Na medycznej ścieżce. Moja dziupla w przychodni.

Wracam do opisu mojej pierwszej przychodni.

Zajmowała ona kilka maleńkich pomieszczeń, których okna wychodziły bezpośrednio na chodnik okalający przychodnię.

Tak więc należało zawsze mieć zasłonięte a najlepiej także zamknięte okna, by przechodnie nie słyszeli i nie widzieli tego, co się dzieje w gabinecie.

A gabinet był ciupeńki i duszny.

Siedząc przy biureczku, nie musiałam wstawać, by zbadać pacjenta.

Obok była kozetka, na której lokował się delikwent i wszystko było w zasięgu ręki.

Umiałam badać pacjenta, więc badałam, uprzednio zbierając bardzo starannie wywiady. Jednak tłum kłębiący się za drzwiami napierał i wszystko musiało się odbywać równocześnie. Pacjent musiał odpowiadać na pytania, równocześnie się rozbierać a potem szybko wkładać ciuchy, w czym nawet czasami pomagałam.

Bo przecież większość moich pacjentów to byli ludzie w podeszłym wieku, przeważnie otyli i niesprawni.

Zgłaszali dolegliwości ze strony nieomal wszystkich narządów, tak więc rozpoczynaliśmy od głowy a kończyliśmy na omawianiu haluksów albo ostrogi piętowej.

Ponadto dokonywałam pomiaru ciśnienia tętniczego używając manometru rtęciowego , który posiadał bardzo twardą gruszkę do pompowania mankietu. Zaciskając zęby, pompowałam co sił, a w drodze powrotnej do domu rozcierałam zdrętwiałe palce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *