Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Ireneusz Iredyński.

 

Z tomiku Zenona Łukaszewicza pt. „ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd Oficyna Wydawnicza „Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993

 

 

 

Ireneusz Iredyński

 

 

 

CAŁKIEM DOBRY KRYMINAŁ

 

 

 

    Wpadła mi ostatnio do ręki wznowiona przez Zakłady Wydawnicze „ Versus” w Białymstoku niewielka powieść kryminalna Umberto Pesco , zatytułowana „ Ryba płynie za   mordercą”. Jest to całkiem przyzwoity” kryminał „ , którego akcja dzieje się w Rzymie w czasach nam współczesnych. Oto detektyw mający „ pozycję majątkową i sławę”, a więc pracujący w oparciu o niezbędnych mu ludzi, współpracujący z porucznikiem Gardenem z policji , zostaje poproszony o ochronę osobistą znanego producenta filmowego, którego ktoś szantażuje , grożąc zabójstwem. Detektyw Pesco przyjmuje zlecenie i czek na dwa miliony lirów. Mają się spotkać dnia następnego. Niestety , do tego spotkania nie dochodzi, bowiem w podrzędnym hoteliku zostają znalezione zwłoki producenta. Rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone równolegle przez Pesco i jego przyjaciela z policji. Wysuwane są różne hipotezy, przypuszczenia, podejrzenia i przeczucia. Dochodzeniem zostaje objęty coraz szerszy krąg ludzi , na jaw wychodzi niejasna przeszłość denata , który w niewiadomy sposób dorobił się wielkich pieniędzy w Ameryce i powrócił do Włoch. Piękna żona dąży do separacji , on sam żył w odosobnieniu, korzystając z bogatej fortuny . Otacza go aura tajemniczości , a powolne śledztwo stanowi drobiazgową rekonstrukcję wydarzeń , związanych z motywami tego morderstwa. Ale oto zupełnie niespodziewanie zostaje zabity Elegant – człowiek znany detektywowi jako szef gangu, mający na sumieniu wiele wcześniej dokonanych przestępstw. Oczywiście , w epilogu tego utworu znajdujemy wyjaśnienie przyczyn zabójstwa producenta filmowego…

 

     Powieść została napisana językiem literackim o dużej urodzie , ma swoje tempo , wartką akcję i żywe , funkcjonalne dialogi. Jej konstrukcja trzyma się reguł gatunku , choć może sama akcja została zbyt powikłana , ale to przecież jest propozycja dla czytelnika ambitnego , chętnie towarzyszącego intelektualnie poszukiwaniem różnych tropów  przez detektywa Pesco. Słowem – jest to literatura kontynuująca dobre tradycje światowej klasyki „ kryminałów” . Myślę ,że dla higieny naszych szarych komórek warto czasami sięgnąć po tego typu książki , czytane z dreszczykiem emocji i w poczuciu grozy, stanowiące jednak również pewną formę zrelaksowania , odprężenia psychicznego i wartościowej rozrywki.

 

    Ale oto mamy niespodziankę . Pod pseudonimem Umberto Pesco ukrywa się Ireneusz Iredyński , znany polski dramatopisarz , poeta, prozaik, nieżyjący już od kilku lat. Popularność zdobył przede wszystkim dzięki utworom dramatycznym , wystawianym na licznych scenach krajowych , takim jak „ Zejście do piekła” , „ Jasełka –modernistyczne”, „ Żegnaj Judaszu” . Podobnie zresztą dużym zainteresowaniem cieszyły się tomy jego prozy : „ Dzień oszusta” , „ Ukryty w słońcu” , „ manipulacja” czyli zbiór wierszy pt. „ Wszystko jest obok”…

 

       Życie Ireneusza Iredyńskiego było barwne; budował swoją legendę nie tylko twórczością ostrą , kontrowersyjną i niekiedy nihilistyczną , ale również – prowokującym sposobem bycia , niespokojnym i trudnym do ujarzmienia temperamentem . To życie biegło jakby paralelnie do jego oryginalnej twórczości , wypełnione poszukiwaniem tajników ciemnych stron egzystencji , prowadzeniem gry ze światem i samym sobą. Może właśnie dlatego u początków swojej pisarskiej kariery pisywał utwory sensacyjno- kryminalne, publikowane następnie w prasie śląskiej , o czym z pewnością niewielu miłośników jego twórczości wiedziało. A ta powieść , jak pisze w komentarzu Witold Migoń , zrodziła się zapewne z upodobań do wiwisekcji ciemnych sfer ludzkiego życia , zaś pretekstem umieszczania akcji w Rzymie była z pewnością  fascynująca go dziewczyna , która w tym czasie przebywała właśnie we Włoszech i do której co drugi dzień telefonował. „ Włochy były na tapecie – pisze Migoń – piliśmy „ Chianti” , jedliśmy makaron , mapa i słownik były pod ręką”. Nie można się więc dziwić, że w tym utworze zaskakuje znakomita znajomość realiów włoskich i topografii Rzymu.

 

    Ale fakt, że pisarz umieścił akcję tej powieści za granicą i opublikował ją pod pseudonimem , ma jeszcze inne wytłumaczenie. Otóż polska powieść sensacyjno- kryminalna była od powojnia zbyt mocno ograniczona milicyjną , natrętną dydaktyką , krępowała wyobraźnię i nie cieszyła zbyt wielką popularnością. Aby uniknąć tej krajowo- milicyjnej scenerii kilku pisarzy polskich uprawiało tego rodzaju twórczość także pod pseudonimem, żeby wymienić tu przykładowo Macieja Słomczyńskiego jako Joe Alexa , Tadeusza Kwiatkowskiego jako Noel Raniona czy Andrzeja Szczypiorskiego jak Marice,a S. Andrewsa. Oczywiście , to nie było zjawisko snobistyczne lub zamierzona kokieteria czytelnika . To po prostu dawało większe możliwości uwolnienia się od obowiązujących stereotypów , swobodę gry wyobraźni i możliwości ukazywania nieraz głupich i nieudolnych policjantów , których – jak wiadomo – oficjalnie w naszym kraju nigdy nie było.

 

     Pisze o tym szeroko Stanisław Barańczak w swej znakomitej książce , wydanej pt. „ Czytelnik ubezwłasnowolniony” i opatrzonej podtytułem „ Perswazja w masowej kulturze literackiej PRL” , dostępnej mi w edycji paryskiej „ Libelli” z 1983 roku. Autor wiele uwagi poświęca w niej próbom klasyfikacji tego gatunku piśmiennictwa , określając go jako powieść sensacyjna. Tworzą ją : powieść kryminalna, powieść szpiegowska i powieść grozy. Z kolei powieść kryminalna , do której zalicza się utwór Iredyńskiego , ma swoje dwa rozgałęzienia : powieść detektywistyczna i powieść kryminalno- sensacyjna. Barańczak przeprowadza wnikliwa analizę tego typu utworów , egzemplifikując swoje wywody typowymi cechami , znamionującymi poszczególne rodzaje szeroko pojętej powieści sensacyjnej.

 

     Podczas lektury utworu Iredyńskiego zastanawiałem się , do jakiej grupy on przynależy. Sądzę jednak , że zawiera on elementy charakteryzujące kilka odmian prozy tego gatunku. Niemniej , nie deprecjonuje to jego wartości.

 

     Iredyński po śmierci puka do naszych drzwi w swej mało znanej postaci. Otwórzmy je gościnnie. Nie pożałujemy!

