Na medycznej ścieżce. Moja dziupla w przychodni.

Wracam do opisu mojej pierwszej przychodni.

Zajmowała ona kilka maleńkich pomieszczeń, których okna wychodziły bezpośrednio na chodnik okalający przychodnię.

Tak więc należało zawsze mieć zasłonięte a najlepiej także zamknięte okna, by przechodnie nie słyszeli i nie widzieli tego, co się dzieje w gabinecie.

A gabinet był ciupeńki i duszny.

Siedząc przy biureczku, nie musiałam wstawać, by zbadać pacjenta.

Obok była kozetka, na której lokował się delikwent i wszystko było w zasięgu ręki.

Umiałam badać pacjenta, więc badałam, uprzednio zbierając bardzo starannie wywiady. Jednak tłum kłębiący się za drzwiami napierał i wszystko musiało się odbywać równocześnie. Pacjent musiał odpowiadać na pytania, równocześnie się rozbierać a potem szybko wkładać ciuchy, w czym nawet czasami pomagałam.

Bo przecież większość moich pacjentów to byli ludzie w podeszłym wieku, przeważnie otyli i niesprawni.

Zgłaszali dolegliwości ze strony nieomal wszystkich narządów, tak więc rozpoczynaliśmy od głowy a kończyliśmy na omawianiu haluksów albo ostrogi piętowej.

Ponadto dokonywałam pomiaru ciśnienia tętniczego używając manometru rtęciowego , który posiadał bardzo twardą gruszkę do pompowania mankietu. Zaciskając zęby, pompowałam co sił, a w drodze powrotnej do domu rozcierałam zdrętwiałe palce.

Na medycznej ścieżce. Profesor Tadeusz Orłowski i jego metody.

Miałam szczęście  , by pierwsze zajęcia z interny odbywać w dwóch chyba wtedy najlepszych klinikach. U profesora Tadeusza Orłowskiego  uczyliśmy się nefrologii a kardiologii  w Klinice  Profesora Askanasa.

W I Klinice Chorób Wewnętrznych ponownie zobaczyłam sztuczną nerkę. Już kiedyś opowiadałam o tej metodzie leczenia i jej historii przy okazji omawiania zajęć z propedeutyki interny na Akademii Medycznej w Poznaniu. Tam widziałam pierwszą polską sztuczną nerkę wykonaną na wzorcu szwedzkiej, ale z bardzo licznymi cennymi rozwiązaniami inżynierów zakładów im. Cegielskiego. Kliniką poznańską kierował prof. Jan Roguski i w temacie wprowadzania do Polski tej niezwykle cennej metody leczenia jaką była dializa współpracował z prof. Tadeuszem Orłowskim. Obaj byli pasjonatami , bardzo aktywnymi ludźmi i oczywiście lekarzami wielkiej klasy.

Teraz właśnie miałam szansę poznać prof. Tadeusza Orłowskiego.

Był to bardzo wysoki szczupły pan, z ciemnymi włosami, okrutnie  surowym spojrzeniem spoza nieodłącznych okularów w groźnej czarnej oprawce. Gdy pojawiał się na horyzoncie kliniki wszyscy pierzchali i ukrywali się choćby w mysiej dziurze. Był ostry, wymagający i bezwzględny.

Prof. T. Orłowski miał zwyczaj omawiania pacjentów w swoim gabinecie.  O określonej godzinie zbierali się tam wszyscy lekarze kliniki i studenci. I byliśmy świadkami scen dla nas przerażających.

Profesor na szczęście nas ignorował, ale za to swoich asystentów  dosłownie maglował. Wyglądało to jak wielka profesorska popisówa , efektowny, chociaż mrożący krew w żyłach pokaz profesorskiej wiedzy i władzy.

Zbieraliśmy się w gabinecie profesora, studenci tłoczyli się pod ścianą i na znak dany przez profesora, jego asystent czy asystentka wychodził na korytarz, zapraszając czekającą za drzwiami pielęgniarkę w pacjentem na wózku.

