawni.

Zgłaszali dolegliwości ze strony nieomal wszystkich narządów, tak więc rozpoczynaliśmy od głowy a kończyliśmy na omawianiu haluksów albo ostrogi piętowej.

Ponadto dokonywałam pomiaru ciśnienia tętniczego używając manometru rtęciowego , który posiadał bardzo twardą gruszkę do pompowania mankietu. Zaciskając zęby, pompowałam co sił, a w drodze powrotnej do domu rozcierałam zdrętwiałe palce.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze zajęcia kliniczne.

Na trzecim roku medycyny,  rozpoczęliśmy upragnione zajęcia kliniczne, nazywane na tym etapie edukacji propedeutyką medycyny.

Nasza grupa miała szczęście  odbywać zajęcia z propedeutyki interny w II klinice Chorób Wewnętrznych . Kierował nią Prof. Jan Roguski. Był znaną postacią w świecie medycznym,  cieszył się wielką estymą wśród personelu nie tylko  tej kliniki.

Pan Profesor był  niewysoki , szczupły , miał szlachetne rysy twarzy, zawsze był starannie i elegancko ubrany. Emanował spokojem, wewnętrzną równowagą, imponował opanowaniem. Był też niezwykłym nauczycielem. Uczył nas nie tylko medycyny, ale przede wszystkim zachowań przyszłych lekarzy.

Zapamiętałam pierwsze uwagi Profesora, by np.  nie  trzymać  rąk w kieszeni w czasie obchodu a także w czasie rozmowy z pacjentem. Taki luzacki styl bycia mógłby być  źle odebrany przez chorego, jako wyraz nonszalancji i lekceważenia. 

Pacjenci zawsze byli informowani o tym, że będą uczestniczyli w szkoleniu studentów.  Jednak zawsze pytano ich o zgodę , pozostawiając ostateczną decyzję woli tych chorych. Większość z nich się zgadzała bez oporów, byli nawet dumni z wyróżnienia i chętnie opowiadali o sobie i swoich dolegliwościach.

 

W czasie badania, należało zachować szacunek dla terytorium pacjenta, jakim było jego łóżko szpitalne.  Nie wolno było na nim siadać , a należało przysunąć stołek jak najbliżej chorego i z tej pozycji ,  z pewnego dystansu, rozpocząć rozmowę i badanie.

 

Potem  Pan Profesor, krok po kroku,    instruował nas , a raczej demonstrował  na konkretnych przykładach,  jak rozmawiać z pacjentem, wysłuchiwać skarg, ale równocześnie tak kierować rozmową poprzez umiejętne stawianie pytań by zbierać uporządkowaną wiedzę , którą nazwano już bardzo dawno wywiadami  lekarskimi .

Otrzymaliśmy też zalecenia, by od pierwszego kontaktu z chorym   przyjmować postawę przyjazną temu  człowiekowi , patrzeć mu w oczy, ale nie zapominać o równoczesnym  śledzeniu sposobu poruszania, wyglądu , szczegółów twarzy, kończyn.

Wszystkie spostrzeżenia należało  zapamiętywać i od razu wiązać dane z wywiadu z objawami widocznymi jeszcze przed podjęciem bezpośredniego badania.

 Potem przystępowaliśmy do badania lekarskiego. Wiedzę teoretyczną mieliśmy już opanowaną, teraz dotykaliśmy ciała chorego i to nie w zwykłych celach pielęgnacyjnych, jak bywało na praktyce studenckiej. Teraz mieliśmy  szczytne zadania, do których podchodziliśmy z wielkim przejęciem . Zdawaliśmy sobie sprawę , że uczestniczymy w niezwykłym misterium poznawania człowieka. Poznawania tego, co jest w nim podobne do innych ludzi i tego, co jest różne, jedyne , niepowtarzalne i często zaskakujące….