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Michał Kaziów.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Zamieszczam tutaj teksty poszczególnych rozdziałów. Ta opowieść porusza najgłębsze struny emocji, a siła przedstawianego Człowieka dodaje sił, by żyć ….

 

 

 

 

 <<                                Michał Kaziów

 

 

    To człowiek wielkiego formatu, człowiek- legenda. Darzę go szacunkiem i sympatią. Przy końcu wojny stracił ręce i wzrok. Ale nie stracił zaufania do ludzi, nie zwątpił we własne siły i możliwości. Po różnych początkowych kłopotach znalazł serdeczną opiekunkę w osobie, niestety już nieżyjącej, Haliny Lubicz. To ona pomogła mu zdobyć wykształcenie wyższe. W 1972 roku doktoryzował się na  Uniwersytecie Poznańskim na podstawie rozprawy pt. „ Z  zagadnień estetyki oryginalnego słuchowiska”. Jest bowiem znakomitym znawcą tego gatunku radiowego , zwanego przez niego „ teatrem wyobraźni”. Opublikował związane z tym tematem książki : „ Postać niewidomego w oczach poetów” ( Wrocław, 1968), „ O dziele radiowym „ ( Wrocław, 1973) , „ Zielonogórski teatr wyobraźni” ( Zielona Góra, 1980). Jest znawcą jednym z nielicznych w kraju. Przez kilka lat drukował w „ Gazecie Zielonogórskiej” aktualne felietony poświęcone audycjom radiowym, potem grzecznie mu podziękowano.

     Ponadto Kaziów opublikował opowieść autobiograficzną  pt .” Gdy  moim oczom” ( 1986) oraz tom opowiadań ” Zdeptanego podnieść” ( 1988). W obu książkach bohaterami są ludzie niepełnosprawni, którzy nie poddają się jednak swemu losowi, żyją godnie i pracują na miarę swoich możliwości. W opowieści autobiograficznej autor opisał swoje życie : od tragicznego w skutkach wybuchu miny do radości z uzyskanych sukcesów osobistych i zawodowych. Pan Michał, gdy pracowałem w „ Nadodrzu” , potrafił uparcie bronić swoich tekstów, niestety  nie zawsze  słusznie. Zbyt wyraźny jest bowiem w nich ton pewnego sentymentalizmu , łatwej ckliwości, by nie powiedzieć- coś z konwencji melodramatu. Ponieważ należy do ludzi o pogodnym usposobieniu i autentycznym poczuciu żartobliwości, pewnie mi wybaczy, gdy powiem, iż ta jego proza zyskałaby zapewne na artystycznej wartości, gdyby udało mu się pisać ją z chłodnym dystansem wobec własnych przeżyć, nawet z pewnym okrutnym wobec siebie stosunkiem. Mogłaby powstać z tak wyjątkowo przeżytych doświadczeń wielka proza…

      Michał Kaziów należy od 1974 roku do ZLP i trzeba przyznać, że jego koledzy pomagali mu jak mogli. Gdy zabrakło pani Haliny a koledzy zajęci byli robieniem własnych interesów- na pana Michała spadła kolejna, ciężka próba życiowa. Ale wierzę , że i tej sprosta…

 

   PS. Michał Kaziów powrócił do pisania radiowych felietonów w „ Gazecie Lubuskiej”. Cieszę się!. Wreszcie ktoś kompetentny ocenia propozycje programowe zielonogórskiej Rozgłośni PR….>>

 

Nie mogę zapomnieć tego, co przeczytałam…..

Spragniona większej liczby informacji, poszukałam w necie. I tak :

W Wikipedii znalazłam informację , która uzupełnia tekst Zenona. Cytuję : Michał Kaziów urodził się 13 września 1925 r. w Koropcu, zmarł 6 sierpnia 2001 w Zielonej Górze. 5 października 1945 roku , czyli nie pod koniec wojny, jak pisze mój brat, a już po wojnie, na skutek wybuchu miny stracił wzrok i obie ręce.

W 1996 roku za zbiór opowiadań „ Piętna miłości ” otrzymał Lubuski Wawrzyn  Literacki.

 

W wydaniu internetowym Tygodnika Katolickiego Niedzielnego Henryk Szczepański tak pisał o tym niezwykłym człowieku:

<<  Jak rozpoznawać dotykiem, nie używając dłoni.

W świecie Michał Kaziów był pionierem czytania naskórkiem górnej wargi, a przede wszystkim jedynym człowiekiem, który mimo braku oczu i rąk legitymował się tak spektakularnymi osiągnięciami w dziedzinie działalności społecznej i twórczości literackiej. Gdy w 1954 r. w Paryżu na Kongresie Światowej Rady Pomocy Niewidomym spotkali się specjaliści ds. rehabilitacji inwalidów wojennych, stwierdzili, że w innych krajach próby czytania brajla kikutami rąk, podejmowane przez w ten sam sposób okaleczonych kombatantów II wojny światowej, okazały się mało skuteczne. Przypadek Kaziowa był precedensem i stał się inspiracją dla nowych poszukiwań w dziedzinie usprawniania i usamodzielniania weteranów pozbawionych oczu i dłoni. Biografia i osiągnięcia Michała Kaziowa porównywalne są z życiem i sukcesami legendarnej, głucho-niewidomej Amerykanki – Heleny Keller, którą szczerze podziwiał i której przykład był jedną z jego życiowych inspiracji…..

Michał już od pierwszej chwili umiał stworzyć nastrój, w którym nikt nie mógł czuć się skrępowany. Był bezpośredni, a jednocześnie uroczysty i elegancki. Ten przystojny mężczyzna, zawsze w garniturze i wizytowej koszuli, mimo ewidentnych dysfunkcji chętnie rozmawiał, stojąc lub przechadzając się wśród słuchaczy. Nawiązywał bezpośrednie kontakty i niekiedy cytował obszerne fragmenty swoich utworów, zdecydowanie częściej pisanych prozą niż wierszem.
Ludzie pytali nie tylko o warsztat pisarski, ale i o sposoby na życie codzienne, no bo jak można sobie poradzić z myciem zębów albo odbieraniem telefonu, kiedy nie ma się rąk? On cierpliwie opowiadał, a jego głos o ciepłym brzmieniu, zabarwiony kresowym akcentem, zachęcał do jeszcze większej poufałości.
– Gdy mam przed sobą ludzi, wiem, że jeśli zapłaczę, zapłaczę sam. Lecz gdy się uśmiechnę – uśmiechają się wszyscy – zwykł mawiać Michał Kaziów….>>…..

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Jan Gross.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto fragment zatytułowany ” Jan Gross.” , który zamieszczam tutaj  w całości.

 

 

 

 

<< Jan Gross

 

Gorzowski satyryk i fraszkopisarz, autor tomików „ Z przymrużeniem oka” i „ Szczypta swawoli” oraz ładnej książeczki dla dzieci z wierszykami o zwierzętach. Powszechnie też znany z przedsiębiorczości : okazał się rekordzistą w załatwianiu i odbywaniu spotkań autorskich w gorzowskich wsiach i miasteczkach, uzyskując wyraźną przewagę nad członkami ZLP. Jak przystało na satyryka średniej klasy, jest raczej człowiekiem poważnym. Gdy wydał swój tomik fraszek, powiadomił mnie, iż dostanę go w prezencie pod warunkiem, że napiszę pozytywną recenzję. Obaj dotrzymaliśmy słowa, choć niektóre moje opinie nie były zbyt entuzjastyczne.