I rozpoczynało się wielkie teatrum. Pacjent umieszczany był na kozetce i ów asystent dokonywał prezentacji chorego. Oczywiście długo i zawile przedstawiał zebrany wcześniej wywiad z jego wszystkimi elementami jak cała przeszłość rodzinna, niepokojące objawy i okoliczności wystąpienia pierwszych i kolejnych objawów i dalszy przebieg choroby , leczenia etc.

Pacjent w tym czasie leżał sobie na tej kozetce i albo drzemał, albo wpadał w zadumę.

Przy okazji omawiania poszczególnych chorych  profesor długo i detalicznie przepytywał  swoich asystentów z nieomal  całej medycyny , nie oszczędzając słów krytyki. Do tej pory zadziwiam się , jak  wytrzymały w zespole Pana Profesora  miniaturowe blondynki, jak np. obecna profesor  Lilianna Gradowska. Ileż siły było w tej  drobnej kruchej kobiecie. Spotkałam ją po bardzo wielu latach, miałyśmy wykłady – ona z nefrologii dorosłych a je dziecięcej w kilku miastach Polskich, m.in. w Siedlcach. Pozostała piękna, drobna i krucha….

 

Na medycznej ścieżce. Badanie bezpośrednie brzucha.

 

 

Przewód pokarmowy człowieka. Zdjęcie z Wikipedii.

 

Pan profesor  Jan Roguski uprzedzał nas, że chyba najtrudniejszym elementem badania przedmiotowego, tj badania polegającego na użyciu jedynie zmysłów lekarza,   jest ocena stanu narządów w jamie brzusznej

Profesor wymagał , by  przystępując do badania lekarskiego mieć  zadbane dłonie,  paznokcie  krótko obcięte, zwracał uwagę dziewczynom, by unikać jaskrawych lakierów do paznokci, bo mogłoby to drażnić pacjenta.

Najpierw należało zapytać chorego, w którym miejscu odczuwa jakąś dolegliwość.

Następnie układało się  dłoń jak najdalej od bolesnego miejsca, tak, by cała przylegała do powierzchni ciała pacjenta . Czynność ta musiała być wykonywana miękko i  delikatnie .  I potem stopniowo , lekko i pulsująco uciskając  opuszkami palców należało przesuwać dłoń w kierunku bolesnego miejsca….

Typowe badanie brzucha rozpoczynało się od prawego dołu biodrowego, wolno kierując się po obwodowej części brzucha . Po drodze ocenialiśmy brzeg wątroby, jeśli była powiększona- jej wielkość- tzn na ile palców wystaje spod łuku żebrowego, jej spoistość, powierzchnię .

Poszukiwaliśmy bolesności w nadbrzuszu, co mogło sugerować schorzenie żołądka lub trzustki,  potem powiększonej śledziony i ocenialiśmy czy nie wyczuwa się przepełnionego kałem  jelita grubego .

Nad spojeniem łonowym czasami można było wyczuć pęcherz moczowy. Gdy był wypełniony , a pacjent nie oddawał moczu, można było podejrzewać różne przyczyny  tego stanu np. zatkanie cewki moczowej przez kamień, nowotwór albo schorzenie  neurologiczne. Wędrując przy pomocy delikatnego badania palpacyjnego po powłokach jamy brzusznej , czasami można było odkryć jakieś zgrubienia lub wyraźne guzy.

Potem sprawdzaliśmy obecność  innych objawów, które musieliśmy sami sprowokować. Uczyliśmy się więc, jak to wykonywać. Poznaliśmy zasady wywoływania objawu  Jaworskiego, Blumberga, Chełmońskiego i  Goldflama.

Te pierwsze nauki odebrane w poznańskiej klinice zapamiętałam na całe życie.

Byliśmy tacy młodzi, przejęci i zaangażowani.

