Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. List od Zdzisława Morawskiego.

Korespondencja:

(  list od Zdzisława Morawskiego, który Zenon Łukaszewicz zamieścił w

” Moim alfabecie….”)

 

   Zenonie z Zenonei

   Piszę do Ciebie ten list po przeczytaniu kilku twoich kawałków w „ Nowej”, gazecie dość nieporządnej, robiącej wrażenie, że redagują ją ludzie bez znajomości wagi słowa. Twój tekst wyraźnie wyróżnia się na tym tle. Ale czy to radość? Raczej zaledwie pociecha. Pociecha, że piszesz książkę, ale przyznaję szczerze, że nie takiej książki oczekiwałem od ciebie, leniu patentowany. Sądziłem zawsze,  a i o tym gadałem, że Zenona z Zenonei stać na dobrą książkę krytyczną, że jesteś w stanie przewyższyć takich pustych gadaczy jak np. Błoński , który napisał parę książek, ale w żadnej nie zawarł choćby jednej roztropnej myśli. Tamten powodu swojej grafomanii profesoruje na UJ i bzyczy się po pismach udając mądrość, aty, co robisz ty? Ty zacząłeś pisać ploty. Alfabety. Podkisiele. Podurbany. Podgąsiorki. Prawda, że  piszesz  lepiej od nich wszystkich, ale czy to jest krytyczno- literackie pisanie, którym wnikasz w tekst tak ,że znajdziesz w nim coś o czym nikomu się nie śniło. Robisz co innego. Spełniasz zapotrzebowanie społeczne na tandetę. Popatrz dookoła uważnie i zauważ, że tandeta , a wręcz taniocha panoszy się na bazarach i w umysłach ludzkich. Tandeta umysłowa potrzebuje od piszących tandety. Ludzie nawet roztropni spełniają wolę tandety. Popatrz co wyprawiają różni tandeciarze: Gierki, Kiszczaki, Wałęsowie, Drzycimscy, Kurscy, Kozłowscy- robią umizgi do tandety. Oczywiście przy tym wygadują kłamliwe wzniosłości, że robią to dla człowiek, że piszą by go poinformować „ jak było” , a w istocie wypisują, by owego człowiek skokietować przez umizgiwanie się jego plotkarskim skłonnościom. Oni wiedzą ,że plotę człowiek lubi, że przynajmniej jedną godzinkę w dniu musi poświęcić znajomym, bo inaczej musiałby sam siebie obgadywać, jak roztropnie zauważył Kornel Makuszyński.  Ale czy wszyscy muszą leźć w tej stadności?

      Co ja ci po staremu, to jest po przyjacielsku mogę poradzić? Kończ to paskudztwo bo je zacząłeś, ale już dziś weź się za porządną robotę. Choćby za rozebranie struktury wierszy w ich spoistości materialnej. Przecież widzisz i wiesz, że słowo po jego napisaniu nabiera samodzielnego bytu materialnego. Oczywiście, jeśli jest słowem kreatorskim, a nie blubraniem za pomocą stękań, świstaniem, za pomocą słownych szelestów. Widzisz, jaki ze mnie megaloman, swoje osiągnięcia do opisania ci podpowiadam. A dlaczego mam tego nie robić? Wszak jestem megalomanem. A dlaczego mam nim nie być? Książę Metternich  mawiał: glamałem, glamię i glamał będę. Wysłuchaj mnie dobrze Podłoto i zrozum, że jeśli ja napisałem do Gierka w liście ( nie do żadnego KW, jak nabreszyłeś, tym w KW później tekst udostępniłem) to, co później wypracowali wszyscy eksperci Solidarności razem ( ja w roku 1970 a oni w 1980) to nie mam prawa do satysfakcji? Ale ty Głupiano mego listu do Gierka nie czytałeś, bo gdybyś przeczytał, powiedziałbyś mi to, co powiedział Jerzy Kwiatek ,ówczesny kierownik wydziału KC: myślałem, że napisał to wybitny socjolog, że jurysta, a zobaczyłem pod tekstem twój podpis. Widzisz co się dzieje z braku lektur, widzisz jak wygląda to moje otwieranie otwartych drzwi. Przy okazji, dla ścisłości, powiem ci, że napisałem do Gierka ba jego listowną propozycję, bym powiedział , co sądzę o drodze po jakiej Polska  idzie. Napisałem. Stało się co przewidziałem. Pamiętam ,że dwadzieścia parę lat po moim liście jeden z jego czytelników powiedział- skąd Pan o tym wiedział? Ale o tekście słowa nie napisał. Bo właśnie Solidarność ogłaszała tryumfalne swoje przemyślenia i żaden konformista nie mógł powiedzieć , że przed solidarnościowymi odkrywcami był Morawski. Takiej herezji nie mógł wygłosić. Jak dziś nikt nie może napisać o odkryciach Morawskiego w poezji. Czy znów jest to wywalanie otwartych drzwi? To pytanie jest zawsze zasadne. Już Sarbiewski wiedział, że ze wszelkich działań na rzecz sztuki poezja jest najbliższa boskości, bo tylko ona naprawdę kreuje. Sarbiewski znał grekę i wiedział, co znaczy słowo „ kreator”. A to ,że nasi  dzisiejsi poetyccy mamzegeci zapomnieli i o Sarbiewskim i o Wergilim to doprawdy nie moja wina. Myślę nawet, że moje myślenie o tych wybitnych postaciach jest moją megalomanią. Głupiano moja najmilsza.

