Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Posłowie do ” Alfabetu…” które napisał Z. Trziszka

Posłowie do tomiku Zenona Łukaszewicza pt „ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd. Oficyna Wydawnicza „ Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993 napisał Zygmunt Trziszka. Oto cała treść….

 

 

Posłowie

 

 

W czasach tego strasznego bezhołowia , gdy już nie wiadomo czy spośród żyjących pisarzy mamy wyłącznie samozwańców, gdy nie ma na lekarstwo prawdziwej beletrystyki , a o krytyce literackiej nie ma już nawet co wspominać – pojawia się na  rynku „ wolnym” książka Zenona Łukaszewicza.

    Jego książka „ Mój alfabet albo…” jest książką niezwykłą z kilku powodów. Zenon Łukaszewicz krytyką literacką zajmował się całe życie , a przy tym ułatwił poprzez mądre doradztwo ulokowanie się paru pisarzom na polskim Parnasie. To była i jest prawie Instytucja Kulturalna, ale z usposobienia człowiek mówiący wyłącznie prawdę w oczy nie ma łatwego życia ani w komunizmie, ani w postkomunie, ani u „ leberałów”. Ci ostatni przez jakiś czas zabiegali o jego teksty w „ Gazecie Nowej”, ale jakoś się zmiarkowali , że są to teksty „ antysystemowe” w ogóle . Szuka się przyczyn , czemu Zenon Łukaszewicz nie pasuje do żadnego układu i ktoś sobie przypomniał , że dla „ chleba panie” pracował w pismach dawnej nomenklatury , która i dzisiaj jest na dobrej pozycji . Nikt nie chce pamiętać , że jedyny Łukaszewicz przez całe życie pozbawiał wszystkich grafomanów ( bez względu na czerwoną maść) dobrego samopoczucia , że znał miejsce Kajana i Koniusza, że Izy K. nie widział wśród literaturorobów . Dużo by o tym mówić – ale o tym wszystkim jest ta książka.

      „ Mój alfabet albo…” bardziej jest z potyczek wzięty aniżeli z „ sylabizowania alfabetycznego”. To po prostu książka prezentująca „ krytykę żywą” w znaczeniu wziętym z nomenklatury Leopolda Buczkowskiego. W tym przypadku na zasadzie „ uderz w stół”, na bodziec krytyka reaguje krytykowany , niejeden grozi sądem albo sądem bez kryminału , to znaczy vice versa.

       Zresztą niestosowne są te wszystkie moje skłonności do prześmiewstwa , które zresztą nigdy nie obejmowało Zenona Łukaszewicza , bo to mój najprawdziwszy literacki  ojciec chrzestny , który wywiódł mnie na wolność twórczą z domu gorzowskiej niewoli , gdzie patent na pisarzy władze partyjne przyznawały wyłącznie Morawskiemu i Ankiewiczowi . Prawa tego nigdy też nie otrzymał Zenon Łukaszewicz , który pojawiwszy się w stołecznej Zielonej Górze jako człowiek utalentowany , skazywany był przez różnych mocodawców słowa na dolę murzyna . Dosłownie.

    I tak by było po dzień dzisiejszy , gdyby nie ukazanie się tej książki . To rzeczywiste lustro przechadzające się po  gościńcu , gdzie pełno brukowców zamiast książek . Gazety , brukowce to już domena innych.

    Książka ma dodatkowy walor- staje murem przy kulturze narodowej w krainie Oderlandzkiej . Trzeba sobie i z tego zdawać sprawę , bo my tu oparci o Odrę zrobiliśmy sporo dla sprawy tożsamości tego narodu , a Zenon Łukaszewicz był pierwszy wśród tych , którzy nie znosili literatury koniunkturalnej , tępił zaprogramowane przez mecenasów ludnościowe integracje , fikcyjne , urodzone wyłącznie w ich mózgach . Niżej podpisanemu też potrafił wynaleźć sporo takich kartek , a tym samym pozwolił ocknąć się i nie brnąć w schematy.

    Moim zdaniem ta książka zadziwi Warszawę i „ warszawkę”, jedna przyzna się do zadziwienia , inna zbagatelizuje , dopytując czy to Łukaszewicz z tych Łukasiewiczów.

     Niech ta krytyka niezależna od nikogo toruje drogę literaturze polskiej , która przyjdzie po obecnym piśmiennictwie polskojęzycznym.