Co się z nami stało potem? Jakie były nasze drogi , może napotkaliśmy progi, których nie daliśmy rady pokonać?

Gdzie się podział nasz entuzjazm, optymizm i wola precyzyjnego doskonałego  wykonywania   zawodu?

A może to wszystko przetrwało , tylko stało się chlebem powszednim,  rutyną .

Po prostu się zestarzeliśmy i życie stało się zwyczajne  i bezbarwne.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Badanie brzucha.

 

Wyodrębniłam ten temat, bo badanie brzucha było dla mnie istnym misterium.

Ileż narządów ukrywało się pod tą nieomal jednolitą  powłoką. Z reguły wszystkie były położone w miejscach typowych, które widziałam w wielu atlasach oraz w czasie zajęć sekcyjnych.

Ale dowiedziałam się , że niezwykle rzadko natura płata figle, by nie usypiać czujności lekarza i narządy  człowieka układa  po przeciwnych niż spodziewana stronach. Nazywane jest to odwróceniem  trzew ( situs inversus. ).

Organizm pacjenta funkcjonuje prawidłowo, tak że  posiadacz odwróconych trzew  wielokrotnie dowiaduje  się o tym w czasie dokładnego badania lekarskiego a bywa, że się w ogóle nie dowiaduje.   

Pan Profesor Rogulski opowiadał nam o takich przypadkach , uczulał na przewidywanie takiej  możliwości, pokazywał zdjęcia rentgenowskie  a któregoś dnia zaprosił swojego znajomego,  właściciela odwróconych trzew. Właśnie on był moim pierwszym pacjentem , u którego oceniałam narządy zlokalizowane w klatce piersiowej.  

Jak  przebiegało to badanie , opisałam w poprzednim wpisie.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze samodzielne badanie

I nadszedł dzień, gdy otrzymaliśmy samodzielne zadanie.

Profesor przydzielił każdemu z nas pacjenta, którego musieliśmy zbadać i potem zdać relację z wyników tego badania .

Chorzy ci  byli rozmieszczeni w różnych salach, tak więc znalazłam się sam na sam i oko w oko z kilkoma panami leżącymi na mojej sali.

Weszłam do niej nieomal na palcach, z wielkim przejęciem i starannie ukrywanym niepokojem.

Panowie leżeli sobie na łóżkach i czułam, jak mnie lustrują spojrzeniami.

Widać było, że bardzo nie cierpieli, bo byli uśmiechnięci, a w ich oczach nawet z pewnej perspektywy można  było zobaczyć rozpalające się  łobuzerskie ogniki.

Powiedziałam ogólne dzień dobry, przedstawiłam się , powiedziałam w jakim celu przychodzę i zapytałam , który z panów nazywa się tak i tak. Odezwał się , leżał pod oknem, skąd rozpościerał się przedni widok na całą salę. Czułam się jak na celowniku.  

Rozejrzałam się, szukając stołka. Ale już jeden z panów, usłużnie przysunął do mnie stołek z okrągłym siedziskiem.

Widocznie byli już zaznajomieni z systemem ciągłych badań przez różnych studentów i znali zwyczaje pana Profesora.

Tym razem trafił im się niezły kąsek- niebrzydka, młodziutka i przejęta studentka. Takie lubili najbardziej.

Sprawdziłam, czy stołek znajduje się w odpowiednim miejscu. Powtarzałam w duchu, że jak zalecano, muszę się usadowić po prawej stronie badanego.

Następnie dość sprawnie zebrałam wywiady na wszystkie możliwe tematy : dotyczące stanu zdrowia, trybu życia, sposobu odżywiania i wszelakich obciążeń genetycznych.

Odpowiadał płynnie, pewnie powtarzał tą śpiewkę dość często.