      Napisałeś mi kąśliwie, że miałem ogłaszać swoją teorię poezji nadmaterialnej w Moskwie i jakoś nic o tym nie słychać. A jak ma być słychać, czyścioszku nowonarodzony, jak miało być słychać? Było słychać, co mogło być słychać. Napisałem esej, wygłosiłem go jako referat na gnieźnieńskim spotkaniu  młodych poetów , powtórzyłem go na poznańskim w listopadzie, miał być drukowany w „Poezji”, ale jej już nie ma, miałem jechać do Moskwy na okrągły stół literacki, ale pojechał kto inny ( z Warszawy) bo na tej konferencji niezłe diety płacili, a ci z W-wy co trzeba mówić nie wiedzieli, ale gdzie dobrze płacą wiedzieli. Żebyś już więcej takich głupot nie wypisywał przy tym liście wyślę ci tekst „ Nowych obszarów wyobraźni” byś przeczytał  jeśli jeszcze na takie głupstwa jak czytanie masz ochotę. Przy okazji przestrzegam cię dziś byś o tym serio nigdzie nie pisał bo mogę cię zagryźć z tego powodu, że to jest jedyna w polskiej poezji ( znów megalomania) materialistyczna jej teoria. Rzuciliby się na ciebie Urbańscy, Błońscy, ich spowiednicy Tischnerowie . Bowiem dziś wszystko  co jest racjonalistyczne  i materialistyczne wywodzi się z szatańskich odmętów. Głupota i obskurantyzm przebijają niebiosa. Mam nadzieję ,że ty, Zenon z Zenonei , gdzieś pod chmurami się zatrzymasz.

      Piszę do ciebie ten list , nie po to, by zgłaszać pretensje o to, co o mnie napisałeś, gdybym nawet miał pretensje to bym ich nie zgłosił, bo jako człowiek roztropny ( megalomania) przyznając sobie prawo do osądu rzeczywistości muszę przyznać je innym, zwłaszcza tym, o których sądzę, że mają prawo do własnego widzenia rzeczy. Masz takie prawo i wolno ci je ogłaszać- nawet skrajne, ale zdaniem moim powinno to trzymać się zawsze w ramach przynależnej mądrym elegancji.

                               Kończę i pozdrawiam, Twój Zdzisław

  PS. Trziszce faktycznie odebrałem głos, ale dlatego, że Zygmunt nie zachował umiaru i przekroczył normy zacietrzewienia. On o to wcale nie ma do mnie pretensji. Czy wiesz, co ten głupol w W- wie zrobił? Przy Foksal kopnął W. Nawrockiego w dupę, po czym zmykał przed nim po Krakowskim a z obaj ruch zatamowali. Czy ty ich widzisz w tej bójce? Nawrocki Zygmunta nie dopadł.

  II PS. Kiedy” Kotwa” wyszła Wasilewski nie był jeszcze członkiem KC, co niniejszym przypominam a i wypominam.

