Opowieść Sylwestrowa ( 10 )

PB162212.JPG

Poznań. Widok z ul Roosvelta, z chodnika najbliższego torów kolejowych. Od prawej- kino Bałtyk , potem  początek ul . Grunwaldzkiej i dalej w lewo- tereny Targów z charakterystyczną „wszystkowidzącą „wieżą…  zdj zrobiłam w 2008r.

 

 

Tymczasem w tym samym  1965 roku, gdy doznałam pierwszego w życiu Olśnienia które pozostawiło Wielkie Zauroczenie T. , nieubłaganie zbliżała się matura. Podjęłam decyzję studiowania w Poznaniu. Chęć leczenia a co za tym idzie medycyna od wczesnych lat  mnie pociągała, pewnie częściowo z powodu chorób moich starych rodziców, bo byłam ich dzieckiem późnym powojennym. Może już urodziłam się mając w sobie  pragnienie by nieść pomoc innym. Wszak Tata lubił doradzać w sprawach medycznych ( jeśli coś nt. wiedział, bo wszak był tylko inżynierem ) ale jeśli nie to, zawsze  wykazywał empatię i wielką opiekuńczość.  

Teraz dodatkowo Akademia Medyczna nabrała kolorytu poprzez znajomość z Tomaszem, wszak był jej studentem. I oczywiście wybrałam Poznań nie tylko z powodu dobrego dojazdu, w przeciwieństwie do Szczecina i niewielkiej wprawdzie, ale znajomości tego miasta z czasów kiedy to wożono mnie do ortodonty, raczkującej wtedy specjalności. Biedny dr Święcicki, miły blondynek nabiedził się z moim zgryzem, a ja skutecznie unikałam noszenia aparatu. Nabiedzili się też rodzice, bo jednak trzeba było pociągiem z Gorzowa z przesiadką w Krzyżu spędzać w pociągu ponad 4 godziny i tyle samo z powrotem.

         Muszę się przyznać , że wybrałam Poznań, także z powodu Tomasza.

 Maturę na szczęście przefrunęłam gładko. Uczyłam się dobrze a i jej formuła po raz pierwszy była skrócona. Zamiast 7 chyba przedmiotów zdawało się tylko trzy. Polski matematyka i wybrany dodatkowy. Kamień spadł mi z serca, że odpadła historia. Nawet niektóre jej fragmenty mnie ciekawiły, ale te wszystkie królewskie koligacje itp. to był gąszcz nie do zapamiętania. No cóż, już kiedyś się przyznałam, że bozia nie obdarowała mnie talentem bycia znawcą historii. W dodatku czytając te historyczne opracowania miałam nieustanne wrażenie, że ktoś kto to zapisał, nie był obiektywny. I pomimo tego, że żył w tamtych czasach  patrzył na to wszystko swoimi oczami, bo tak w końcu jest. Bo tak naprawdę jest to co widzimy….Widzicie jak się tłumaczę , zawsze warto mieć jakieś usprawiedliwienie dla swoich niezdolności czy nieumiejętności. Łatwiej się żyje…:)

      Tuż po maturze znalazłam się w Poznaniu na kursie przygotowawczym do egzaminów na AM. ( wtedy Akademia Medyczna, teraz Uniwersytet Medyczny) . Z tego powodu  nie byłam na balu maturalnym. Wprawdzie mogłam wyskoczyć do G. ale tak naprawdę nie poszłam na ten nieszczęsny bal, bo zawiódł P. K. Gdy nauczyciele powiedzieli, że możemy kogoś zaprosić, nie polegając na szkolnych kolegach, nikogo, z którym chciałabym spędzić ten czas nie było w pobliżu. I wtedy  Mama wpadła na pomysł , by zaprosić P., syna Jej jeszcze wojennych przyjaciół . Takich na śmierć i życie. Więc czemu nie  P.?  Przecież był mi jak Brat, nigdy inaczej Go nie postrzegałam. Dużo czasu spędzaliśmy razem w czasie wspólnych rodzinnych wakacyjnych wyjazdów. Zaproszony ,  potwierdził, ale niebawem odpisał, że jakieś czynniki wyższe nie pozwalają mu opuścić Warszawy. Przełknęłam łatwo, tym bardziej że i tak nie miałam ochoty na takie imprezy. Tylko dobrze, że żadnej kreacji jeszcze nie miałam. Napisałam kreacji, i od razu się uśmiechnęłam , bo przypomniałam bal maturalny najstarszej wnuczki, a było to chyba w 2010 roku, kiedy olśniewające iście hollywodzkie suknie dziewczyn porażały. Ileż te mamuśki musiały na nie wydać kasy. Moja Weronika kupiła sobie sama ładną, stosunkowo niedrogą kieckę, którą pewnie sponsorowali dziadkowie. Wyglądała świeżo i zachwycająco.  Moja ew. „ kreacja” balowomaturalna pewnie miałaby być zwykłą sukienczyną. Więc i lepiej że nie byłam na swoim balu maturalnym.