Potem chętnie się rozebrał, pewnie chciał się pochwalić wielką postacią wytatuowaną pod lewym obojczykiem. Gdy oglądałam to znalezisko, powiedział, że jest to jego Baśka. Ale to odkrycie nie wiązało się z jego stanem zdrowia, najwyżej świadczyło o bujnym życiu. Poprosiłam, by przespacerował się w kierunku drzwi i z powrotem. Zerwał się żwawo z łóżka i wykonał polecenie. Widziałam, że nie utykał, nie zbaczał z linii prostej co mogłoby sugerować jakieś schorzenie ortopedyczne lub neurologiczne.   Więc uznałam , że wszystko było ok. Potem dokładnie obejrzałam jego skórę, zbadałam węzły chłonne i przystąpiłam do opukiwania granic serca i płuc.

Umiałam już odpowiednio ustawiać  dłoń, trochę mi to przypominało edukację przed zajęciami gry na fortepianie. Tak więc ułożyłam palce prawej dłoni w lekkim zgięciu i poruszając całą dłonią jedynie w stawie nadgarstkowym , uruchomiłam mechanizm jakby młoteczka. Delikatnie uderzałam palcem środkowym w powłoki klatki piersiowej, miejsce przy miejscu, idąc od obojczyków, następnie od lewej linii pachowej przedniej w kierunku domostkowym.

I w tym momencie znieruchomiałam.

Nie usłyszałam charakterystycznej zmiany odgłosu, przy przejściu znad terenu płuc na teren który zajmuje serce.

Powtórzyłam ten manewr jeszcze raz, wyciągając uszy, którym nie dowierzałam.

Myśli moje dość chaotycznie gnały po całej skołatanej głowie. Przecież starannie wykonywałam wszystkie czynności, słuch, nawet muzyczny  miałam niezły a coś mi się nie zgadzało. Wyglądało na to ,że pacjent w ogóle nie ma serca. Może rozrosły się jego płuca, uzyskując megarozmiary i zakryły biedne serce. 

Powoli coś mi zaczęło świtać, ale zanim przystąpiłam do opukiwania płuc po prawej stronie klatki piersiowej, usłyszałam ryk. Panowie długo powstrzymywali emocje, przecież doskonale znali przyczynę mojego zakłopotania i teraz pokładali się ze śmiechu. Udał się najlepszy kawał, przebój sezonu.

Pacjent parskał , prychał i krztusząc się ze śmiechu zakomunikował ,  że serce to on ma i to całkiem zdrowe, tylko natura go obdarowała pewną odmianą rozwojową .

Teraz bardzo się cieszy, mówił dalej, że może służyć jako model do badania. Zawsze mu się udaje zaskoczyć  studentów i wtedy wszyscy w sali mają  radochę . Pozwala im to zapominać o dolegliwościach, przyspiesza zdrowienie.

Ich sala jest najweselsza i najzdrowsza w całej klinice, tempem sukcesów terapii cieszą się wszyscy lekarze. Powinien zostać rezydentem-demonstratorem  w tej klinice, by poprawiać wyniki leczenia wszystkich chorych. Bo śmiech to zdrowie, powiedział .

Teraz to, co mi mgliście świtało w głowie, nabrało jasnego światła i wkrótce znalazłam serce po prawej stronie klatki piersiowej pacjenta. Jego granice wskazywały na  lustrzane odbicie serca prawidłowo położonego. Jest to określane mianem dekstrokardii. Zdarza się to nieczęsto . Może  temu towarzyszyć  odwrócenie narządów w jamie brzusznej  i wówczas mówimy o situs inversus – tj o odwróceniu trzew.

Sprawnie wysłuchałam szmery zastawkowe i byłam gotowa do zdania relacji panu Profesorowi.

Gdy opisywałam swoje odkrycie, bardzo szczerze przyznałam, że w procesie diagnozowania brali udział wszyscy pacjenci. Profesorowi podobało się moje wyznanie i pochwalił za to , że potrafię się przyznać do swoich trudności.