                                                                  Zygmunt Trziszka

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Jak wykreowałem Zygmunta Trziszkę.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Stamtąd jest ten tekst,

JAK WYKREOWAŁEM

ZYGMUNTA TRZISZKĘ

 

    Autora wielu interesujących tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , poświęconej tzw. tematyce zachodniej , zaliczanego przez krytykę , z Henrykiem Berezą na czele , do głównych przedstawicieli nurtu wiejskiego polskiej literatury współczesnej , poznałem w 1961 roku w Gorzowie . Redagowałem wówczas gazetę zakładową „ Stilon Gorzowski”, starając się o otwartą formułę pisma na problemy całego miasta , zwłaszcza wiele uwagi poświęcając wydarzeniom kulturalnym . Gazeta była kolportowana przez kioski „ Ruch” i nie miała wtedy oczywiście żadnej konkurencji , gdyż tygodnik „ Ziemia Gorzowska” zrodził się dopiero po 1975 roku.

      Nie zaniedbując tedy problematyki stricte fabrycznej , starałem się wraz ze społecznym zespołem zaistnieć w życiu społeczno – kulturalnym Gorzowa , publikując m.in. recenzje Zdzisława Morawskiego pod pseudonimem Z. Rawskiego , teksty miejscowych dziennikarzy- profesjonalistów z oddziału „ Gazety Zielonogórskiej” , żeby przykładowo wspomnieć Henryka Ankiewicza czy Stanisława Fertlińskiego , dziś zielonogórzan . I pewnego dnia – nie pomnę już w jakich okolicznościach – poznałem Zygmunta Trziszkę , który wraz z żoną pracował w szkole podstawowej w podgorzowskiej Kłodawie . Trziszka zrobił na mnie duże wrażenie , z różnych powodów. Nie wspominam już tego , iż to nazwisko kojarzyło mi się z zabawną czeską komedią filmową „ Kłopoty referenta Trziszki „  , ale głównie dlatego , że poznałem człowieka niewątpliwie impulsywnego , o okropnych manierach , usposobieniu choleryka , aczkolwiek przy tym wytwarzającego wokół siebie jakby aurę typowego „ homo ludens”, w całej swej wiejskiej krasie i prostocie . Zaproponowałem mu współpracę z gazetą i nawet coś w niej wydrukował . Ale bliżej poznałem go nieco później.

      Otóż właśnie wówczas w Gorzowie powstał ośrodek Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy , działający pod egidą Związku Młodzieży Wiejskiej. Zygmunt Trziszka został jego przewodniczącym . Ujawnił swoje talenty prozatorskie oraz umiejętności organizacyjne . Postanowiliśmy, że wspólnie wydamy jednodniówkę KKMP jako dodatek literacki „ Stilonu Gorzowskiego”, dając jej tytuł „ Nadwarcie”.

      Przed opisem realizacji tego zamysłu chciałbym jednak wyjaśnić , skąd w Kłodawie znalazł się Zygmunt Trziszka . Otóż przyszły pisarz , urodzony w 1936 roku w Wełdzirzu w dawnym województwie stanisławowskim , po wojnie wraz z rodziną znalazł się na Ziemi Lubuskiej . Matka i młodszy brat do dzisiaj mieszkają w Lubsku , on zaś- po ukończeniu zielonogórskiego Studium nauczycielskiego – pracę znalazł właśnie w Kłodawie . Wraz  z żoną mieszkał w zaniedbanym , nie ogrzewanym zimą domu , mając za sąsiada człowieka niezbyt sympatycznego , pracującego jako sprzątacz  w gorzowskim szpitalu psychiatrycznym.  Ta kłodawska wegetacja jawi się dziś pisarzowi jako koszmarne wspomnienie , głębokie pasmo cienia . Jednak niezwykle mocny instynkt witalny rodził w nim potrzebę ucieczki z tego wątpliwej jakości azylu , rodził przeczucie potrzeby pisarskiego powołania i wyrażenia osadniczych wspomnień i wyrwania się w środowiska  o większym intelektualnym i głębszych aspiracjach artystycznych . Otóż myślę , że taką pierwszą próbę dojrzewania ludzkich i pisarskich imperatyw była działalność Trziszki w gronie ludzi , stawiających dopiero pierwsze kroki w literaturze , a także – ów zamysł wydania jednodniówki , o czym wcześniej wspomniałem.

