Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zdzisław Morawski.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 121-127 zawarta jest opowieść o Zdzisławie Morawskim….

 

 

 Zdzisław Morawski

 

 

   Gorzowski poeta i prozaik, dramatopisarz i publicysta, zasłużony działacz  społeczny, urodzony w Aleksandrowie Kujawskim, był osobowością na tyle barwną i interesującą, że bez niego miasto straciłoby swój koloryt lokalny. Był przy tym znakomitym gawędziarzem, urokliwym i błyskotliwym kompanem wszelkich biesiad rozrywkowo- literackich.

   Był współzałożycielem oddziału Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze, będąc już autorem debiutanckiego tomiku wierszy „ Pejzaż myśli” ( Poznań 1959), wcześniej współorganizował Lubuskie Towarzystwo Kultury i czasopismo „ Nadodrze”. A jeszcze wcześniej ujawnił się jako zadeklarowany człowiek lewicy, wstępując w 1945 roku do Polskiej Partii Robotniczej i pracując w różnych ogniwach terenowych PPR , a następnie PZPR.

   Poznałem go w latach debiutu, redagując „ Stilon Gorzowski”. Pisywał w nim recenzje teatralne pod pseudonimem Zbigniew Rawski. Wiele wieczornych godzin spędziliśmy w nieistniejącej już kawiarni „Wenecja” żywo dyskutując o poezji przy niskoprocentowych aperitifach. Tak , tak!- wówczas nie rozpijano społeczeństwa wyłącznie mocnymi alkoholami. Te żywe dialogi przeradzały się chyba stopniowo w pewien rodzaj przyjaźni i sympatii, które- choć w niektórych latach zakłócane- przetrwały aż do jego śmierci. Zdzisław z usposobienia był przekorny i niekonsekwentny . Przy tym – samouk. Z trudem tedy odkrywał nowe lądy wiedzy humanistycznej, pilnie i dużo czytając. Ale porządkowanie tej wiedzy następowało w nieco wolniejszym tempie. Toteż, bywało i tak, że w swoich refleksjach poszukiwawczych , wyrażanych w druku lub podczas rozmów, odkrywał nagle coś według niego nowego, co było już właściwie  dawno znaną prawdą, stąd bierze się jego inna cecha charakteru: megalomania. Utwierdzał się w przekonaniu , że jest odkrywcą nieznanych lądów, swoje idee starał się przenosić na grunt codzienności. Tak było w latach 70 i 80., gdy przygotował projekt reformy struktur partyjnych i przekazał go gorzowskiemu KW PZPR , a nawet  chyba samemu gen. Jaruzelskiemu. Jako materialista z przekonania, myślący jednak idealistycznie, z naiwnością dziecka sądził, że jego głos będzie wysłuchany. Mylił się. Ten głos nigdzie nie dotarł, to znaczy nie trafił do świadomości adresatów.

     Krzepiące, że Zdzisław nie popadł z tego powodu we wściekłą frustrację, lecz nadal intensywnie pracował literacko, działając zarazem w Zarządzie Głównym ZLP jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej. I szkoda, że gdy opisywał swoje kłopoty z wydaniem powieści „Nie słuchajcie Alojzego Kotwy” na łamach gazety, nie ujawnił do końca, że wreszcie pomógł mu Andrzej Wasilewski , który był członkiem KC a Zdzisław z racji pełnienia swej funkcji miał do niego ułatwiony dostęp.

     Gdy rozwiązano ZLP i tworzył się „ neo-zlep” w Zielonej Górze, Morawski przez pewien czas przebywał poza  Związkiem. Pomimo próśb słanych z Zielonej Góry przez Ryndaka i Koniusza, aby zasilił ich oddział. Później niespodziewanie Zdzisław jednak zapisał się do „ neo- zlepu”, ale do ….poznańskiego oddziału. Wybrał lepsze, ciekawsze i bardziej liczące się środowisko literackie. Był to jego kolejny figiel spłatany kolegom.