Powiedział też, że zawsze warto rozmawiać z pacjentem i przedstawiać mu swoje wątpliwości, dzielić się uwagami i w ten sposób angażować go w proces diagnozowania i wynikających z tego  postępowań terapeutycznych.

Po wielu latach wracam myślami do tego, co powiedział Profesor i nadal się zastanawiam, jak dalece lekarz powinien informować pacjenta o swoich wątpliwościach. Czy jest gdzieś linia ograniczająca , jeśli jest,  to niezwykle delikatna i płynna.

Przecież każdy człowiek jest inny i inaczej reaguje. Tylko jak to wyczuć i przewidzieć reakcję?

To jedno z najtrudniejszych zadań lekarza.

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsze zajęcia kliniczne.

Na trzecim roku medycyny,  rozpoczęliśmy upragnione zajęcia kliniczne, nazywane na tym etapie edukacji propedeutyką medycyny.

Nasza grupa miała szczęście  odbywać zajęcia z propedeutyki interny w II klinice Chorób Wewnętrznych . Kierował nią Prof. Jan Roguski. Był znaną postacią w świecie medycznym,  cieszył się wielką estymą wśród personelu nie tylko  tej kliniki.

Pan Profesor był  niewysoki , szczupły , miał szlachetne rysy twarzy, zawsze był starannie i elegancko ubrany. Emanował spokojem, wewnętrzną równowagą, imponował opanowaniem. Był też niezwykłym nauczycielem. Uczył nas nie tylko medycyny, ale przede wszystkim zachowań przyszłych lekarzy.

Zapamiętałam pierwsze uwagi Profesora, by np.  nie  trzymać  rąk w kieszeni w czasie obchodu a także w czasie rozmowy z pacjentem. Taki luzacki styl bycia mógłby być  źle odebrany przez chorego, jako wyraz nonszalancji i lekceważenia. 

Pacjenci zawsze byli informowani o tym, że będą uczestniczyli w szkoleniu studentów.  Jednak zawsze pytano ich o zgodę , pozostawiając ostateczną decyzję woli tych chorych. Większość z nich się zgadzała bez oporów, byli nawet dumni z wyróżnienia i chętnie opowiadali o sobie i swoich dolegliwościach.

 

W czasie badania, należało zachować szacunek dla terytorium pacjenta, jakim było jego łóżko szpitalne.  Nie wolno było na nim siadać , a należało przysunąć stołek jak najbliżej chorego i z tej pozycji ,  z pewnego dystansu, rozpocząć rozmowę i badanie.

 

Potem  Pan Profesor, krok po kroku,    instruował nas , a raczej demonstrował  na konkretnych przykładach,  jak rozmawiać z pacjentem, wysłuchiwać skarg, ale równocześnie tak kierować rozmową poprzez umiejętne stawianie pytań by zbierać uporządkowaną wiedzę , którą nazwano już bardzo dawno wywiadami  lekarskimi .

Otrzymaliśmy też zalecenia, by od pierwszego kontaktu z chorym   przyjmować postawę przyjazną temu  człowiekowi , patrzeć mu w oczy, ale nie zapominać o równoczesnym  śledzeniu sposobu poruszania, wyglądu , szczegółów twarzy, kończyn.

Wszystkie spostrzeżenia należało  zapamiętywać i od razu wiązać dane z wywiadu z objawami widocznymi jeszcze przed podjęciem bezpośredniego badania.

 Potem przystępowaliśmy do badania lekarskiego. Wiedzę teoretyczną mieliśmy już opanowaną, teraz dotykaliśmy ciała chorego i to nie w zwykłych celach pielęgnacyjnych, jak bywało na praktyce studenckiej. Teraz mieliśmy  szczytne zadania, do których podchodziliśmy z wielkim przejęciem . Zdawaliśmy sobie sprawę , że uczestniczymy w niezwykłym misterium poznawania człowieka. Poznawania tego, co jest w nim podobne do innych ludzi i tego, co jest różne, jedyne , niepowtarzalne i często zaskakujące….