Pewnie dlatego zapamiętałam studniówkę,. I pamiętam jakby to było dziś kolegę z klasy, R.M. , który poprosił mnie do tańca. Miał wprawdzie jarzące oczy  ale deptał po palcach. Ładny był z niego chłopak, wysoki, smukły z wielkim poczuciem humoru , błyskotliwym umysłem, lubiliśmy się na co dzień. Ale niestety taniec nam nie wychodził.  R.M.  długo potem oznajmił, że się we mnie beznadziejnie kochał, czego nijak nie widziałam. Może to go paraliżowało, a ja nie byłam na tyle ambitna, by się nim wtedy zająć, poprowadzić w tańcu. Potem sobie gdzieś poszedł….Teraz mam o to do siebie żal. Ale wtedy człek inaczej myślał. Jak mawiają, gdyby wróciły dawne czasy ale pozostało dojrzałe myślenie wszystko byłoby może inne.

Tak moje chłopaki, wnuki, pomimo tego, że teraz każdy tańczy jak chce, jeśli się nie ma tańca we krwi, warto się uczyć tzw. tańca towarzyskiego bo wtedy życie jest łatwiejsze.

Zostawiałam więc tamtego chłopaka i  wdałam się w pląsy z J.K.

Na swoich płaskoobcasowych a właściwie bezobcasowych czarnych butkach, uczepiona ramienia J.K., wyrośniętego już z licealnego pierwszoklasowgo małego tłuścioszka mknęłam chyżo po obwodzie parkietu aż falowała moja plisowana spódnica i pewnie młodzieńczym potem znaczyła się biała bluzka.  Nie wiem czy ktoś z młodych teraz wie jak wyglądała taka spódnica. Może wie, nie wiem, ale jakoś nie widuję takich obfitych gęsto zebranych w pasie materii zaprasowanej w równe drobne fałdki.

Nt. potu jeszcze jedno. Otóż , wyobraźcie sobie moi młodzi, że w naszych młodzieńczych czasach nie były nam znane  dezodoranty. Człek się tylko mył, potem w celu zahamowania wydzielania potu ( bo przecież nie dla zapachowego odświeżania, bo mydło wtedy chyba śmierdziało)  pocierał pachy tymże mydłem . Wtedy też nie goliło się włosów pod pachami

( nie było tej wysoce higienicznej mody). Nie goliłyśmy też nóg,  co upodobniało nas do sarenek. I tu odezwał się bardzo stary , brodaty i posiwiały już  Kawał właśnie z czasów gdy przyszła moda na likwidowanie owłosienia w miejscach widocznych i niewidocznych , poza głową oczywiście. Kawał mówił tak :” -Pani ma nóżki jak sarenka.- Z powodu że zgrabne ?- Nie, z powodu, że owłosione.”  Miałyśmy więc nóżki sarnie, chociaż zdecydowanie mniej owłosione na szczęście. Ale na pewno zgrabne.. Teraz czytam z niejakim zdziwieniem, że  znane nawet w  świecie aktorki czy celebrytki, postanawiają nie usuwać żadnych włosów z własnego ciała. . Chcą powrotu do natury. Może więc nasze czasy, pachowoowłosione ,  nieśmiało wrócą. Nie jestem przekonana że tak się stanie. I raczej nie chcę….  

     Pogadałam, bo miła Z.Cz., pomimo że trochę ode mnie młodsza w komentarzu napisała, że chce takich obrazków ze wspólnych czasów…i ja je przywołuję z przyjemnością. Tamto gorzowskie, zawarciańskie LO, duża sala z podestem i fortepianem jakąś muzyką, której zupełnie nie zapamiętałam ,  przyjemnością, że nie sieję pietruszki i powiewem znad naszych pach. Bo i chłopaki pociły się niemiłosiernie….Tak było, kochani….