 

 

Korespondencja

 

Szanowny Panie  Redaktorze

 

   W Magazynie GN nr 194 ( z dnia 4-6.X.1991) Zenon Łukaszewicz drukuje kolejny „ Mój alfabet”. Jest też wzmianka o mnie. Ze zdziwieniem przeczytałem fragment dotyczący mojej osoby: „ gdy wydał swój tomik fraszek, powiadomił mnie, iż dostanę go w prezencie pod warunkiem, że napiszę pozytywną recenzję”. W tym miejscu- mówiąc delikatnie- Zenon Łukaszewicz mija się z prawdą. Dając tomik do recenzji prosiłem Z. Ł. aby, jeśli mu się nie spodoba nie pisał żadnej recenzji.  Ale w tej sprawie nie zamierzam rozdzierać szat. W wersji przedstawionej przez Zenona Łukaszewicza wyszło to bardziej barwnie. Fantazja góruje nad rzeczywistością . Ale to nie jest powodem, że piszę ten list do Redakcji,

     Zauważyłem, że w tekstach dotyczących innych autorów Zenon Łukaszewicz skrupulatnie wylicza ich dokonania literackie. Szkoda, że zabrakło mu konsekwencji przy omówieniu mojego dorobku. Wymienił jedynie trzy pozycje książkowe ograniczając się do podania jedynie dwóch tytułów. Zupełnie pominął moje  trzy zbiory : „ Rodacy przy pracy”, „ Małe ZOO na wesoło”, „ Sprytny szarak”. Tomik „ Rodacy przy pracy” był recenzowany w „ Nadodrzu” nr 18 ( 649) z dnia 6-19.XI.87 r. przez Małgorzatę Kowalską –Masłowską i ….Zenona Łukaszewicza ( sic!) w „Gazecie Lubuskiej” nr 72 z dn. 26-27.IIII.88r. „Małe ZOO na wesoło”- recenzja w Magazynie „ Gazety Lubuskiej” nr 48 ( 9588) z dn. 26-27.II.83 r.” Sprytny szarak”- informacja w „ Gazecie Gorzowskiej” nr 35 ( 546) z dn. 31.08.90 r. Nie może więc Zenon Łukaszewicz twierdzić, że o tych pozycjach nie wiedział. W „ Alfabecie” nie figurują też następujące książki, których jestem współautorem: „ Coś w tym jest”, „ Zbiór wierszy okolicznościowych dla klas I- III, „ Aforyzmy w aforyzmach”. W tym przypadku trudno mieć pretensje, bo autor „ Alfabetu” o tych pozycjach mógł nie wiedzieć.

     Nie rozumiem czemu moje osiągnięcia twórcze  zostały przez pana Zenona Łukaszewicza pomniejszone o połowę. Mimo to dziękuję mu, że mnie w ogóle raczył zauważyć.

                                                    Jan Gross.>>

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. O Marii Przybylak.

O Marii Przybylak wspomina Zenon Łukaszewicz na stronie  157 tomiku zatytułowanego

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” który był wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

Tekst załączam w całości, myśląc o  przyjaznej mi i bliskiej gorzowiance, która spędziła swoje życie zawodowe w „ Stilonie”, wielkim, nowoczesnym zakładzie, znanym ongiś nie tylko w Polsce ale i na świecie , który w ramach naszych przekształceń ustrojowych przeszedł w obce ręce a wkrótce potem został zlikwidowany ….I tutaj zacytuję słowa mojego brata :  „ jakoś smutno się zrobiło…”

 

 

 << Maria Przybylak

 

 

    Nazywa siebie robotnicą pracującą, choć już dawno odeszła na emeryturę z Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych. Z tym miastem jest związana od 1953 roku, ale urodziła się w Nowosielu, na terenie właśnie byłego ZSRR.

      W swoich wierszach prostym, nieporadnym piórem próbowała opisać głównie trudy pracy fizycznej, a nawet procesy technologiczne w jej fabryce. Stąd debiutancki tomik wierszy, wydany w Bibliotece Literackiej Gorzowskiego Towarzystwa Kultury w 1980 roku, jest zatytułowany „ Polimer granulowany”. Jak przystało na poetkę – amatorkę, nie uprawia liryki wysublimowanej, iskrzącej się bogactwem metafor. W prostych, nieraz nieporadnych strofach , ujawnia swoje przeżycia, obserwacje, snuje marzenia. Często sięga do własnych przeżyć i dramatycznych doświadczeń. W opublikowanym przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury zbiorku pt. „ I ciągle jestem do nazwania „ ( Warszawa 1984), poetka wyznaje : „ Przyjacielu / pisanie jest / podróżą /  mojego wnętrza….” . I tak jest rzeczywiście – autorka lirycznych obrazów nie tylko opisuje świat dookolny, lecz również stara się wyartykułować swoje bogate „ ego”.

    Przez kilka lat, Maria Przybylak, której  twórczość należy postrzegać przede wszystkim w kategoriach socjologicznych interesującego zjawiska, a nie jako wytwory artystycznie dojrzałej  mowy wiązanej, była działaczką gorzowskiego ośrodka Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury i co roku organizowała w zakładowym ośrodku wczasowym w Lubniewicach kilkunastodniowe „ warsztaty poetyckie”. Pomimo  jej licznych zaproszeń , niestety nie udało mi się uczestniczyć w lubniewickich imprezach. Pani Maria była srogo zagniewana, aż wreszcie przestała słać zaproszenia….Dziś, gdy mógłbym pojechać, jest już za późno. Zabrakło pieniędzy na tę działalność o zasięgu ogólnopolskim , a i sam zakładowy ośrodek jest zapewne w likwidacji po tym, gdy w zakładach gościł były premier Bielecki i gniewnym głosem wyraził zdziwienie, że „ Stilon” , przeżywający kłopoty produkcyjne i finansowe, stać na wydatki na tzw. sferę socjalną. Nie mnie komentować to wydarzenie, choć jakoś smutno się zrobiło…>>

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Henryk Krysiak.

Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 94-97 mój brat opowiada o Henryku Krysiaku. Chcę ocalić od zapomnienia tego niebanalnego człowieka, zdolnego, o poplątanym życiorysie i ostatecznie tragicznym losie i dlatego wrzucam w całości ten tekst.

Zastanawiam się nad tym, jak dalece sami układamy sobie życie, kierujemy swoimi dziejami a może jesteśmy tylko liściem , który kiedyś spada i miota nim wiatr po bezdrożach…….

 << Henryk Krysiak

 