       Po przełamaniu wielu barier biurokratycznych i uzyskaniu niezbędnych funduszy udało nam się wreszcie w grudniu 1961 roku wydać” Nadwarcie”, odnotowane zresztą później w wielu publikacjach prasoznawczych.  Na czterech stronach niewielkiego formatu zdołaliśmy pomieścić sporo różnych tekstów . Zygmunt Trziszka , poza informacyjnym komentarzem na temat działalności ośrodka KKMP , opublikował opowiadanie „ Jesień” oraz ponureskę

„ Smak Pióra”, Henryk Ankiewicz wydrukował jedyne chyba w swoim dorobku opowiadanie „Kosmata łapa” oraz reportaż „ Listy miłosne mordercy”, niżej podpisany- młodzieńcze opowiadanie „ Rozmowa przy kratach”. Nie poskąpiliśmy miejsca dla poetów in spe . W jednodniówce znalazły się wiersze Andrzeja K. Waśkiewicza , Wincentego Zdzitowieckiego , Czesława M. Czyża, Floriana Nowickiego , Jadwigi Wawrzyniak i Tadeusza Mazura. Całość wzbogaciły piękne fotogramy Waldemara Kućki , szata graficzna była całkiem niezła. Ta inicjatywa została przychylnie przyjęta , przygotowaliśmy się do następnej, ale życie pokrzyżowało plany i nic z tego już chyba nie wyszło.

       Zygmunt Trziszka , sądząc po jego samopoczuciu , zyskał wówczas potwierdzenie własnych możliwości pisarskich . Gdy podczas pobytu w Zielonej Górze dowiedziałem się , że WK ZSL poszukuje dziennikarza z wiejskim rodowodem do redagowania zielonogórskiej mutacji poznańskiej „ Gazety Chłopskiej” , niezwłocznie powiadomiłem tym Zygmunta, zwłaszcza iż czekało również ładne mieszkanie . I tak w 1962 roku pisarz przeniósł się do Zielonej Góry , gdzie bliżej zaprzyjaźnił się z Andrzejem Waśkiewiczem , wydając potem wspólne publikacje pt. „ Dojrzewanie”, czyli sylwetki zasłużonych działaczy ruchu ludowego na Ziemi Lubuskiej . Trzy lata później w LSW ukazał się debiutancki zbiór opowiadań Trziszki pt .” Wielkie świniobicie”. I tak to się zaczęło…

     Pisarz jedną ze swoich późniejszych książek eseistycznych nazwał „ Podróżami do mojej Itaki”, wykazując serdeczne związki , jakie połączyły go z Ziemią Lubuską . A mnie, podczas nieczęstych spotkań , nazywa swoim kreatorem , co brzmi prześmiewczo, w stylu Trziszkowatym . Ale prawdą jest też , że przypadek losu zetknął nas i mogłem mu w jakimś małym stopniu dopomóc , na miarę własnych możliwości , choć nie wszystko bezkrytycznie oceniając, co potem napisał i wydał.

       Toteż , jeżeli trudno określić czas i miejsce stworzenia świata przez Pana Boga , to łatwiej precyzyjnie umieścić w czasie i przestrzeni narodziny pisarskie Zygmunta Trziszki.

 

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zygmunt Trziszka.

Z tomiku Zenona Łukaszewicza pt. ‘ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd. Oficyna Wydawnicza „ Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993

                            

                                         

                                   Zygmunt Trziszka

 

 

     Postać barwna , malownicza , z usposobienia choleryk i impetyk , ekstrawertyk. Zadebiutował prozą w dodatku literackim „ Nadwarcie ”  w 1961 roku. Te nasze początki znajomości opisałem zresztą w tekście drukowanym poniżej.

     Po przeprowadzce do Zielonej Góry Trziszka początkowo wraz z Andrzejem K. Waśkiewiczem pracował w oddziale poznańskiej „ Gazety Chłopskiej”, potem przeniósł się do ówczesnej „ Gazety Zielonogórskiej”, drukując w niej wiele reportaży. Niestety pisarz nie mieścił się w tej żurnalistyce , zwłaszcza iż –  jak to wspomina do dziś – pozostawał w nieustannym konflikcie z red. Ankiewiczem , który apodyktycznie usiłował  podporządkować sobie nowego dziennikarza . Toteż Trziszka po pewnym czasie zwinął manatki i wyjechał do Warszawy, gdzie pracował w różnych redakcjach , zwłaszcza pism ludowych , gdy od dawna był członkiem ZMW i ZSL. Skłóciwszy się z ruchem ludowym , został przygarnięty przez Włodzimierza Sokorskiego do pracy w „ Miesięczniku Literackim”, w którym był aż do likwidacji pisma . Obecnie –  wraz z kolejną żoną i dziećmi – mieszka na Ursynowie i rowerem dojeżdża do pracy za Wisłę po półmilionowy zasiłek dla bezrobotnych. Nie zdziwiło mnie więc zanadto , że całkiem niedawno pojawił się w Zielonej Górze jako…kandydat na posła z ramienia Stronnictwa Narodowego . Przyjął jego ofertę kandydowania , którą wcześniej odrzucił Zbigniew Ryndak . Niestety , nie odniósł jak wiadomo sukcesu…