    Podawszy te tematy oboczne wprawdzie, ale wprowadzające w klimat naszych lat 60 ubiegłego wieku, wracam do poznańskiego kursu przygotowawczego na egzaminy w AM, którego byłam uczestniczką w tym 1965 r.   Kochałam Poznań , to miasto było już częściowo obłaskawione z powodu wcześniejszych moich tam bytności. Ale dopiero teraz głębiej i szerzej zaglądałam  poza ścisłe Centrum miasta, w obrębie którego  poruszaliśmy się z rodzicami wcześniej. Więcej się dowiadywałam, otwierałam szeroko oczy na świat, świadomie, często krytycznie .

A Poznań był w owych czasach miastem niezwykłym, jedynym takim wśród innych szaroprzaśnych. Może miasta portowe były mu równe, nie wiem, bo chyba wtedy nie bywałam w Trójmieście, czy Szczecinie. To tu , w Poznaniu odbywały się słynne Targi, które były otwartym  oknem na  Wielki Świat skąd wiał wiatr świeży i jasny. Gdy odbywały się owe słynne Targi, nagle przybywały wielkie tłumy  ludzi. Większość mówiła w nieznanych nam, nierozpoznawalnych nawet językach. Byli inaczej niż my ubrani, mieli piękniejsze cery i zadbane lśniące włosy , jasne, radosne, przyjazne oczy . A na parkingach i przy ulicach przylepiały się nigdy nie widywane wytworne samochody.

Ale nawet poza czasem Targów, miasto było piękne, dobrze „wywietrzone „ ze starego zaściankowego kurzu, zawsze pachnące czystością i świeżością pomimo tego, że dostojne  monumentalnokamienicowe.

    Dla mnie, nieodrodnej córki kolejarza,  dodatkowym urokiem było urocze  przecięcie Poznania na pół przez tory kolejowe biegnące poprzecznie od wschodu na zachód . Gdy się najeżdżało pociągiem od strony Krzyża, stacji przesiadkowej z Gorzowa, po lewej pobliskie ciemnoszare jakby omszałe budynki Uniwersyteckie zapierały dech. Zawsze tak miałam, wypatrywałam ich , niezależnie od liczby przyjazdów do tego miasta. Potem był okazały dworzec kolejowy i marsze ulicą biegnącą dołem  w stronę Uniwersytetu  albo wysoką Roosvelta, zdobywaną przez wspinanie na schody wiaduktu.  Ulica ta dalej biegła wzdłuż torów. Magiczne jest to zespolenie miasta i moich ukochanych torów z pociągami pędzącymi w świat daleki. Geny Taty tu ożywały i czułam jak we mnie pulsują. Zawsze tak jest.

     Gdy przybyłam  na wspomniany już kurs przygotowawczy do egzaminów na AM ,  ulokowano nas na Winogradach. Chyba dopiero wtedy zauważyłam piękne wzgórza wypiętrzające się nad miastem a na nich osiedle.  Jadąc w tamtą stronę, zwykle tramwajem. mijało się mroczną Cytadelę. Oj, jakie skojarzenia przychodziły z samą już nazwą. Tramwaj się wspinał  wolno na zbocza wzgórz, trasa była tak malownicza, że mam ją jeszcze w oczach. Pięknie są położone te poznańskie Winogrady. I nawet rozrzucone na szczycie wzgórz niewysokie ale klockowate budynki Akademii Rolniczej nie szpeciły. To właśnie tam byliśmy zakwaterowani a zajęcia odbywały się nie wiem gdzie. Pewnie poniżej, w obiektach  Akademii Medycznej . Tak, jednak tam, teraz widzę jasno. Jak miło wysilać umysł, by coś wydobyć z jego zda się zamkniętego wnętrza….

     Pomimo panującego pomiędzy nami chłodu czy tylko milczenia, jednak spotykaliśmy się z T. Niestety z rozpędu użyłam liczby mnogiej, chociaż te dwa kolejne spotkania  to już liczba mnoga, prawda? To było nasze przedostatnie spotkanie, o czym jeszcze nie wiedziałam.