  III PS. Wywyższyłeś mnie, draniu, że jestem samoukiem, że nikt mi na drodze do wiedzy nie pomagał, że ja wszystko sam. Bo ja miły łgarzu na katedrze wyższej szkoły partyjnej słuchałem wykładów i Brasa i Schafa i Adlera i Zana i Kotarbińskiego.

 

                                                    Gorzów, dnia 1.11.1991

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zdzisław Morawski.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 121-127 zawarta jest opowieść o Zdzisławie Morawskim….

 

 

 Zdzisław Morawski

 

 

   Gorzowski poeta i prozaik, dramatopisarz i publicysta, zasłużony działacz  społeczny, urodzony w Aleksandrowie Kujawskim, był osobowością na tyle barwną i interesującą, że bez niego miasto straciłoby swój koloryt lokalny. Był przy tym znakomitym gawędziarzem, urokliwym i błyskotliwym kompanem wszelkich biesiad rozrywkowo- literackich.

   Był współzałożycielem oddziału Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze, będąc już autorem debiutanckiego tomiku wierszy „ Pejzaż myśli” ( Poznań 1959), wcześniej współorganizował Lubuskie Towarzystwo Kultury i czasopismo „ Nadodrze”. A jeszcze wcześniej ujawnił się jako zadeklarowany człowiek lewicy, wstępując w 1945 roku do Polskiej Partii Robotniczej i pracując w różnych ogniwach terenowych PPR , a następnie PZPR.

   Poznałem go w latach debiutu, redagując „ Stilon Gorzowski”. Pisywał w nim recenzje teatralne pod pseudonimem Zbigniew Rawski. Wiele wieczornych godzin spędziliśmy w nieistniejącej już kawiarni „Wenecja” żywo dyskutując o poezji przy niskoprocentowych aperitifach. Tak , tak!- wówczas nie rozpijano społeczeństwa wyłącznie mocnymi alkoholami. Te żywe dialogi przeradzały się chyba stopniowo w pewien rodzaj przyjaźni i sympatii, które- choć w niektórych latach zakłócane- przetrwały aż do jego śmierci. Zdzisław z usposobienia był przekorny i niekonsekwentny . Przy tym – samouk. Z trudem tedy odkrywał nowe lądy wiedzy humanistycznej, pilnie i dużo czytając. Ale porządkowanie tej wiedzy następowało w nieco wolniejszym tempie. Toteż, bywało i tak, że w swoich refleksjach poszukiwawczych , wyrażanych w druku lub podczas rozmów, odkrywał nagle coś według niego nowego, co było już właściwie  dawno znaną prawdą, stąd bierze się jego inna cecha charakteru: megalomania. Utwierdzał się w przekonaniu , że jest odkrywcą nieznanych lądów, swoje idee starał się przenosić na grunt codzienności. Tak było w latach 70 i 80., gdy przygotował projekt reformy struktur partyjnych i przekazał go gorzowskiemu KW PZPR , a nawet  chyba samemu gen. Jaruzelskiemu. Jako materialista z przekonania, myślący jednak idealistycznie, z naiwnością dziecka sądził, że jego głos będzie wysłuchany. Mylił się. Ten głos nigdzie nie dotarł, to znaczy nie trafił do świadomości adresatów.

     Krzepiące, że Zdzisław nie popadł z tego powodu we wściekłą frustrację, lecz nadal intensywnie pracował literacko, działając zarazem w Zarządzie Głównym ZLP jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej. I szkoda, że gdy opisywał swoje kłopoty z wydaniem powieści „Nie słuchajcie Alojzego Kotwy” na łamach gazety, nie ujawnił do końca, że wreszcie pomógł mu Andrzej Wasilewski , który był członkiem KC a Zdzisław z racji pełnienia swej funkcji miał do niego ułatwiony dostęp.

     Gdy rozwiązano ZLP i tworzył się „ neo-zlep” w Zielonej Górze, Morawski przez pewien czas przebywał poza  Związkiem. Pomimo próśb słanych z Zielonej Góry przez Ryndaka i Koniusza, aby zasilił ich oddział. Później niespodziewanie Zdzisław jednak zapisał się do „ neo- zlepu”, ale do ….poznańskiego oddziału. Wybrał lepsze, ciekawsze i bardziej liczące się środowisko literackie. Był to jego kolejny figiel spłatany kolegom.

