Na medycznej ścieżce. Przeraźliwy zapach…

Przeraźliwy zapach

 

Miesiąc stażu specjalizacyjnego minął szybko, a właściwie za szybko.

Trzeba było wracać do mojego ukochanego, ale uciążliwego szpitala.

Do domu przynosiłam intensywny zapach środków odkażających, których na Siennej nie żałowano.

Mirek mnie obwąchiwał, a właściwie nie musiał, bo cały dom był wypełniony tym charakterystycznym zapachem, a właściwie fetorem. Wyobrażam sobie z jakim trudem to tolerował, przecież był bardzo wrażliwy na zapachy. Do tej pory gdy wspomina te czasy wraca do jednego. Do tego przeraźliwego fetoru, który przynosiłam do domu. 

    Ja oczywiście niczego nie czułam, za to miałam głowę napełnioną myślami o moich chorych, o tym co zrobiłam nie tak, pomysłami już spóźnionymi , jak mogło być.

Współcierpiałam z pacjentami, ich rodzinami, nie zauważając problemów domowych.

   Gdy wracałam zupełnie skotłowana po dyżurach, patrzyłam i słuchałam ze zdumieniem, że rodzinka się o coś banalnego kłóci.

Myślałam jedynie o tym, czasami im to nawet mówiłam, że grzeszą kłócąc się o drobiazgi, kiedy inni tak bardzo, prawdziwie cierpią.

Nawet słuchali mnie z zadziwieniem i  widać było, że nie rozumieją….

Na medycznej ścieżce. Oznakowani pacjenci.

Z moich przeżyć przychodnianych zapamiętałam szczególnie jedno.

Otóż któregoś dnia do gabinetu wszedł wysoki smukły młody mężczyzna.

Wśród moich pacjentów rzadko zdarzały się osoby w tym wieku, gdyż dominowali starsi, chorujący na tysiące chorób równocześnie. No, może przesadziłam, nie tysiące, ale co najmniej kilkanaście.

Ten młody człowiek miał tatuaż w postaci kropek w zewnętrznych kącikach oczu i kropki pomiędzy palcami dłoni. Nie było to zjawisko nadzwyczajne, gdyż już wiedziałam, że określone grupy przestępców, czy tylko drobnych złodziei np. kieszonkowców znakowało się w ten sposób.

Czasami też widywałam osobników z wytatuowanym na lewej stronie klatki piersiowej wizerunkiem  kobiety. Jeden z nich miał na tym rysunku liczne linijne blizny. Dowiedziałam się przy okazji, że modą było reagowanie na jakieś problemy ze sobą, środowiskiem czy sympatią, nacinaniem takiego tatuażu nożem lub żyletką.

Niejednokrotnie pacjenci mieli tatuaż na ramieniu ze znaków imitujących dystynkcje wojskowe- kapitana, a częściej majora. To w świecie ludzi tego pokroju miało jakieś znaczenie, ale do końca nie wiem  jakie.

 Takie  obserwacje i  doświadczenia młodej lekarki miałam już za sobą.

Jednak ten pacjent zaskoczył mnie niezmiernie.

Na medycznej ścieżce. Dary od pacjentów.

Wśród darów otrzymanych od wdzięcznych pacjentów, były też pudełeczka na biżuterię. Różnej  wielkości, często kolorowe, zwykle drewniane, ale zdarzały się muszelkowe. Bawiły się nimi moje dzieci, niejednokrotnie przyskrzyniając sobie boleśnie paluszek pozostawiony pod pokrywką takiej skrzyneczki.

Ale jedno było szczególnie miłe i zapamiętane , bo zawierało dedykację. Było metalowe, z delikatnym wypukłym wzorem gałązkowo- kwiatowym i miało kształt serca . Po otwarciu pokazywało miękką aksamitną czerwoną wykładzinę , na której spoczywała karteczka z własnoręcznym króciutkim wpisem sympatycznej  pacjentki  „Serce sercu”.

   Były też inne podarunki , których nie można było odrzucić w obawie przed sprawieniem przykrości osobie obdarowującej.

Kiedyś jedna pani wyjęła z wielkiej torby jabłko i położyła na biurku. Certoliłam się, że nie powinna rozdawać, że powinna sama zjeść. Ale ona zameldowała mi, że ma dość, bo pani, u której pilnuje dziecka daje za dużo jabłek temu dziecku.

Pozostałam sama z dylematem, czy kazania jej prawić, czy co.

    Inne drobiazgi – podarunki to gipsowe pieski, misiaczki czasem omszałe czekoladki .