Umówiliśmy się, pewnie jak zwykle listownie via mój adres gorzowski na spotkanie w Poznaniu . Przypominam nieustannie, że wtedy, w tym 1965 r,  telefony były rzadkością , a Internet  i smartony nieznane. Wy, młodzi z pierwszej połowy XXI wieku nie możecie sobie wyobrazić, że tak może być. Urodziliście  się z komórkami w dłoniach i jakże inny jest Wasz świat. Ale nasz tamten, młodzieńczy też był piękny, szczególnie oglądany z perspektywy łaskawego czasu który zatarł to co nieprzyjemne a ocalił piękno. Miło tak wspominać….

     Oglądam teraz  zdjęcie , które zrobiłam  w 2008 r,, bez statywu więc nieco pofałdowane światłami, ale dla mnie miłe. Wtedy to  korzystając z jakiegoś kongresu pediatrycznego w Poznaniu urozmaiciłam go podróżą sentymentalną. Na tym zdjęciu  po lewej widać wieżę Targów Poznańskich po prawej kino Bałtyk z barem  na rogu, gdzie czasami chodziłyśmy z Moniką na piwo, gdy już byłam studentką. Napisałam z rozpędu, że czasami, pewnie byłyśmy tam ze dwa razy, gdy chciałyśmy podkreślić swoją osiemnastoletnią dorosłość niezależność, fantazję i pozorne umiłowanie bylejakości. Monika, rodowita poznanianka, była wtedy moim guru i miała fantazję którą mnie zarażała. Więc szłyśmy na piwo śmiejąc się, że siedzimy w drugim rzędzie za plecami stałych rezydentów baru ( można sobie wyobrazić jakich, bo niewiele się różnili od obecnych) . Może to nie śmieszne, ale nas to bawiło, że jesteśmy takie cool ( jakby teraz nas nazwali młodzi). Ot, taka fantazja, taki  szpan ( określenia z naszych czasów). W tym samym kompleksie budynków gdzie Bałtyk, tylko już przy Grunwaldzkiej mieścił się mój ukochany od dzieciństwa sklep z ołówkami Koh-i-Noor, których zapach czuję nadal…

       I właśnie w tym miejscu, gdzie  Roosvelta z Grunwaldzką się wita mieliśmy wyznaczone z T. spotkanie.  To tu wysiadłam z pięknego zielonego tramwaju, którym to sfrunęłam z Winogradów i przeszłam na stronę gdzie Targi, które właśnie się odbywały.  Jakoś nie przypominam sobie innego uczucia, np. zazdrości, że ludzie tak mają, tylko radość, że ich oglądam , pewnie też zadziwienie , że są kolorowymi zagranicznikami ( tak się mówiło na wszystkich, którzy mieszkali za granicami naszego kraju,  szczelnie zamkniętego- niewyobrażalne dla Was młodych, prawda? te zamknięte granice- lepiej żebyście się nigdy nie dowiedzieli).

…Ale tym razem było inaczej. Cały ten barwny świat się rozmył, był tylko niewyraźnym tłem, wydało się, że ulica jest pusta a na niej tylko moje Wyczekiwanie, oczekiwanie na spotkanie z T..

Umyłam się starannie, wyczesałam . Włoski  półdługie, równo obcięte nosiłam i  były już   symetrycznie  rozłożone od środka skąd spływały naturalnymi falami.  ( teraz mi przyszło porównanie ze spanielem,  ale przecież spanielki są urocze, prawda?).  Pomimo, że włosy miałam ciemne z natury,  od pewnego czasu namiętnie je brązowiłam korą dębową i dosmaczałam  zapachem tataraku. Wtedy pewnie były  na rynku jakieś farby, ale ja uwielbiałam zanurzać głowę w misce napełnionej wywarem z tych roślin .

