Na medycznej ścieżce. Jestem lekarzem zakładowym.

Jestem lekarzem zakładowym i mam niespodziewanego pomocnika

 

Gdy zjawiłam się na Siennej, właściwie od razu zaproponowano mi dodatkową pracę. Akurat mieli wakat dla lekarza zakładowego a ponieważ przybyłam z przychodni rejonowej dla dorosłych, wydawałam się dobrym kandydatem.

Miałam wątpliwości dotyczące tej dodatkowej pracy, gdyż dwa razy w tygodniu musiałabym  zostawać w szpitalu do 18.

Ale po naradzie rodzinnej zgodziłam się, gdyż wszyscy akceptowali moje pomysły , obiecywali pomoc  i nawet byli ze mnie dumni.

Tak więc pozostałam lekarzem zakładowym. Do moich obowiązków należało okresowe badanie  pracowników ,  nowych kandydatów do pracy, badanie zgłaszających się z infekcjami albo innymi stanami chorobowymi a także reagowanie na zachorowania personelu. Niestety w tych wypadkach byłam pod ręką, więc wzywano mnie dość często.

Nie zapomnę jednego takiego wezwania.

Ktoś zadzwonił, że w pralni leży nieprzytomna pracownica.

Od razu złapałam ciśnieniomierz i słuchawki i pognałam na dół.

Ale po drodze wyprzedziła mnie Anula. Usłyszawszy wezwanie też biegła na pomoc.

Na szczęście okazało się owa nieprzytomna odsypiała potężne upojenie alkoholowe, więc spokojnie opuściłyśmy to miejsce a ofiara dojrzewała na stercie brudnej pościeli….

Losy moich Rodziców. Rozmowa w Wilnie.

Gdy Wacek przybył do domu na święta Wielkanocne, postanowiliśmy, że sama pojadę do Wilna na rozmowę w sprawie pracy.

Może tylko ja postanowiłam, nie pomnę.

Chyba z reguły kobiecie  bardziej zależy  na podtrzymaniu żaru domowego ogniska.

I tak któregoś dnia zebrałam się w sobie, wzięłam dwa dni urlopu załatwiając z koleżanką, że mnie zastąpi w szkole, Zenona zostawiłam u teściów i wybrałam się w drogę.

Po wielu godzinach dotarłam do Wilna.

Nawet nie spotkałam się z Wackiem, bo był w pracy.

Od razu udałam się do kuratorium i poprosiłam o bezpośrednią rozmowę z Inspektorem. Miałam trochę szczęścia, gdyż był on na miejscu.

Przyjął mnie po kilku minutach.

Wyłuszczyłam moją prośbę.

Miałam przygotowany tekst, w którym logicznie uzasadniałam swoją prośbę.

Wysłuchał.

Potem westchnął i odpowiedział, że niestety nie ma wolnych etatów nauczycielskich w Wilnie i bliskiej okolicy.

W tym momencie nie wytrzymałam.

I ja, dzielna, odważna i zamknięta kobieta pękłam.

Zalałam się łzami i z gniewem i rozpaczą ponownie rozpoczęłam błaganie.

Chyba się wzruszył.

W końcu byłam młodą, niebrzydką kobietą, a może był wrażliwy na damskie łzy. Nie wiem.

Ale widząc, że nie ma szans, bym opuściła jego gabinet, rozpoczął gorączkowe myślenie.

Sprawdzał jakieś dokumenty, gdzieś dzwonił.

I po pewnym czasie zakomunikował, że prawdopodobnie niedługo zwolni się etat dla nauczycielki w Smorgoniach, bo jest tam osoba, która niebawem odchodzi na emeryturę.

Obiecał, że mnie zawiadomi w najbliższym czasie.

Powiedziałam, że będzie się dowiadywał o tę posadę mój mąż.

Opuściłam jego gabinet z mieszanymi uczuciami.

Czyżby mój upór i łzy zadziałały?

Myślę, że on miał  w zanadrzu  jakieś wolne etaty, ale nie chciał, bym opuszczała Raków.

To miasteczko było położone na głębokich  rubieżach Rzeczpospolitej i ze złą a właściwie żadną komunikacją z innymi miastami. Z tego powodu pewnie niewielu było kandydatów do pracy w tym zapyziałym miejscu.

Wyszłam i jak na skrzydłach popędziłam do Wacka, który wynajmował tutaj mieszkanie. Właśnie wrócił z pracy i po wysłuchaniu mojej opowieści wydawało się, że jest zadowolony.

 

 

Losy moich Rodziców. Odpowiedzialność Stefy i oczekiwanie.

Po  rozmowie z ojcem Wacława, Tomaszem, Stefa nabrała siły.

Poczuła się odpowiedzialna za własne życie.

To uczucie nie było jej obce, to była  cecha jej charakteru- odpowiedzialność.

Miałam tego przykłady , w dzieciństwie i potem, gdy mieszkaliśmy razem w Warszawie, od 1970 roku do końca życia rodziców, tj. 2000 – 2002 roku.

 

Stefa była odpowiedzialna, zahartowana trudnym życiem i konsekwentna. Przecież  opuściła dom rodzinny w 10 roku życia, zamieszkała kątem u obcych ludzi i uczęszczała do szkoły w wielkim nieznanym mieście.

I dała radę.

Potem wybrała pracę na dalekich wschodnich rubieżach Polski i bez lęku tam podążyła.

 

A jednak jak bardzo była związana z ojcem , jak krótko przez niego trzymana, świadczyły te opory przed ślubem , na który ojciec nie wyraził zgody.

 

A może czuła się rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością za własne losy ale też za  liczną niezbyt zamożną rodzinę .

 

A może tylko było jej przykro, że jest samotna na tej wileńszczyźnie ,wśród obcych ludzi.

 

Może potrzebowała wsparcia.

Pewnie tak.

Nie wiem i już się nie dowiem.

Pewnie wszystkie wymienione elementy miały swój udział w tym, że tak bardzo czekała na przełamanie oporów ojca i jego zgodę.

 

Po rozmowie z Tomaszem, ojcem jej Wacława, uspokojona, podtrzymana na duchu , pewna swojej decyzji  napisała ciepły list do rodziców, uzasadniając  swój krok.

Zapraszała ich na ten ślub, licząc , że może wyślą chociaż jakiegoś delegata.

Wszak jej rodzina była tak liczna i wiele osób już było pełnoletnich , więc daleka podróż nie byłaby problemem.

Zresztą deklarowała, że przyśle pieniądze na bilety kolejowe.