    Kiedyś z dumą opowiadał, jak to ratował ZLP i grupę pisarzy partyjnych, jeszcze za czasów prezesowania Jana Józefa Szczepańskiego. Prowadził obrady w czasie burzliwych sporów, odebrał prawo głosu Zygmuntowi Trziszce, który tam wykrzykiwał. Emocje ponosiły salą,  on  z opanowaniem sterował porządkiem obrad. A później , mając już spory dorobek literacki- a największe artystyczne sukcesy osiągnął w poezji- referował nam swoją teorię „ idei materii”, której daje wyraz w najmowych tomikach. Wykładnia tej teorii miała być ogłoszona w Moskwie , a później w kraju. Ale  minęły lata i jakoś nic o tej rewelacyjnej  publikacji nie słychać.

     Jako prozaik, Zdzisław dał się poznać niedobrą, schematyczną i publicystycznym językiem napisaną powieścią „ Kwartał bohaterów” ( Łódź , 1965) oraz wspomnianą już powieścią o charakterze groteskowym pt. „ Nie słuchajcie Alojzego Kotwy”. Zamysł był bardzo interesujący, gorzej z wykonaniem. Podobnie jak Wiesław Myśliwski , jestem zdania, że powieść została napisana manierycznym językiem, choć znajdują się w niej wcale ładne sceny  literackie.

      Dla mnie Zdzisław jest przede wszystkim interesującym poetą, autorem znaczących w polskiej liryce tomów: „ Płaskorzeźby”( Śląska, 1956), „ Obecność” ( Śląsk ,1974), „ Wektory” ( Katowice, 1979), nie licząc arkuszy poetyckich , wydanych przez Lubuskie Towarzystwo Kultury i Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Różne wektory wyobraźni autora prowadziły w kierunku poszukiwań własnej, odrębnej oryginalności. Podobnie niezłe sukcesy osiągał Zdzisław w twórczości dramatycznej. A ściślej mówiąc komediowej. Jego utwory o takim właśnie charakterze , jak „ Wilcze doły”, „ Żarty moich dni”, „Technik księstwa Donderów” były wystawiane przez teatry w Gorzowie i Zielonej Górze. Natomiast dramat Pt. „ Maria Preta” odniósł pewien sukces w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a „ Rzymska Łaźnia” na scenie Teatru Eksperymentalnego Klubu Związków Twórczych w Łodzi. W dorobku autora jest tez kilka słuchowisk radiowych, realizowanych głównie przez Rozgłośnię PR w Zielonej Górze.

     Myślę , że w Zdzisławie  zawsze miałem życzliwego, prostolinijnego przyjaciela, co to potrafi doradzić, ale i zadrwić. Gdy z Koniuszem byliśmy- za czasów redagowania „ Nadodrza” w Gorzowie, natknęliśmy się na niego. Gdy redaktor naczelny udał się do pobliskiego sklepu po flachę , Zdzisław nagle urządził i publiczną awanturę na chodniku, słusznie zresztą zarzucając nam, że obniżamy poziom pisma. To było wtedy, gdy toczyliśmy rozpaczliwą walkę o czytelnika, wypełniając komuny erotyką i przedrukami z zachodnioniemieckiej prasy bulwarowej. Ja zgadzałem się z Morawskim, uważając już wtedy, że pismo ulegnie likwidacji przede wszystkim z przyczyn finansowych. To było też powodem naszej scysji z Januszem Koniuszem. Głosiłem tezę, podobnie jak Morawski, że nie można rezygnować z poziomu pisma za cenę przedłużania jego agonii. Koniusz uważał inaczej: że publikując „ ekscytujące” teksty , tłumaczone przez panią Bartosiewicz z niemieckich bulwarówek lub ogromne, nudne reportaże obyczajowe Haliny Ańskiej- zdoła uratować „ Nadodrze”. Te wysiłki pisania „ pod publiczkę” okazały się daremne. Gdy poziom pisma sięgnął bruku, musiało ono- zresztą jak wiele innych- również ulec likwidacji. I tu akurat Zdzisław Morawski miał rację….

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *