Opowieść Sylwestrowa (3)

LeśnyZamekStarezima.jpg

Stara pocztówka z netu….w 1890 roku wzniesiono w Bierutowicach obecnie Karpacz Górny, dom wczasowy początkowo zwany Villa Austria, potem Waldschloss. a w naszych czasach w naszych czasach Leśny Zamek. W dali Śnieżka.  Tam przyszło moje pierwsze zauroczenie…

 

Jak już wspomniałam, idąc w górę Karpacza czyli Bierutowic przechodziliśmy obok Leśnego Zamku. I któregoś dnia usłyszeliśmy anielskie pienia dobywające się z jego wnętrza. Śpiewały dziecięco kobiece głosy a wtórowały im basy. Stawaliśmy słuchając, bo muzyka była piękna i niezwykła w tym miejscu.

Wielkimi krokami zbliżał się Sylwester i wtedy nasz opiekun powiedział, że zabawa odbędzie się w tym Leśnym Zamku, ale dzień później, bo termin Noworoczny już zajęty. Na pocieszenie oznajmił, że będą się z nami bawili uczestnicy obozu poznańskiego  chóru Kurczewskiego. Nie zrobiło to na nas wrażenia, bo te cienkie głosy należały do chłopców. Słyszalne basy w czasie naszego zachwytu nie przyniosły refleksji, że mogą tam być też dorośli. Dopiero gdy znaleźliśmy się we wnętrzu Leśnego Zamku dzieciaków ani na lekarstwo, natomiast zobaczyliśmy grupę dorodnych młodzieńców.  Naszym dziewczynom zapaliły się oczy. Zagrała kapela i pary ruszyły w tany.

Ja już na początku imprezy zauważyłam, że leci mi krew z nosa. Byłam do tego przyzwyczajona  bo w tych latach zresztą jak i późniejszych często dopadała mnie ta przypadłość. Usiadłam więc w głębi sali, przy barierce oddzielającej ogromy parkiet i strefę stolików i trzymałam  przy nosie wielką chustkę. Siedziałam sobie spokojnie , beznamiętnie słuchając muzyki i od czasu do czasu zerkając na parkiet.

I nagle zobaczyłam spoza chustki jak samotnie idzie przez parkiet najprzystojniejszy z tych młodych. Był wysoki, szczupły, lekko przygarbiony z gładko uczesaną czarną czupryną . Kątem oka go obserwowałam i ze zdumieniem stwierdziłam, że młodzieniec ów wyraźnie zmierza w stronę naszych stolików. Obejrzałam się i stwierdziłam , że siedzi za mną kilka ładnych koleżanek. Więc od razu pomyślałam, że On zmierza do nich.

Jakież było moje zdziwienie, gdy wyhamował przede mną.  Zobaczyłam wielkie zielone oczy ładną twarz i uroczy trochę nieśmiały a może tylko tajemniczy uśmiech. Chłopak ukłonił się i  zaprosił do tańca. Nieporadnym ruchem pokazałam, że muszę mieć przy nosie tę chustkę. Nie zraził się, bo i tak ją musiał widział, gdyż pewnie jaśniała z daleka czarując krwistymi plamami . Spokojnie powiedział, że to nic, zaraz mi to przejdzie a on poczeka. Posiedzieliśmy chwilę po czym spróbowałam przestać uciskać skrzydełka nosa, odjęłam chustkę i o dziwo już nie krwawiłam.

I wtedy poszliśmy na parkiet. Tańczył wspaniale. Płynęłam w jego ramionach po raz pierwszy tak. Bo nie mogło się to dać porównać z tańcem z moim Tatą, który uczył mnie pierwszych tanecznych kroków ani z tańcem z kolegami z klasy na szkolnych potańcówkach. Byłam pod silny wrażeniem tego tańca i uroku chłopaka. Widziałam, jak zerkają na nas zaciekawione koleżanki z obozu, a szczególnie te starsze. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że zazdroszczą. Powiedziały mi o tym dopiero później, z niejakim podziwem, że ja zawojowałam najprzystojniejszego. A cóż to było za zawojowanie. To był tylko zawrót głowy….

 

Opowieść Sylwestrowa (2)

 

LeśnyZamekStarezimaNiemieckie.jpg

Pocztówka z netu….Leśny Zamek w Bierutowicach,,,widok z trasy do Świątyni Wang. Niewidoczny Karpacz w dole….