Jeszcze wtedy nie było popularne jak teraz, noszenie w mieście spodni, chyba że wycieczkowo, więc spódnicę z jedną fałdą brązową założyłam i pewnie tę samą co w czasie poprzedniego poznańskiego spotkania z T. bluzkę z mięciutkiego weluru , leciutko zbluzowaną z delikatnym jedwabistym ściągaczem dość wysoko na biodrach. Miała kolor rozbielonego kogla- mogla. W dolny narożnik trójkątnego dekoltu bluzki wpisywał się znakomicie niewielki wisiorek. Był piękny. Jak dobrze, że wszystko opisuję, bo dopiero teraz wydobyłam go z pamięci.  Otrzymałam go od przyjaciółki Mamy. Był tam orzech włoski pozbawiony skorupy, pomalowany na brąz i zamknięty w delikatnej obudowie z dwóch paseczków miedzianych, wszystko zawieszone na miedzianym łańcuszku. Może nie miedzianym, bo nie brudził skóry, jak to ma w zwyczaju miedź.

     Tak więc czułam się „ światowa”, taka jak tamci ze zgniłego Zachodu. Tu przypomniałam sobie opowieść mojej ukochanej Pani Profesor Wyszyńskiej. Gdy wracała z jakiegoś zjazdu, wtedy tylko ona wyjeżdżała za granicę, pytali ją jak tam zgniły Zachód. Odpowiadała, że gnije, owszem gnije ale jak pięknie pachnie. To nie żarty, ale w naszych czasach komunistycznych mawiało się : był na zgniłym Zachodzie. Tym się różniliśmy, musieliśmy się jakoś  różnić , bo wg propagandy ówczesnej byliśmy po prostu lepsi. W żadnym razie nie  „ gnijący”. To oni „gnili” .  Propaganda , zniekształcanie rzeczywistości, tendencyjne zakłamywanie,  pranie mózgów to była domena komunistycznego „ wychowania”. Straszliwy czas przyszedł, że teraz wraca z nachalnością zdwojoną. Strach się bać. Bezsilność z mdłościami….

      Może czułam się” światowa” idąc na spotkanie z  T. chociaż podejrzewam, że bardziej  nieświadoma własnego uroku, bo któż nie jest uroczy w niepełnej 18 wiośnie życia, przemaszerowałam z przystanku zielonego tramwaju na tę stronę Grunwaldzkiej, gdzie Targi.

Tam się umówiłam z T.

Chyba nie czekałam długo, bo wkrótce nadszedł. Do tej pory widzę jak idzie swoimi dużymi spokojnymi krokami od Roosvelta . Smukła, jakby samotna stale, sylwetka z czarną gładko uczesaną czupryną zawijającą się nieco nad czołem. Był wytworny, nie wiem co miał na sobie w czasie poprzedniego spotkania, ale teraz wpadłam w zachwyt.  I wtedy wszystko co napisałam poprzednio nagle zbladło, cały ten dookolny światowy blichtr .

T. był urodziwy, przystojny, ale teraz widziałam tylko Jego marynarkę.  Od razu spostrzegłam, że ją wcześniej już zdjął , bo ciepło czerwcowe panowało ,  i zawiesił, nie zarzucił tylko zawiesił tylko na jednym ,  lewym ramieniu. Patrzyłam i wpatrywałam na to zjawisko, styl myśląc pewnie lub nie myśląc wtedy, ale myśląc teraz : Elegancja francja, albo angielski luz, nonszalancja i niedbałość w jednym . To było znakomite. Tym bardziej, że nigdy przedtem nie widziałam nikogo, kto tak by nosił  marynarkę. Zarzuconą na dwa ramiona, to i owszem, ale na jedno?

Tak bardzo mi się to spodobało, do tego stopnia spodobało , że od tej pory zaczęłam uwielbiać duże marynarki takie unisex i gdy zdejmowałam,  uwielbiałam zawieszać je  niedbale na jednym ramieniu. Śmieszne, prawda? Zresztą muszę przyznać , że takie marynarki nadal uwielbiam, ale już dawno nie zarzucałam na jedno ramię. Jak dobrze, że sobie o tym przypomniałam.:), muszę się poprawić i wrócić do tej mody, którą mnie zaraził T. albo nie wrócić 🙂

   Wreszcie T. do mnie podszedł, pewnie nie zauważył zachwytu i właściwej przyczyny tego zachwytu.  Bo mój zachwyt był niemy, zatrzymałam go w środku, by dopiero teraz o nim , tamtym sprzed półwiecza, napisać . Wreszcie napisać.