    Kiedyś z dumą opowiadał, jak to ratował ZLP i grupę pisarzy partyjnych, jeszcze za czasów prezesowania Jana Józefa Szczepańskiego. Prowadził obrady w czasie burzliwych sporów, odebrał prawo głosu Zygmuntowi Trziszce, który tam wykrzykiwał. Emocje ponosiły salą,  on  z opanowaniem sterował porządkiem obrad. A później , mając już spory dorobek literacki- a największe artystyczne sukcesy osiągnął w poezji- referował nam swoją teorię „ idei materii”, której daje wyraz w najmowych tomikach. Wykładnia tej teorii miała być ogłoszona w Moskwie , a później w kraju. Ale  minęły lata i jakoś nic o tej rewelacyjnej  publikacji nie słychać.

     Jako prozaik, Zdzisław dał się poznać niedobrą, schematyczną i publicystycznym językiem napisaną powieścią „ Kwartał bohaterów” ( Łódź , 1965) oraz wspomnianą już powieścią o charakterze groteskowym pt. „ Nie słuchajcie Alojzego Kotwy”. Zamysł był bardzo interesujący, gorzej z wykonaniem. Podobnie jak Wiesław Myśliwski , jestem zdania, że powieść została napisana manierycznym językiem, choć znajdują się w niej wcale ładne sceny  literackie.

      Dla mnie Zdzisław jest przede wszystkim interesującym poetą, autorem znaczących w polskiej liryce tomów: „ Płaskorzeźby”( Śląska, 1956), „ Obecność” ( Śląsk ,1974), „ Wektory” ( Katowice, 1979), nie licząc arkuszy poetyckich , wydanych przez Lubuskie Towarzystwo Kultury i Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Różne wektory wyobraźni autora prowadziły w kierunku poszukiwań własnej, odrębnej oryginalności. Podobnie niezłe sukcesy osiągał Zdzisław w twórczości dramatycznej. A ściślej mówiąc komediowej. Jego utwory o takim właśnie charakterze , jak „ Wilcze doły”, „ Żarty moich dni”, „Technik księstwa Donderów” były wystawiane przez teatry w Gorzowie i Zielonej Górze. Natomiast dramat Pt. „ Maria Preta” odniósł pewien sukces w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a „ Rzymska Łaźnia” na scenie Teatru Eksperymentalnego Klubu Związków Twórczych w Łodzi. W dorobku autora jest tez kilka słuchowisk radiowych, realizowanych głównie przez Rozgłośnię PR w Zielonej Górze.

     Myślę , że w Zdzisławie  zawsze miałem życzliwego, prostolinijnego przyjaciela, co to potrafi doradzić, ale i zadrwić. Gdy z Koniuszem byliśmy- za czasów redagowania „ Nadodrza” w Gorzowie, natknęliśmy się na niego. Gdy redaktor naczelny udał się do pobliskiego sklepu po flachę , Zdzisław nagle urządził i publiczną awanturę na chodniku, słusznie zresztą zarzucając nam, że obniżamy poziom pisma. To było wtedy, gdy toczyliśmy rozpaczliwą walkę o czytelnika, wypełniając komuny erotyką i przedrukami z zachodnioniemieckiej prasy bulwarowej. Ja zgadzałem się z Morawskim, uważając już wtedy, że pismo ulegnie likwidacji przede wszystkim z przyczyn finansowych. To było też powodem naszej scysji z Januszem Koniuszem. Głosiłem tezę, podobnie jak Morawski, że nie można rezygnować z poziomu pisma za cenę przedłużania jego agonii. Koniusz uważał inaczej: że publikując „ ekscytujące” teksty , tłumaczone przez panią Bartosiewicz z niemieckich bulwarówek lub ogromne, nudne reportaże obyczajowe Haliny Ańskiej- zdoła uratować „ Nadodrze”. Te wysiłki pisania „ pod publiczkę” okazały się daremne. Gdy poziom pisma sięgnął bruku, musiało ono- zresztą jak wiele innych- również ulec likwidacji. I tu akurat Zdzisław Morawski miał rację….