 

 

 

Karpacz powitał nas kopnym śniegiem wielkim mrozem i pokonał urodą. Był i jest położony w Sudetach i wspina się przez wiele kilometrów po ich zboczach, co stanowi widok malowniczy. Jego górna część w tamtych latach była zwana Bierutowicami.

Zamieszkaliśmy w jednym z domów wczasowych mniej więcej na początku Bierutowic i codziennie łaziliśmy w górę, a to do Świątyni Wang, a to na Śnieżkę i jeszcze nie wiem gdzie. Przechodziliśmy obok wyniosłego, widocznego z dołu obiektu, Leśnym Zamkiem zwanego. Zbocze nad którym górował oglądane z szosy spod naszego locum, było łysawe, ale teraz pokryte skrzącą śniegową pierzyną było urokliwe a pojedyncze świerki ubrane w śnieżne kombinezony przypominały tajemnych ludzi z kosmosu . Szosa biegła serpentynami a my szorowaliśmy buciorami po zlodowaciałym śniegu odkrywając małe strumyczki biegnące zboczem, które siłowały się z mrozem by nie zamarznąć. Szumu było przy tym co niemiara a i lśnień soplastych moc. Bo i słońce było z nami.

Jeszcze wtedy nie myśleliśmy, że napotykane obiekty zaprojektowali Niemcy i oni byli tu wieloletnimi mieszkańcami.

Takich myśli nie mieliśmy, ot, po prostu wszystko było  nasze. I góry z łagodnymi wierzchołkami i słońce i mróz i śnieg i nasza była młodość. Wtedy niedoceniana, właściwie nieuświadomiona.

Dopiero teraz czuje się jej smak. I dobrze że dopiero teraz czuje się jej smak. Że los dał, by można jeszcze czuć smak młodych lat, nie zatarł tamtych wrażeń w pamięci. Łaskawy los….

 

 

 

Opowieść Sylwestrowa w odcinkach.1.

9EF659A6.jpg 

Mam niewiele zdjęć z okresu dojrzewania. Tutaj jest jeszcze lato i moja 16 czy 17 wiosna- nie jestem pewna…dumam na ławce pod naszym domem przy ul. Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie…

 

 

Nasze dawne bale Sylwestrowe w Urzędzie Rady Ministrów, pałacyku Artystów Grafików przy Foksal, Pałacu Kultury i Nauki, Filharmonii , w Druskiennikach, Berlinie, Szczawnicy, Krynicy czy Karpaczu wreszcie pozostają tylko miłym wspomnieniem.

Dzisiaj, kiedy szaleństwa sylwestrowe już nas nie dotyczą , bo wszystko już było , uwolniona od gorączkowych przygotowań, rozsiadam się wygodnie i otwieram drzwi do krainy moich dawnych czasów, kiedy byłam młoda świeża i niewinna.

I oto z czeluści pamięci wyłania się jedyny taki, pierwszy mój sylwester sprzed 51 laty. Byłam wtedy w trzeciej klasie LO, co przy ówczesnym systemie edukacji równało się 17 wiośnie życia. Byłam dziwnie opóźniona w rozwoju. Na szczęście dotyczyło to tylko sfery męsko damskiej.  Do tej pory w ogóle nie interesowali mnie chłopcy. Gdy koleżanki zbierały fotosy aktorów i do nich wzdychały, ja zbierałam kamienie. Płeć męska wydawała mi się innym sortem, zupełnie odmiennym. Właściwie nie byli to dla mnie ludzie zwykli jak my, dziewczyny i nawet liściki miłosne na pierwszej licealnej zabawie nie wzruszyły mnie ani nie zainteresowały. Miałam nawet problemy ze zwykłą rozmową z chłopakiem z klasy. Nie wiem skąd to się brało, czy z wychowania w towarzystwie rodziców i bratanicy. Koledzy z ławy wydawali mi się niedojrzali, niepoważni, ot, gówniarze i tyle….może dlatego że moim zakochaniem był starszy o 13 lat brat, Zenon. Uwielbiałam go czekałam kiedy się zjawi w naszym gorzowskim domu, przyfrunie z Poznania gdzie studiował a potem z Wrocławia. Zjawiał się jak meteor, muskał zaledwie moją osobę wzrokiem, jakimś miłym słowem i pędził dalej goniąc za swoim życiem.