  Mało go  kto z pewnością pamięta , nie wie, iż w dziejach gorzowsko- zielonogórskiej prasy codziennej jego nazwisko w minionych latach pojawiało się dość często, sygnując teksty publicystyczne i reportażowe. Poznałem go bodajże we wczesnych latach sześćdziesiątych , gdy jeszcze redagowałem „ Stilon Gorzowski”- gazetę zakładową, obejmującą jednak swoim zasięgiem miasto, a zwłaszcza jego problemy kulturalne. Przyjechał z Łodzi z dyplomem inżyniera  włókiennictwa i został asystentem dyrektora naczelnego Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych „ Stilon”. Była to niezła fucha, bardziej reprezentacyjna aniżeli pracochłonna. I odpowiadała mu w zupełności , gdyż daleki był od technokratycznych aspiracji. W imieniu dyrektora udzielał  informacji prasie , reprezentował go na różnych konferencjach i imprezach. Od razu zauważyłem, że ze względu na wszechstronne zainteresowania humanistyczne właśnie taka praca najbardziej mu odpowiada, nie związana bezpośrednio z produkcją. Do tego miał odpowiednie predyspozycje – zawsze elegancko ubrany, elokwentny, umiejący wzbudzić zaufanie. W krótkim czasie zaczął pisywać na różne tematy w mojej gazecie, został członkiem kolegium redakcyjnego, żywo uczestniczył społecznie w redagowaniu pisma, chociaż i upominanie się  wyższe honoraria nie było mu obce. Po prostu był pragmatykiem , cenił swoje możliwości, dopracowywał się coraz lepszego, sprawniejszego pióra. Z czasem też zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek obdarzony talentem dziennikarskim i literackim, że z konieczności i bez zbytniego entuzjazmu przebywa w tym zakładzie , którego produkcja tak naprawdę go zbytnio nie interesuje. Ale zarazem pełnienie funkcji reprezentacyjnych w owym okresie prosperity zakładu wymagało uczestniczenia w suto zakrapianych alkoholem przyjęciach, organizowanych dość często dla miejscowych władz i gości z łódzkiego zjednoczenia lub z jakiś resortowych ministerstw. I Henryk Krysiak ani się spostrzegł , jak zdołał się przyzwyczaić do tego wystawnego trybu życia , do tych hojnie serwowanych koniaków, jak uzależnił się od alkoholu. Nie dostrzegł w porę wynikających stąd zagrożeń dla zdrowia.

     Poznaliśmy się bliżej podczas pewnej eskapady za miasto. W tymże bowiem czasie w podgorzowskiej Kłodawie mieszkał Zygmunt Trziszka , późniejszy dziennikarz „ Gazety Zielonogórskiej „ i autor wielu książek prozatorskich. Był tam nauczycielem, kiedyś jego debiutancki tekst wydrukowałem w „ Stilonie Gorzowskim „. Gdy zjawił się w redakcyjnym pokoju podczas kolejnej wizyty, a był przy tym akurat Henryk Krysiak , zgadaliśmy się iż warto by było się udać w zbliżającą się sobotę na wiejską zabawę do Kłodawy, aby zobaczyć jak też bawią się ludzie na wsi. Decyzja zapadła. I oto w późne sobotnie popołudnie , wsiedliśmy z Henrykiem d taksówki , aby udać się do Kłodawy. Na miejscu rachunek opiewał gdzieś na około 300 złotych i został uregulowany przez mego współtowarzysza podróży pod warunkiem , że kiedyś zwrócę mu połowę kwoty. Niestety, nigdy już nie nadarzyła się ku temu sposobna okazja…

    Świetlica w Kłodawie była wspaniale ozdobiona kolorowymi lampionami, Zygmunt Trziszka z żoną czekali już przy stoliku, dużo dobrego jadła i wódki. I wcale niezły zespół muzyczny. Zygmunt tańczył prawie cały czas z żoną, my- zdani tylko na siebie, gdyż jakoś dziwnie nie było przy sąsiednich stolikach urodziwych dziewcząt do tańca- rozmawialiśmy na luzie o literaturze, o własnych fascynacjach twórczością wybitnych pisarzy. Krysiak był bardzo oczytany i wygłaszał kompetentne opinie. Rozmowa z nim należała do prawdziwych przyjemności. Zarazem uznaliśmy, że nie będziemy wznosić specjalnych okazjonalnych toastów , tylko po prostu każdy z nas może napełniać sobie kieliszek gorzałą, kiedy tylko zapragnie. Obserwując kątem oka salę, dostrzegłem zarazem, że Krysiak coraz częściej sięga po flaszkę. Było to tempo zbyt duże nawet dla mnie, na miarę ówczesnych możliwości. Faktem jest, że ranek powitaliśmy w mieszkaniu Trziszki w raczej żałosnej kondycji. Chociaż Krysiak, młodszy ode mnie, jakby lepiej zniósł tę zabawę….

   Wkrótce potem wyjechałem do Zielonej Góry, a niebawem przyjechał  do niej Henryk. Rozwiódł się, porzucił intratną pracę, zapragnął zawodowo „ załapać” się w dziennikarstwie. Niestety, ciągnęła się już za nim legenda tęgiego pijaka. I chociaż nieźle znał się na ekonomii , sprawnie władał piórem, miał spore kłopoty z uzyskaniem etatu. Przez pewien czas był przedstawicielem „ Trybuny Ludu” , a później dostał się do „ Gazety Zielonogórskiej „, gdzie opublikował sporo tekstów publicystycznych chyba niezłej jakości. Niestety, zbyt częste alkoholowe periody powodowały zaniedbywanie dziennikarskich obowiązków i po pewnym czasie Krysiak musiał opuścić redakcję. To jednak nie opamiętało go- było już po prostu za późno. Pił coraz więcej, chodził coraz bardziej zaniedbany , niedożywiony, a jego mieszkanie przy Ptasiej coraz bardziej przypominało melinę. Przy końcu życia egzystował na marginesie środowiska. Żył zapewne już tylko z tego, co udało mu się sprzedać. Pewnego razu, po dłuższej libacji z pewnym zielonogórskim fotoreporterem , serce Henryka Krysiaka zatrzymało się na zawsze. I nawet nie wiem, czy jego zwłoki spoczywają na miejscowym cmentarzu. Odszedł w pełni sił twórczych człowiek zniszczony przez alkohol, o niewątpliwych zdolnościach dziennikarskich i nieprzeciętnej inteligencji. A przecież mógłby zostać  wybitnym publicystą, znanym reporterem lub znakomitym redaktorem funkcyjnym. A może znanym i uznanym pisarzem?

     A tak, pozostawił p sobie  wiele tekstów , opracowanych niekiedy na kanwie własnych doświadczeń, m. in. cykl przejmujących relacji o dramatycznych przeżyciach alkoholika, opublikowanych w „ Stilonie Gorzowskim „ już po moim wyjeździe z Gorzowa, niezły reportaż „ Jeden dzień inżyniera”, wyróżniony w konkursie ogólnopolskim na reportaż o tematyce współczesnej, związanej z regionem zorganizowanym przez Komitet Organizacyjny „ Święto Prasy” , Wydział Kultury WRN, oddział ZLP, LTK i redakcję „ Nadodrza” w 1976 roku. I pozostał  pewien reportaż…Zbigniewa Ryndaka, którego bohaterem jest właśnie Henryk Krysiak. Będąc już na rencie, zaprosił do siebie Ryndaka, ten wziął pół litra wódki i magnetofon. I nagrał wstrząsającą relację Henryka  własnej poplątanej biografii. Tekst Ryndaka, zatytułowany „ Aria na strunie G” został po latach również nagrodzony, a następnie w wersji skróconej i poprawionej opublikowany w jednym z magazynowych wydań „ Gazety Nowej”, tym razem pod tytułem „ Inna barwa księżyca”. >>

 

Teksty brata-Zenona Łukaszewicza. Kazimierz Jankowski.

O Kazimierzu Jankowskim wspomina Zenon Łukaszewicz na stronach 61- 82 tomiku pt.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” (wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich ). Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

Tekst ten ( jak i inne z „ Alfabetu…” ) załączam w całości.  Czytam z podwójnym wzruszeniem, bo po pierwsze napisał go mój brat i teraz w miarę upływu lat coraz bardziej doceniam silne związki Zenona z tymi ziemiami, gdzie przyszłam na świat a wreszcie po trzecie w Gorzowie mam bliską mi Osobę, która spędziła swoje życie zawodowe w  nieodżałowanym „ Stilonie”, niegdyś chlubie miasta i kraju…. 