I na tej szerokiej pięknej ulicy, gdzie zielone tramwaje ją ozdabiały i zagraniczne samochody było nasze spotkanie i Jego propozycja byśmy poszli do jego domu. Byłam ufnym dziewczęciem. Zresztą byłam w Niego wpatrzona , był mi jak duce . Myślę teraz, że chyba jednak wspomniał, o tym że w domu  jest Jego Siostra, więc pewnie to dodało mi animuszu. Jak tam było naprawdę , można jedynie snuć przypuszczenia, ale faktem jest że się zgodziłam i tak powoli jak zwykle zmierzaliśmy w kierunku gdzie mieszkał.

A mieszkał niedaleko, dobrze pamiętam tę niewielką, kameralnie położoną ulicę i dużą piękną starą kamienicę . Oczywiście teraz pewnie bym jej nie poznała, bo może obraz który jest we mnie ubarwiłam i jakoś przekształciłam. Wydaje mi się, że weszliśmy na  1 piętro po czym w prawo . przez bardzo wysokie drzwi do mieszkania.  

Siostra okazała się przemiłą dziewczyną, wyluzowaną pogodną i uśmiechniętą.

Od razu poczułam jak opuszcza mnie iście kościelne nabożeństwo i staję się zwykła. Przysiadłyśmy na jakiejś kanapie ustawionej po lewej stronie pokoju i gadałyśmy . Nie wiem o czym, ale mile wspominam tę dziewczynę. Tomasz najpierw stał nieopodal, opierając się o stół tylko się nam przypatrywał. Nic nie mówił, zresztą pewnie nie dałyśmy Mu żadnej szansy. Bo kto ma szansę by coś wtrącić, gdy gadają dziewczyny?  Innych mebli, poza stołem i kanapą nie pamiętam. Teraz żałuję, że się nie rozejrzałam,  bo pewnie były tam piękne stare poznańskie meble, ale byłam dziewczyną a nie starą babcią jak teraz. No, niezupełnie starą , ale babcią J. Po chwili T. chyba się znudził i gdzieś wyszedł. Wspomniałam Jego siostrze, że dostałam od Niego piękną pachnącą hiacyntową pocztówkę . Odparowała, że należała do niej, a brat  zabrał. Od razu odparłam  że ją odeślę bo byłam honorowa. Momentu, kiedy tę moją ukochaną już pocztówkę wysyłałam z Gorzowa, nie pomnę. Ale na pewno tak od razu postanowiłam.

Po pewnym czasie wrócił T. , wyszliśmy i chyba nie odprowadzał, a może odprowadzał na przystanek tramwajowy.  Pożegnania nie pamiętam, pewnie było zwykłe do widzenia, czy jakoś tak. I sobie poszedł.

Po chwili stał się tłem jak cały ten tłum a mnie pożarł zielony tramwaj i powiózł na równie zielone Winogrady….

 

PB162212.JPG

 Jeszcze raz to samo zdj z czołówki. Bo je lubię…..

Powrót do Japonii. Wodne ciekawostki.

ladyinanonsen.png

„Pani w Onsen”. Z Wikipedii.

 

 

Nieomal na palcach wyszłyśmy z japońskiej sypialni, Stefan zasunął drewniano pergaminowe drzwi i wróciłyśmy do rzeczywistości.

Dalej miało być zwykle, tak jak u nas. Ale jakże się pomyliłyśmy. Dalej czekały nas niespodzianki. Pomimo tego, że od tamtej pory minęło już kilkanaście lat i wiele tu się zmieniło, nadal byłybyśmy zdziwione tym co zobaczyłyśmy.

   Gościnny Gospodarz zaprowadził nas tym razem na górę i pokazał łazienkę.