Sporadycznie zdarzały się  butelki z alkoholem, który potem zalegał w naszym barku czekając na jaką imieninową okazję. Na szczęście zdarzało się to rzadko, bo nie byłam tzw. zabiegowcem, czyli lekarzem, którego działanie przynosi natychmiast jakiś wymierny  efekt. Ale myślę, że jeśli chirurdzy otrzymują dużo takich butelek, to nic dziwnego, że część zawartości konsumują osobiście. Strach pomyśleć o skutkach….

Kiedyś dostałam nawet elegancką jak na ówczesne przaśne czasy butlę z brandy. Zaniosłam ją z namaszczeniem do domu. Właśnie zbliżały się imieniny Mirka. Gdy otworzyliśmy ją w tym dniu, okazało się że zawiera herbatę….do tej pory nie wiem jak zakwalifikować ten dar- żart to był czy jakiś niewinny przypadek….

Na medycznej ścieżce. Rola nieomal spowiednika i lekarza w jednym.

Wracając do opisu  pracy w rejonie nie sposób pominąć tego, co było jakby solą pracy lekarza w tym miejscu, 

Były to zwierzenia pacjentów.

Czegóż to ja się nie nasłuchałam.

O życiu tych ludzi w przeszłości, trudach teraźniejszości, problemach z dziećmi , wnukami i sąsiadami.

Musiałam ich wysłuchiwać , gdyż lekarz rejonowy był nie tylko odpowiedzialny za zdrowie swoich pacjentów, ale też musiał być nieomal spowiednikiem.

Zresztą nie sposób było oddzielić tych dwóch spraw- zdrowia fizycznego i psychicznego. Jedno z drugim ściśle się wiązało i zrozumienie problemów  życiowych moich podopiecznych  pomagało w zrozumieniu ich schorzeń.

Gdy mieli kłopoty w małżeństwie, czy z dziećmi, pojawiały się schorzenia psychosomatyczne, nasilała choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, choroba wieńcowa, nadciśnieniowa a nawet zwiększała częstość napadów astmy.

Nie mówię już o całej gamie różnych objawów jak bóle głowy, bicia serca wymioty, biegunki depresje w końcu, które ustępowały, gdy sytuacja domowa się poprawiała.

 Rozróżnienie tych stanów od jakiejś faktycznej patologii było trudne.

Ale czasami widziałam, jak się rozluźniali i lepiej czuli gdy poświęciłam im trochę czasu, wysłuchałam i  właściwie nie potrzebne były porady lekarskie.

No cóż, taka to była moja rola …..

 

Na medycznej ścieżce. Wielkie serce Marzenki Kieniewicz .

Musiałam raz jeszcze wrócić do pewnej opowieści o śp. Marzence Kieniewicz.

Ta niezwykła dziewczyna jeszcze raz pokazała prawdziwą klasę.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie  rozpoczynałam przyjmowanie pacjentów w mojej przychodni ,  otrzymałam telefon od Taty. 

Tragicznym tonem powiedział mi, że Mama upadła w przedpokoju i nie może się podnieść. Ponadto skarży się  na ogromny ból w lewej pachwinie. Nie miałam wątpliwości, że jest to złamanie szyjki kości udowej- bardzo częste u kobiet w tym wieku. Nogi się pode mną ugięły. Odpowiedziałam Ojcu, by nie usiłował  podnosić Mamy a ja zamówię karetkę i postaram się natychmiast przyjechać. Zadzwoniłam do Pogotowia Ratunkowego, gdzie przyjęli moją prośbę.

Ale łatwo było powiedzieć, że zaraz wrócę do domu. Pod drzwiami mojego gabinetu kłębił się tłum chorych.

Pobiegłam do sąsiedniego gabinetu, w którym przyjmowała pacjentów moja koleżanka z grupy studenckiej Alicja O. Błagałam ją, by zajęła się chociaż kilkoma moimi pacjentami. Odmówiła kategorycznie, mówiąc, że już skończyła pracę i zamierza pójść sobie do domu. 

Wobec tego zajrzałam do gabinetu, gdzie urzędowała Marzenka Kieniewicz. Pod jej drzwiami też był tłumek. Gdy tylko wspomniałam  , że Mama najprawdopodobniej złamała szyjkę kości udowej i  nawet nie zdążyłam poprosić o pomoc, natychmiast odpowiedziała, żebym jej oddała wszystkie swoje karty. Potem wyszła na korytarz i poinformowała pacjentów, że będzie przyjmowała naprzemiennie  swoich i moich pacjentów.

Głosem nie znoszącym sprzeciwu zaleciła, bym już znikała z przychodni.

Marzenka, moja Marzenka, śliczna dziewczyna o urodzie wschodniej lalki i sercu na dłoni. Prawdziwy człowiek Kościoła, po prostu Prawdziwy Człowiek.