 

 

 

 << Kazimierz Jankowski

 

 

 

   Skromny poeta- amator, na co dzień pracownik gorzowskiego „ Stilonu”. Urodzony w 1945 roku w Siedlcach, w 1959 roku zamieszkał w grodzie nad Wartą. Związał się z Robotniczym Stowarzyszeniem Twórców Kultury oraz Gorzowskim Towarzystwem Kultury. Obdarzony niewątpliwym talentem poetyckim, początkowo nieporadnie a później coraz kunsztowniej zapisywał swoje liryczne teksty, poświęcone głównie trudowi pracy, jej etyce i kształtowaniu ludzkich postaw w tej codziennej mozolnej egzystencji. W licznych utworach , publikowanych w wielu czasopismach. podejmuje tak ważkie problemy , jak powinności obywatelskie, szeroko pojmowany patriotyzm , śląc humanistyczne przesłania. Ale w tym jego poezjowaniu nie znajduję pompatycznego zadęcia, frazeologii i pustosłowia. Jeśli demaskuje obłudę i fałsz, sprzeciwia się złu w jego różnych postaciach, to czyni to dyskretnie , z jakimś wewnętrznym, pełnym smutku ale i protestu, nastrojem.

      Kazimierz Jankowski w 1983 roku wydał arkusz poetycki w Bibliotece Literackiej GTK, zatytułowany „ Apelacja”. W zawartych w nim utworach odwoływał się do fundamentalnych wartości etycznych, obowiązujących człowieka. Z pewną satysfakcją byłem redaktorem jego debiutanckiej publikacji. Później, w 1989 roku, również w oficynie Gorzowskiego Towarzystwa Kultury ukazał się jego kolejny tomik pt. „ Napięta struna czasu”. Trzeba dodać, że dwa lata wcześniej nakładem RSTK w Poznaniu wydał Jankowski poemat „ Robotnicy”, zaś w 1988 roku , także w Poznaniu, tomik „ Słowa niekochane”. We wszystkich tych utworach jest wierny etosowi robotniczego trudu, w imię uczciwości zwalczając poetyckim słowem pozory moralności i fałszywe wartości czasu realnego socjalizmu. Jest jednym z nielicznych utalentowanych artystów pochodzących ze środowisk wielkoprzemysłowych.

    W 1992 roku- przy pomocy „ Stilonu”, w którym nadal pracuje – wydał kolejny zbiorek wierszy pt. „ Słowa w drelichu”, opatrzony przychylnym wstępem Zdzisława Morawskiego. Był to jeden z ostatnich opublikowanych tekstów gorzowskiego „ księcia poetów” przed jego nagłym zgonem. Co zaś do tomiku Jankowskiego, to potwierdzają się moje wysokie oceny poziomu twórczości tego pracowitego człowieka. >>

 

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Jak wykreowałem Zygmunta Trziszkę.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Stamtąd jest ten tekst,

JAK WYKREOWAŁEM

ZYGMUNTA TRZISZKĘ

 

    Autora wielu interesujących tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , poświęconej tzw. tematyce zachodniej , zaliczanego przez krytykę , z Henrykiem Berezą na czele , do głównych przedstawicieli nurtu wiejskiego polskiej literatury współczesnej , poznałem w 1961 roku w Gorzowie . Redagowałem wówczas gazetę zakładową „ Stilon Gorzowski”, starając się o otwartą formułę pisma na problemy całego miasta , zwłaszcza wiele uwagi poświęcając wydarzeniom kulturalnym . Gazeta była kolportowana przez kioski „ Ruch” i nie miała wtedy oczywiście żadnej konkurencji , gdyż tygodnik „ Ziemia Gorzowska” zrodził się dopiero po 1975 roku.

      Nie zaniedbując tedy problematyki stricte fabrycznej , starałem się wraz ze społecznym zespołem zaistnieć w życiu społeczno – kulturalnym Gorzowa , publikując m.in. recenzje Zdzisława Morawskiego pod pseudonimem Z. Rawskiego , teksty miejscowych dziennikarzy- profesjonalistów z oddziału „ Gazety Zielonogórskiej” , żeby przykładowo wspomnieć Henryka Ankiewicza czy Stanisława Fertlińskiego , dziś zielonogórzan . I pewnego dnia – nie pomnę już w jakich okolicznościach – poznałem Zygmunta Trziszkę , który wraz z żoną pracował w szkole podstawowej w podgorzowskiej Kłodawie . Trziszka zrobił na mnie duże wrażenie , z różnych powodów. Nie wspominam już tego , iż to nazwisko kojarzyło mi się z zabawną czeską komedią filmową „ Kłopoty referenta Trziszki „  , ale głównie dlatego , że poznałem człowieka niewątpliwie impulsywnego , o okropnych manierach , usposobieniu choleryka , aczkolwiek przy tym wytwarzającego wokół siebie jakby aurę typowego „ homo ludens”, w całej swej wiejskiej krasie i prostocie . Zaproponowałem mu współpracę z gazetą i nawet coś w niej wydrukował . Ale bliżej poznałem go nieco później.

      Otóż właśnie wówczas w Gorzowie powstał ośrodek Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy , działający pod egidą Związku Młodzieży Wiejskiej. Zygmunt Trziszka został jego przewodniczącym . Ujawnił swoje talenty prozatorskie oraz umiejętności organizacyjne . Postanowiliśmy, że wspólnie wydamy jednodniówkę KKMP jako dodatek literacki „ Stilonu Gorzowskiego”, dając jej tytuł „ Nadwarcie”.

      Przed opisem realizacji tego zamysłu chciałbym jednak wyjaśnić , skąd w Kłodawie znalazł się Zygmunt Trziszka . Otóż przyszły pisarz , urodzony w 1936 roku w Wełdzirzu w dawnym województwie stanisławowskim , po wojnie wraz z rodziną znalazł się na Ziemi Lubuskiej . Matka i młodszy brat do dzisiaj mieszkają w Lubsku , on zaś- po ukończeniu zielonogórskiego Studium nauczycielskiego – pracę znalazł właśnie w Kłodawie . Wraz  z żoną mieszkał w zaniedbanym , nie ogrzewanym zimą domu , mając za sąsiada człowieka niezbyt sympatycznego , pracującego jako sprzątacz  w gorzowskim szpitalu psychiatrycznym.  Ta kłodawska wegetacja jawi się dziś pisarzowi jako koszmarne wspomnienie , głębokie pasmo cienia . Jednak niezwykle mocny instynkt witalny rodził w nim potrzebę ucieczki z tego wątpliwej jakości azylu , rodził przeczucie potrzeby pisarskiego powołania i wyrażenia osadniczych wspomnień i wyrwania się w środowiska  o większym intelektualnym i głębszych aspiracjach artystycznych . Otóż myślę , że taką pierwszą próbę dojrzewania ludzkich i pisarskich imperatyw była działalność Trziszki w gronie ludzi , stawiających dopiero pierwsze kroki w literaturze , a także – ów zamysł wydania jednodniówki , o czym wcześniej wspomniałem.