Mówił, że to drugie po sypialni ołtarzykowej najważniejsze miejsce w domu. Japończycy uwielbiają wodę i kąpiele. Myją się najpierw poza wanną pod prysznicem lub kranem a dopiero potem, już detalicznie wyszorowani wchodzą do wanny. Kąpiel w brudnych mydlinach to dla Japończyka wzór barbarzyństwa. Woda w wannie powinna mieć ok. 45 stopni. W wannie przesiadują godzinami. Żona Stefana ponadto uczęszcza do łaźni, w naszym mniemaniu by oszczędzić własną wodę, a może po prostu tak lubi. Łaźnie publiczne powstały w Japonii w 1591 roku, kiedy to Słowianie chyba nie grzeszyli umiłowaniem czystości. W Kraju kwitnącej Wiśni  łaźnie spełniają także rolę klubów towarzyskich. Są to miejsca spotkań i wodnych rozkoszy. W łaźniach spędzają wspólnie czas ludzie pracujący w jednej korporacji. Tam pękają jakieś bariery, tworzą się więzy międzyludzkie i ponoć potem praca przebiega  w dobrej atmosferze. Jedynie w tym miejscu można wszystko powiedzieć szefowi. Chociaż, ostrzegał Stefan gdybyśmy chciały przenieść ten zwyczaj do naszej ojczyzny- szef jest też tylko człowiekiem i bywa, że dobrze pamięta to, co usłyszał w niby luźnej atmosferze. Nam to nie groziło, bo trudno sobie wyobrazić wspólne kąpiele ze współpracownikami. Ale różne zwyczaje do nas docierają, więc może i ten kiedyś przyjdzie. …

      Tak sobie gawędząc , jeszcze o gorących źródłach nad Pacyfikiem, do których wybierają się rodzinnie, obejrzałyśmy jego wannę , która była jakby zwykła. Trochę  intrygował umieszczony obok niej pulpit z  mnogością różnych tajemniczych przycisków. Nawet nie próbowałyśmy pytać o funkcje, bo i tak ogarnięcie tego przekraczało nasze trochę zmęczone japońską wyprawą umysły …  i wtedy Stefan zaproponował skorzystanie z toalety…oczywiście chętnie przystałyśmy, bo już była na to pora. 

Powrót do Japonii. Tajemnicze posążki.

SAM_9304.JPG

 

 

Po obejrzeniu  najstarszego kompleksu świątynnego w Kioto, powędrowałyśmy w dół alejkami wiodącymi  zboczem góry. Traf chciał , że skręciłyśmy w  zacienioną dużymi drzewami,  bardzo zieloną ścieżynkę poprzeczną.

I nagle ujrzałyśmy po lewej stronie, nieco powyżej dróżki, ustawione linijnie tajemnicze podobne do siebie posążki. Nie były zupełnie maleńkie, jak pomnę, to miały chyba z 60 może 80 cm wysokości. Myślałyśmy, że jest to może jakiś stary cmentarz. Ale jak doczytałam później, Japończycy w ponad 98 % kremują swoich zmarłych i umieszczają w grobowcach. Grobowców tych nigdzie nie widziałam, bo czasu było mało na detaliczne zwiedzanie.

     Ale za to w Kioto , nieomal u podnóża góry, spotkałyśmy te posążki przed którymi stanęłyśmy z Kaśką zaintrygowane. I teraz oglądam to zdjęcie z moich japońskich zbiorów. Czytam też sobie w necie, zainspirowana też niedawno przeczytaną książką. I znajduję odpowiedź. I jak zwykle w takich sytuacjach stwierdzam, że warto  długo żyć, bo zawsze jest coś nowego.  Tak, to na pewno były  posążki bóstwa. Jizo..

      Ponoć można je znaleźć w każdym miejscu Japonii. Jizo jest bardzo ważnym,  drugim po Kannon bóstwem buddyjskim w Japonii. To  patron noworodków i dzieci nienarodzonych, ale też wędrowców i kobiet ciężarnych. Posiada właściwości magiczne i moc spełniania życzeń. Czytam, że Japończycy często ubierają te posążki  w czerwone peleryny, fartuszki czy nakrycia głowy by tak wyrazić swój szacunek i chęć opiekowania się nimi.

      W książce „ Japoński Wachlarz”, która sprowokowała mój powrót do Japonii ( oczywiście zdjęciowo- wspomnieniowo- wirtualny),  Joanna Bator opowiada o pewnej  wyprawie z japońską przyjaciółką. Któregoś dnia poprosiła ona panią Joannę, by jej towarzyszyła w  podróży do miejscowości, gdzie znajdował się  posążek, symbolizujący jej usunięty płód. Oznajmiła , że właśnie jest rocznica  aborcji, na którą się zdecydowała. Mówiła o tym jak o sprawie zwykłej, bez śladu wstydu czy choćby zażenowania. Gdy dojechały na miejsce,  Japonka wyjęła z torby dziecięce ciuszki i najzwyczajniej w świecie starannie ubierała tę swoją figurkę Jizo. Oznajmiła, że co roku ofiarowuje jej nowe  ubranko . Żaden z obecnych tam Japończyków nie był zainteresowany, nie podglądał. Żadnego zbiegowiska. Najwyraźniej nikogo to nie dziwiło, oczywiście poza Polką- autorką książki .