     Zygmunt Trziszka, repatriant z województwa stanisławowskiego , absolwent opolskiej WSP i członek ZLP od 1968 roku , jest autorem kilkunastu tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , mocno korzeniami związanej z Ziemią Lubuską , z okresem pionierskiego osadnictwa i zagospodarowywania tej ziemi , z przemianami jakie dokonały się na niej w latach powojennych . Nie jest to  , niestety , proza wysokiego artystycznego lotu . Więcej w niej socjologiczno – obyczajowych i psychologicznych obserwacji , aniżeli walorów stricte literackich . Takimi świadectwami artystycznych porażek , wynikających być może także i z tego , że autor pisał pod z góry założone tezy , są tomy opowiadań : „ Wielkie świniobicie”

( Warszawa, 1965), „ Żylasta ręka ojca” ( Poznań, 1967) i „ Dom nadodrzański” ( Łódź, 1968) . Następne książki , jak powieści „ Romansoid” ( Warszawa, 1969) , czy  „ Happeniada” ( Kraków, 1976) to utwory , w których do głosu dochodzi groteskowe widzenie rzeczywistości , pobrzmiewa w nich ton gombrowiczowski . I tutaj Zygmunt Trziszka okazuje się pisarzem oryginalnym , dojrzałym , interesującym. Walcząc z tzw Warszawką , pracowicie , z chłopskim uporem doskonali swój warsztat pisarski , prowadząc zarazem życie intensywnie towarzyskie i bogate emocjonalnie . Gdy opuszczał Zieloną Górę , wraz z nim wyjeżdżała Wanda Witter , lekkoatletyczna , która została później  pisarką i urodziła  mu córkę . Po pewnym czasie znalazł inną wybrankę , z którą ma obecnie dwóch synów. Córka miała ostatnio jakieś powiązania z narkomanami , wezwany więc na pomoc ojciec naurągał policji z właściwą sobie porywczością , przez co został w „ Gazecie Policyjnej ” opisany jako pisarz- kryminalista . On jednak nie poddaje się ciężkim próbom losu . Wystąpił z hukiem z

„ neo-zlepu” i założył Związek Pisarzy  Polskich . Związek został zarejestrowany, ma swój statut.

       Niemniej wzruszający jest sentyment pisarza do Ziemi Lubuskiej . W 1980 roku w LSW wydał tom reportaży pt. „ Podróże do mojej Itaki”, poświęcony naszemu regionowi . Inną jeszcze, ważną publikacją w jego dorobku , jest książka zatytułowana „ Mój pisarz”

( Warszawa, 1979) , zawierająca szkice poświęcone kilku wybitnym intelektualistom , bliskim autorowi . Napisał ją jednak „ na klęczkach”, przeto bardzo krytycznie i ironicznie oceniłem ją w „ Nowych Książkach”. Wówczas wydarzyła się rzecz śmieszna . Po lekturze recenzji Trziszkę zaprosił do siebie  ówczesny sekretarz NK ZSL, pisarz Józef Ozga- Michalski i powiedział  :     Kolego, ostro was krytykują, krzywdzą . Należy wam się stypendium . I Zygmunt stypendium otrzymał . Więc jak tu nie wierzyć w potęgę recenzentów!

     W ostatnich latach Zygmunt Trziszka był zafascynowany twórczością Leopolda Buczkowskiego . Poznał osobiście jego życie , zainteresowania , pracę. W wyniku tej zażyłości powstały dwie książki , z których szczególnie ta druga – „ Żywe dialogi”

( Bydgoszcz, 1989) – jest niezwykle wartościowa . Zygmunt jest również autorem monografii zmarłego wybitnego pisarza.

      Pisarz z „ pustyni ursynowskiej”,  jak określa dzielnicę swego zamieszkania , sprawi nam zapewne jeszcze niejedną  niespodziankę swoimi następnymi książkami . Choć powstaje pytanie, kto  je mu opublikuje . Chyba , że napisze ostry , kryminalno- sensacyjny utwór i złagodnieje w tym ścieraniu się z nową rzeczywistością . Spokornieje . Ale tu, znając go dobrze od wielu lat, mam niejakie wątpliwości.