       Po przełamaniu wielu barier biurokratycznych i uzyskaniu niezbędnych funduszy udało nam się wreszcie w grudniu 1961 roku wydać” Nadwarcie”, odnotowane zresztą później w wielu publikacjach prasoznawczych.  Na czterech stronach niewielkiego formatu zdołaliśmy pomieścić sporo różnych tekstów . Zygmunt Trziszka , poza informacyjnym komentarzem na temat działalności ośrodka KKMP , opublikował opowiadanie „ Jesień” oraz ponureskę

„ Smak Pióra”, Henryk Ankiewicz wydrukował jedyne chyba w swoim dorobku opowiadanie „Kosmata łapa” oraz reportaż „ Listy miłosne mordercy”, niżej podpisany- młodzieńcze opowiadanie „ Rozmowa przy kratach”. Nie poskąpiliśmy miejsca dla poetów in spe . W jednodniówce znalazły się wiersze Andrzeja K. Waśkiewicza , Wincentego Zdzitowieckiego , Czesława M. Czyża, Floriana Nowickiego , Jadwigi Wawrzyniak i Tadeusza Mazura. Całość wzbogaciły piękne fotogramy Waldemara Kućki , szata graficzna była całkiem niezła. Ta inicjatywa została przychylnie przyjęta , przygotowaliśmy się do następnej, ale życie pokrzyżowało plany i nic z tego już chyba nie wyszło.

       Zygmunt Trziszka , sądząc po jego samopoczuciu , zyskał wówczas potwierdzenie własnych możliwości pisarskich . Gdy podczas pobytu w Zielonej Górze dowiedziałem się , że WK ZSL poszukuje dziennikarza z wiejskim rodowodem do redagowania zielonogórskiej mutacji poznańskiej „ Gazety Chłopskiej” , niezwłocznie powiadomiłem tym Zygmunta, zwłaszcza iż czekało również ładne mieszkanie . I tak w 1962 roku pisarz przeniósł się do Zielonej Góry , gdzie bliżej zaprzyjaźnił się z Andrzejem Waśkiewiczem , wydając potem wspólne publikacje pt. „ Dojrzewanie”, czyli sylwetki zasłużonych działaczy ruchu ludowego na Ziemi Lubuskiej . Trzy lata później w LSW ukazał się debiutancki zbiór opowiadań Trziszki pt .” Wielkie świniobicie”. I tak to się zaczęło…

     Pisarz jedną ze swoich późniejszych książek eseistycznych nazwał „ Podróżami do mojej Itaki”, wykazując serdeczne związki , jakie połączyły go z Ziemią Lubuską . A mnie, podczas nieczęstych spotkań , nazywa swoim kreatorem , co brzmi prześmiewczo, w stylu Trziszkowatym . Ale prawdą jest też , że przypadek losu zetknął nas i mogłem mu w jakimś małym stopniu dopomóc , na miarę własnych możliwości , choć nie wszystko bezkrytycznie oceniając, co potem napisał i wydał.

       Toteż , jeżeli trudno określić czas i miejsce stworzenia świata przez Pana Boga , to łatwiej precyzyjnie umieścić w czasie i przestrzeni narodziny pisarskie Zygmunta Trziszki.

 

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zdzisław Morawski.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 121-127 zawarta jest opowieść o Zdzisławie Morawskim….

 

 

 Zdzisław Morawski

 

 

   Gorzowski poeta i prozaik, dramatopisarz i publicysta, zasłużony działacz  społeczny, urodzony w Aleksandrowie Kujawskim, był osobowością na tyle barwną i interesującą, że bez niego miasto straciłoby swój koloryt lokalny. Był przy tym znakomitym gawędziarzem, urokliwym i błyskotliwym kompanem wszelkich biesiad rozrywkowo- literackich.

   Był współzałożycielem oddziału Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze, będąc już autorem debiutanckiego tomiku wierszy „ Pejzaż myśli” ( Poznań 1959), wcześniej współorganizował Lubuskie Towarzystwo Kultury i czasopismo „ Nadodrze”. A jeszcze wcześniej ujawnił się jako zadeklarowany człowiek lewicy, wstępując w 1945 roku do Polskiej Partii Robotniczej i pracując w różnych ogniwach terenowych PPR , a następnie PZPR.

   Poznałem go w latach debiutu, redagując „ Stilon Gorzowski”. Pisywał w nim recenzje teatralne pod pseudonimem Zbigniew Rawski. Wiele wieczornych godzin spędziliśmy w nieistniejącej już kawiarni „Wenecja” żywo dyskutując o poezji przy niskoprocentowych aperitifach. Tak , tak!- wówczas nie rozpijano społeczeństwa wyłącznie mocnymi alkoholami. Te żywe dialogi przeradzały się chyba stopniowo w pewien rodzaj przyjaźni i sympatii, które- choć w niektórych latach zakłócane- przetrwały aż do jego śmierci. Zdzisław z usposobienia był przekorny i niekonsekwentny . Przy tym – samouk. Z trudem tedy odkrywał nowe lądy wiedzy humanistycznej, pilnie i dużo czytając. Ale porządkowanie tej wiedzy następowało w nieco wolniejszym tempie. Toteż, bywało i tak, że w swoich refleksjach poszukiwawczych , wyrażanych w druku lub podczas rozmów, odkrywał nagle coś według niego nowego, co było już właściwie  dawno znaną prawdą, stąd bierze się jego inna cecha charakteru: megalomania. Utwierdzał się w przekonaniu , że jest odkrywcą nieznanych lądów, swoje idee starał się przenosić na grunt codzienności. Tak było w latach 70 i 80., gdy przygotował projekt reformy struktur partyjnych i przekazał go gorzowskiemu KW PZPR , a nawet  chyba samemu gen. Jaruzelskiemu. Jako materialista z przekonania, myślący jednak idealistycznie, z naiwnością dziecka sądził, że jego głos będzie wysłuchany. Mylił się. Ten głos nigdzie nie dotarł, to znaczy nie trafił do świadomości adresatów.

     Krzepiące, że Zdzisław nie popadł z tego powodu we wściekłą frustrację, lecz nadal intensywnie pracował literacko, działając zarazem w Zarządzie Głównym ZLP jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej. I szkoda, że gdy opisywał swoje kłopoty z wydaniem powieści „Nie słuchajcie Alojzego Kotwy” na łamach gazety, nie ujawnił do końca, że wreszcie pomógł mu Andrzej Wasilewski , który był członkiem KC a Zdzisław z racji pełnienia swej funkcji miał do niego ułatwiony dostęp.

     Gdy rozwiązano ZLP i tworzył się „ neo-zlep” w Zielonej Górze, Morawski przez pewien czas przebywał poza  Związkiem. Pomimo próśb słanych z Zielonej Góry przez Ryndaka i Koniusza, aby zasilił ich oddział. Później niespodziewanie Zdzisław jednak zapisał się do „ neo- zlepu”, ale do ….poznańskiego oddziału. Wybrał lepsze, ciekawsze i bardziej liczące się środowisko literackie. Był to jego kolejny figiel spłatany kolegom.

    Kiedyś z dumą opowiadał, jak to ratował ZLP i grupę pisarzy partyjnych, jeszcze za czasów prezesowania Jana Józefa Szczepańskiego. Prowadził obrady w czasie burzliwych sporów, odebrał prawo głosu Zygmuntowi Trziszce, który tam wykrzykiwał. Emocje ponosiły salą,  on  z opanowaniem sterował porządkiem obrad. A później , mając już spory dorobek literacki- a największe artystyczne sukcesy osiągnął w poezji- referował nam swoją teorię „ idei materii”, której daje wyraz w najmowych tomikach. Wykładnia tej teorii miała być ogłoszona w Moskwie , a później w kraju. Ale  minęły lata i jakoś nic o tej rewelacyjnej  publikacji nie słychać.