Odeszła w zaświaty, ale zostawiła innym swoją myśl i energię i siłę .

Tylko dlaczego odeszła, dlaczego musiała odejść.

Dobry Boże, pewnie i tak nie odpowiesz…..

Na medycznej ścieżce. Reakcje pacjentów.

Marzenka Kieniewicz była już w moim mniemaniu doświadczonym internistą z półrocznym stażem w przychodni i zawsze uczynnie służyła mi radą.

Przychodziłam ze swoim problemem, króciuteńko omawiałam stan pacjentki lub pacjenta i zadawałam kardynalne pytanie- jaki lek można jeszcze podać.

Z rozpoznaniem z reguły nie miałam trudności, ale poza podstawowymi lekami, niewiele wiedziałam o całym wachlarzu możliwości terapeutycznych .

Oczywiście natychmiast uzyskiwałam odpowiedź i nieomal biegiem wracałam do swojego mikrego gabinetu, tym bardziej, że słyszałam gniewne pomruki pacjentów oczekujących na korytarzu. Już idąc w stronę gabinetu koleżanki, przepraszałam, że tylko na chwilę. Ale pewnie nikt temu nie dawał wiary. Czegokolwiek bym nie powiedziała, to pewnie i tak myśleliby, że wybywam do koleżanki na ploty . Wychodząc i wracając wielokrotnie  przepraszałam oczekujących  . Nie jestem pewna, że ktoś to zaakceptował, ale potem , będąc już w gabinecie, z reguły każdy starał się być uprzejmy.

Bo były to czasy, kiedy ludzie czuli się  onieśmieleni w kontakcie z lekarzem i właściwie nigdy nie wyrażali swojego niezadowolenia. Tamte czasy minęły bezpowrotnie…

 

Na medycznej ścieżce. Moja dziupla w przychodni.

Wracam do opisu mojej pierwszej przychodni.

Zajmowała ona kilka maleńkich pomieszczeń, których okna wychodziły bezpośrednio na chodnik okalający przychodnię.

Tak więc należało zawsze mieć zasłonięte a najlepiej także zamknięte okna, by przechodnie nie słyszeli i nie widzieli tego, co się dzieje w gabinecie.

A gabinet był ciupeńki i duszny.

Siedząc przy biureczku, nie musiałam wstawać, by zbadać pacjenta.

Obok była kozetka, na której lokował się delikwent i wszystko było w zasięgu ręki.

Umiałam badać pacjenta, więc badałam, uprzednio zbierając bardzo starannie wywiady. Jednak tłum kłębiący się za drzwiami napierał i wszystko musiało się odbywać równocześnie. Pacjent musiał odpowiadać na pytania, równocześnie się rozbierać a potem szybko wkładać ciuchy, w czym nawet czasami pomagałam.

Bo przecież większość moich pacjentów to byli ludzie w podeszłym wieku, przeważnie otyli i niesprawni.

Zgłaszali dolegliwości ze strony nieomal wszystkich narządów, tak więc rozpoczynaliśmy od głowy a kończyliśmy na omawianiu haluksów albo ostrogi piętowej.

Ponadto dokonywałam pomiaru ciśnienia tętniczego używając manometru rtęciowego , który posiadał bardzo twardą gruszkę do pompowania mankietu. Zaciskając zęby, pompowałam co sił, a w drodze powrotnej do domu rozcierałam zdrętwiałe palce.

Na medycznej ścieżce. Pacjenci….

Już kiedyś pisałam o zajęciach na Akademii warszawskiej. Od 4 roku studiów dominowały zajęcia kliniczne.  Czuliśmy się coraz bardziej związani z zawodem, pacjentem. Jednym słowem można to nazwać aktywnym zaangażowaniem. Tak , czuliśmy jak pochłania nas życie innych ludzi i ich problemy . Jeszcze po zajęciach zawzięcie dyskutowaliśmy na różne medyczne tematy, próbując znaleźć własne złote  rozwiązanie diagnostyczno- terapeutyczne. Może to brzmieć śmiesznie, zwłaszcza po tylu przebytych latach w zawodzie, kiedy już wiadomo, że takiego złotego rozwiązania nie ma- zawsze są wątpliwości, które w dodatku się piętrzą….ale byliśmy bardzo młodzi , przejęci i ufni.

Już wtedy czułam, jak oplata mnie tajemna nić , która łączy i przywiązuje mnie do moich pacjentów. Myślę o nich często, widzę ich twarze, dłonie, czasami bezradne ciała, wracam do ich problemów i losu który pokierował ich życiem. …