Bo Jizo w Japonii jest „patronem usuniętych podczas aborcji embrionów lub urodzonych , martwych dzieci. Po takim zabiegu kobiety często kupują kamienny posążek Jizo , który ma postać małego dziecka. Po roku zmienia się szaty i stawia dookoła małe kolorowe wiatraczki.     

 Wg mitologii japońskiej, matki powinny się modlić o ich reinkarnację a nie opłakiwać w samotności. Bo bez pamięci, modłów i obrzędów matki, ich zmarłe dzieci znajdą się w piekle . Będą tam zmuszone nieustannie budować zamki z piasku, stale niszczone przez demony.  Jizo jest jedynym ratunkiem dla tych dzieci, pociesza je i ułatwia ponowne narodziny.

W Japonii jest odbywana specjalna ceremonia ( mizuko-kuyo), która ma ułatwić nienarodzonym reinkarnację. Składa się wtedy dary dla świątyni i ofiarowuje nowe szaty dla Jizo…. „Kaplice i posągi Jizo „są rozsiane po całym kraju, stoją czasem na skrzyżowaniach dróg i mostów”.

    Ponoć w Tokio można obejrzeć cudowny posąg , zwany „ Uciekający Jizo” lub „ Jizo Spełniający Życzenia”. Wg legendy, ten posąg miał naturę wędrowca i często uciekał ze świątyni w dalekie kraje. Dlatego też ludziska rozpoczęli obwiązanie go sznurkami z równoczesnym wypowiadaniem życzeń. Wtedy splątany sznurkami posąg, nie mając wyjścia, musiał spełniać te prośby , a gdy życzenie się realizowało,  wyplątywano go ze sznurka. Jednak coraz więcej życzeń których bóstwo nie nadążało spełniać, spowodowało, że jest stale obwiązywany wielką ilością sznurków . Stale zapętlony, ostatecznie  zaprzestał ucieczek. Biedny zapracowany Jizo.

      Do Tokio nie dotarłyśmy, ani też nie zauważyłyśmy posążków Jijo na skrzyżowaniach dróg. Prawdę mówiąc nie wiedząc o takich zwyczajach, po prostu tego nie wypatrywałyśmy. No cóż, 7 dniowy pobyt w Japonii, łącznie z czasem kongresu, był za krótki by obejrzeć więcej. To było tylko takie liźnięcie, posmakowanie, ale za to jakże intensywne…

       I teraz rozmyślam nad tym, czy my, Polacy, narazilibyśmy się na taką śmieszność i odwiedzali np. symbol swojego usuniętego płodu. Myślę, że nie.  A może jednak?

Przychodzi do mnie obraz uroczystości religijnych , których kiedyś byłam obserwatorem,  a nawet czasem  uczestnikiem.

To koronowanie świętych obrazów, zdejmowanie korony i nakładanie innej, zakładanie sukienki Matce Boskiej na obrazie, posągi niesione w procesjach , wstęgi, aureole, śpiewy, dymy…To przecież nasza rzeczywistość. Może to wszystko jest  potrzebne człowiekowi. Tak po prostu- potrzebne?

     Czyż nie jest fajne to japońskie wplatanie w szarość zwyczajnego życia wiecznie żywego świata mitów, wyobraźni bajkowej.  Taki posąg wiecznie oplatany sznurkami, czy ubieranie posążków poświęconych swoim zmarłym i stawianie wiatraczków przed posążkiem Jizo własnego usuniętego płodu?

Jakże głębokie jest i mądre jest takie myślenie o własnym nienarodzonym dziecku, pamięć o nim. Może to bardziej przemawia do mózgu matki , że płód to dziecko, a aborcja jest złem? Nie system zakazów i nakazów, jakiś prac sejmu, ustaw.

Po prostu włączone takie myślenie kobiet….

Jak na razie u nas nikt na to nie wpadł, ale może kiedyś. Wszystko jest możliwe…

 

JizoKamuraśw.Hasedera.jpg

Zdjęcie z Wikipedii. Takich Jizo nie widziałam…