     Jako prozaik, Zdzisław dał się poznać niedobrą, schematyczną i publicystycznym językiem napisaną powieścią „ Kwartał bohaterów” ( Łódź , 1965) oraz wspomnianą już powieścią o charakterze groteskowym pt. „ Nie słuchajcie Alojzego Kotwy”. Zamysł był bardzo interesujący, gorzej z wykonaniem. Podobnie jak Wiesław Myśliwski , jestem zdania, że powieść została napisana manierycznym językiem, choć znajdują się w niej wcale ładne sceny  literackie.

      Dla mnie Zdzisław jest przede wszystkim interesującym poetą, autorem znaczących w polskiej liryce tomów: „ Płaskorzeźby”( Śląska, 1956), „ Obecność” ( Śląsk ,1974), „ Wektory” ( Katowice, 1979), nie licząc arkuszy poetyckich , wydanych przez Lubuskie Towarzystwo Kultury i Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Różne wektory wyobraźni autora prowadziły w kierunku poszukiwań własnej, odrębnej oryginalności. Podobnie niezłe sukcesy osiągał Zdzisław w twórczości dramatycznej. A ściślej mówiąc komediowej. Jego utwory o takim właśnie charakterze , jak „ Wilcze doły”, „ Żarty moich dni”, „Technik księstwa Donderów” były wystawiane przez teatry w Gorzowie i Zielonej Górze. Natomiast dramat Pt. „ Maria Preta” odniósł pewien sukces w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a „ Rzymska Łaźnia” na scenie Teatru Eksperymentalnego Klubu Związków Twórczych w Łodzi. W dorobku autora jest tez kilka słuchowisk radiowych, realizowanych głównie przez Rozgłośnię PR w Zielonej Górze.

     Myślę , że w Zdzisławie  zawsze miałem życzliwego, prostolinijnego przyjaciela, co to potrafi doradzić, ale i zadrwić. Gdy z Koniuszem byliśmy- za czasów redagowania „ Nadodrza” w Gorzowie, natknęliśmy się na niego. Gdy redaktor naczelny udał się do pobliskiego sklepu po flachę , Zdzisław nagle urządził i publiczną awanturę na chodniku, słusznie zresztą zarzucając nam, że obniżamy poziom pisma. To było wtedy, gdy toczyliśmy rozpaczliwą walkę o czytelnika, wypełniając komuny erotyką i przedrukami z zachodnioniemieckiej prasy bulwarowej. Ja zgadzałem się z Morawskim, uważając już wtedy, że pismo ulegnie likwidacji przede wszystkim z przyczyn finansowych. To było też powodem naszej scysji z Januszem Koniuszem. Głosiłem tezę, podobnie jak Morawski, że nie można rezygnować z poziomu pisma za cenę przedłużania jego agonii. Koniusz uważał inaczej: że publikując „ ekscytujące” teksty , tłumaczone przez panią Bartosiewicz z niemieckich bulwarówek lub ogromne, nudne reportaże obyczajowe Haliny Ańskiej- zdoła uratować „ Nadodrze”. Te wysiłki pisania „ pod publiczkę” okazały się daremne. Gdy poziom pisma sięgnął bruku, musiało ono- zresztą jak wiele innych- również ulec likwidacji. I tu akurat Zdzisław Morawski miał rację….

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z ” Mojego alfabetu…”o Irenie Dowgielewicz.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto tekst o Irenie Dowgielewicz , gorzowskiej pisarce i poetce :

 

 

Irena Dowgielewicz

 

      Była pierwszą damą tzw. lubuskiej literatury, ale jej sukces był znany w kraju i gdzieniegdzie za granicą,  gdzie tłumaczono jej utwory. Przez całe swoje dojrzałe i twórcze życie mieszkała w Gorzowie , uprawiając zarówno prozę, jak i poezję. W 1962 roku w poznańskiej oficynie ukazał się tom jej opowiadań pt . „Lepszy obiad”. Był to debiut książkowy. Zafrapował Zbigniewa Bieńkowskiego , Zofię Starowieyską- Morstinową, wielu innych krytyków. W „ Twórczości „ na początku 1964 roku opublikowałem przychylne omówienie tej prozy. Od nieznanej mi osobiście wówczas autorki otrzymałem list z podziękowaniem, zawierający zarazem uwagi polemiczne wobec niektórych moich sądów oraz wyrazy aprobaty dla innych. Nie ukrywam, że ucieszyła mnie taka reakcja pisarki, nie traktująca wyniośle krytyków, co to wiedzą jak pisać, ale sami nie potrafią…

      Później były następne tomy jej prozy: „Przyjadę do ciebie na pięknym koniu” ( Poznań, 1965)- najlepszy zbiór jej opowiadań , „ Krajobraz z topolą” ( Poznań, 1966)- powieść osnuta na kanwie jej witnickich doświadczeń, wreszcie  „ Most”( Warszawa, 1968). I tomiki wierszy :  „ Sianie pietruszki”, „ Stadion dla biedronki”, „ Tutaj mieszkam”. I mnóstwo rozproszonych w antologiach i czasopismach tekstów.

     Dowgielewicz, jak myślę, potrafiła umiejętnie łączyć to co regionalne , z tym co uniwersalne . Z codziennej tkanki życia wydobywać światło i wartości przedtem przez nikogo nie dostrzegane . Miała liryczny typ wyobraźni, stąd jej proza jest inkrustowana poetyckimi metaforami, przenośniami, alegoriami.

     Jako kobieta, zahartowana na Syberii i późniejszymi przeżyciami osobistymi , potrafiła dzielnie walczyć o swoje sprawy. Gdy Wydawnictwo Poznańskie zwlekało z wydaniem jej opowiadań, ostro interweniowała w KW PZPR. Aż nie chciało mi się w to uwierzyć. A jednak ta interwencja poskutkowała. Była to chyba jedna z nielicznych , które przyniosły pożytek polskiej literaturze. Od 1962 roku należała do Związku Literatów Polskich, bo wówczas nie było Związku Pisarzy Polskich….

      Dzisiaj myślę: co się ostanie z jej twórczości w trwałym dorobku narodowej kultury. I nie potrafię na razie udzielić sobie samemu odpowiedzi.

 

 

Korespondencja

 

    Drogi  Panie Zenku, serdeczne dzięki za omówienie „ Obiadu” w 

„ Twórczości”. Recenzja jest kumoterska, ale w wielu punktach chętnie się z nią godzę, wydaje mi się słuszna krytyka „ Skwerku”, a także prawdą jest uwaga o zaangażowaniu autora- przecież to są w gruncie rzeczy moralitety, a w każdym razie kazania miarkowane nieco jaką taką ogładą literacką. Byłam dosyć zdziwiona , że tak wytrawny krytyk jak Starowieyska- Morstinowa zgoła tego nie dostrzegła, określając książkę jako „ upiorną”, ale chyba bardzo dobrą. „ Skwerek” chwali. Prawdą jest także to, czego inni krytycy nie dostrzegli albo nie w tym stopniu dostrzegli : miłość i radość życia. Stąd strony najbardziej gorzkie i ponure są właśnie protestem najgłośniejszym. Cieszę się, że w tym przynajmniej znaczeniu jestem „ prorokiem” we własnej wsi, co się na ogół zdarza nieczęsto…”

                                         ( List z 17 lutego 1964)

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z ” Mojego alfabetu…” o Czesławie Miłoszu….

Czesław Miłosz

 

Rok myśliwego

 

    Reputacja literacka naszego noblisty jest tak wysoka , że  każdą jego książkę przyjmujemy z ogromnym zainteresowaniem , z życzliwą uwagą . I tak jest też w przypadku „ Roku myśliwego” – tomu wspomnień i diariuszowych zapisków Czesława Miłosza , niedawno wydanego w krakowskiej oficynie „ Znak”. Pisał je autor od sierpnia 1987 r. do sierpnia 1988 r., notując w porządku chronologicznym ważniejsze  dla niego wydarzenia osobiste , ale zarazem wplatając wątki retrospekcyjne , sięgające odległych lat dzieciństwa, dojrzewania w Wilnie , pobytu podczas wojny w Warszawie a następnie – lat powojennych, które doprowadziły pisarza do wyboru losu emigranta . Jest to zatem szeroka panorama wydarzeń historycznych , z którymi autor miał bezpośredni kontakt , w których uczestniczył biernie , jako świadek , bądź też jako ich współbohater.

    Luźny, rwący się to narracyjny nie oznacza powierzchownej rejestracji przeżyć twórcy , który zasiadał do pisania tej książki w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat , czyli świadom poczucia zamulającego pamięć upływu czasu , okrutnej erozji , jakiej dokonuje ten nieubłagany zegar biologiczny w ludzkiej świadomości. Dlatego właśnie Czesław Miłosz wykazuje wiele starań , aby wiarygodnie odtwarzać swoje przeżycia , te wczesne i te najświeższe , aby nie deformować prawdy historycznej a pochopnym osądem znajomych mu ludzi nie wystawiać krzywdzących i jednostronnych opinii . Nadto , wyraźnie dostrzegalny jest trud autora w demitologizowaniu ówczesnych lat przed i powojennych , w ostrożnym pogłębianiu i analizowaniu motywów ludzkich postaw i zachowań , np. wobec totalitaryzmów , w mozolnym dochodzeniu do prawdy , rzetelnej w swym wymiarze historycznym i psychologicznym.

     W przedmowie Czesław Miłosz wyjaśnia charakter i tytuł książki: ” Skąd ten dziwaczny tytuł ? Przede wszystkim po to , żeby uczcić pamięć książki , którą lubiłem w  moich latach szkolnych i która tak się nazywała. Autorem jej był Włodzimierz Korsak , nigdy nie zaliczany do literatów , ale znany wśród miłośników przyrody, zwłaszcza te j, której pierwotnym pięknem szczyciły się ziemie byłego Wielkiego Księstwa . Korsaków wśród szlachty , zwłaszcza na Białorusi , było bez liku. ( „Co krzaczek to Korsaczek”). Pochodził z Witebszczyzny . Po pierwszej wojnie światowej znalazł się w Polsce i jako zawód wybrał leśnictwo , ale też pisał . Powieść dla młodzieży „ Na tropie przyrody” ma za przedmiot wakacje dwóch chłopców w jego rodzinnych okolicach . To samo cofnięcie w czasie i te same krajobrazy przynosi powieść z wątkiem miłosnym „ W puszczy”. Główną treścią obu tych utworów jest polowanie i obserwacja fauny. Korsak do swoich opisów dodawał niekiedy rysunki tuszem, bardzo ładne , które jednak dowodzą , że nie tyle sztuka go obchodziła , ile dokładność i wierność szczegółom. Tyle wiedzy o ptakach i czworonogach mu zawdzięczam , że złożenie mu hołdu przez wzięcie od niego tytułu jest chyba na miejscu „ . A dalej autor wyznaje : „ Istnieje też inne wytłumaczenie tytułu . Młodociane marzenia o wyprawach „ na tropie przyrody „ nie spełniły się , a jednak zostałem myśliwym , choć innego rodzaju: moją zwierzyną był cały świat widzialny i życie poświęciłem próbom uchwycenia go słowami czy też trafienia go słowami . Niestety , ten rok myśliwego przynosi już głównie refleksję nad  niewspółmiernością dążeń i dokonań , mimo całej półki napisanych przeze mnie książek”. W tych słowach brzmi gorycz niespełnienia i wątpliwości , których nie jest zdolna wymazać ze świadomości autora nawet nobilitująca nagroda Nobla.

    Żałuję , że Włodzimierz Korsak, wieloletni mieszkaniec Gorzowa powojennego , którego książki i wspomniane przez Miłosza rysunki podziwiałem  również w latach mej szkolnej młodości , nie doczekał się tej pasjonującej opowieści słynnego Polaka. Później , już w tekście , pisząc o swoich młodzieńczych lekturach , Miłosz znów wspomina Korsaka: „ lepsze, ( od  utworów Rodziewiczówny- mój przyp.) pisane zwyczajnym językiem , było myśliwskie „ Na tropie przyrody”  Włodzimierza Korsaka , już dla dorosłych , fachowo- myśliwska powieść z sentymentalną fabułą „ W puszczy”, o lasach , jak to u niego, Witebszczyzny”. Bez względu jednak na to , jak ocenia twórczość Korsaka nasz noblista , warto przy okazji skorygować jego twierdzenie , bo autor wydanej w 1922 r/ opowieści Pt. „ Rok myśliwego” z przedmową Józefa Weyssenhoffa należał do 1929 r. do Związku Pisarzy Polskich, czyli miał status literata. No, ale Miłosz mógł o tym nie pamiętać.

      Powracając zaś  do jego diariuszowo- pamiętnikarskiej i wspomnieniowej książki , napisanej piękną polszczyzną , bogatej zarówno w barwne opisy urody kalifornijskiego krajobrazu , jak i precyzyjnie trafne konterfekty  ludzi mu znanych , żeby wspomnieć tu Józefa Mackiewicza , Ludwika Konińskiego , Jarosława Iwaszkiewicza i całą plejadę sławnych pisarzy światowych , a także – Irenę i Tadeusza Byrskich , z którymi Miłosza łączyły głębokie więzi przyjaźni z wileńskich lat , a których ja miałem okazję poznać osobiście w Gorzowie , gdzie kierowali przez pewien czas Teatrem im. Osterwy. A przecież znajdujemy również w książce głębokie i oryginalne refleksje poety o sztuce , polityce, Religii , filozofii , spory z Gombrowiczem , zasadne i aktualne pytania o systemy wartości , apoteozę Jana Pawła II symbolizującego „ znak sprzeciwu” wobec zła i laicyzacji współczesnych społeczeństwa , wreszcie- trafna uwagi o patriotyzmach i nacjonalizmach , wsparte konkretnymi przykładami i mocnymi logicznymi , rozsądnymi argumentami. Wspomnieniowe opowieści Miłosz przeplata licznymi dygresjami , a każda z nich jest cenna , ma swoje znaczenie w tej mozaice odtwarzanego świata zewnętrznego i wewnętrznego, intymnie własnego i subiektywnego. Wszakże pisarz nie stawia sobie spiżowego pomnika , nie kreuje się na wszystko wiedzącego kronikarza i choć zastrzega się , że nie ujawnia całej o sobie prawdy , to jednak wyjaśnia wiele z własnej , skomplikowanej biografii.

      Po datą 16 lipca 1988 r. zanotował: „Trzeba błogosławić dar umysłowej aktywności. Nawet jeżeli wiersze pisane w tym roku są w ciemnej tonacji , za ciemne , żebym z czystym sumieniem chciał je drukować , to jednak są,  i to już coś , zważywszy, że poezja zwykła była nawiedzać dwudziestolatków, trzydziestolatków , nie kojarzona z wiekiem dojrzałym , a tym bardziej starością. Wiersze, czy proza , rano czuję to samo podniecenie na myśl, że będę mógł zasiąść do biurka , tak jak w dzieciństwie myśląc , że zarazem pobiegnę do

ogrodu na całodzienne hasanie”.

 I jest to jedno z licznych optymistycznych przesłań sędziwego pisarza.