To tyle tytułem ogólnego wyjaśnienia.

Jak już wspomniałam na wstępie wydarzyło się to w ferie zimowe  przedostatniej klasy LO . Uprzedzam lojalnie, że ta opowieść nie będzie w żadnym razie pikantna, ani pewnie dla Was, Kochani interesująca. Ot, taka sobie opowieść babcina.

W tym 1964 roku pojechałam  na obóz zimowy. Lubiłam wyjazdy grupowe, chociaż ten nie wydawał się ciekawy, bo mieliśmy mieszkać w jakimś domu wczasowym w Bierutowicach obecnie zwanych Karpaczem Górnym. Lubiłam spanie w namiotach w leśnej głuszy, czy w  zabudowaniach obok starych tajemnych ruiniastych  pałaców jak w Brodach Żarskich czy w Nowym Mieście nad Pilicą gdzie bywałam na koloniach i obozach.  Jednym słowem najważniejsze dla mnie była niezwykłość miejsca. Jedynie łagodziła tę niechęć do lokum  nadzieja i ciekawość  spotkania z zimowymi Sudetami, górami których do tej pory nie miałam okazji poznać.  Pomimo niechęci pojechałam jednak tej zimy z grupą mało zaprzyjaźnionych osób, bo była to zbieranina z różnych klas, w tym koleżanki z ostatniej klasy LO, które traktowały nas, młodszych wyniośle….

 cdn.

Czas na życzenia…

 

 

PC250073.JPG

 

 

I czas Wigilii nadchodzi. Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Katary z Inowrocławia przywieźliśmy, ale to nic. Widać już nie powinno się wyjeżdżać o tej porze roku i w duże zgrupowania ludzi. Ale to tylko margines….

Dzień wstał, obok drzwi wejściowych do naszego domku kula zakupiona na Kujawach światłami błyska. Przypomina tamte ziemie, gdzie goni Mama się urodziła a Ona spędzała wakacyjny czas w Szymborzu. Bliskie są mi te Kujawy….

Ale to margines. Jak co roku zbierze się o 15 rodzinka. Oto ona na zdjęciu  grupowym z 2009 roku , kiedy to jeszcze dwojga wnucząt nie było na świecie, a Leza nie myślała o tym, że zostanie mamą żywiołowego Pola. Przesyt dań świątecznych spowodował przymus wyłożenia się na naszym legowisku. Fajne to zdjęcie….błogostan…

Barszcz już ugotowany. I kompot z suszonych owoców i mak zmielony trzykrotnie spoczywa w wazie razem z bakaliami. Ryby i sałatki przybędą z dziećmi. … Niedługo przyjdą starsze wnuki i będą choinkę stroiły. Na razie zdjęcie zeszłoroczne tu wrzucam z życzeniami dla Wszystkich którzy tu zajrzą. Niezależnie od poglądów politycznych, sympatii czy antypatii dziś jednoczmy się. Może stanie się cud zrozumienia Innego , porozumienia, może stanie się cud….

ŻYCZĘ WAM KOCHANI ZDROWIA MIŁOŚCI, DZIECIĘCEJ, RADOŚCI I DZIECIĘCYCH ZACHWYTÓW POMIMO TEGO, ŻE JUŻ DOJRZAŁOŚĆ PRZYSZŁA. A PRZEDE WSZYSTKIM SZCZĘŚCIA, BO MOŻNA MIEĆ WSZYSTKO I STRACIĆ PRZY BRAKU SZCZĘŚCIA….

SPOKOJU I SAMYCH DOBRYCH DNI W NADCHODZĄCYM NOWYM 2016 ROKU…

 

cyganie.JPG

Michałowice, 2009, zdjęcie robił Mirek, więc go tu nie ma. No i dwojga najmłodszych wnucząt bo jeszcze się nie urodziły. Nieodłączna Leza nie wie, że będzie mamą…..

Światełkowo….

SAM_2203.JPG

 

SAM_2372.JPG

Podziwiamy widok na Inowrocław z okna sanatorium Modrzew….i wychodzimy do parku,,,

 

 

Nie wiem czy już pisałam, ale nawet jeśli tak, to muszę się powtórzyć.

Uwielbiam długie mroczne jesienne poranki i wieczory czyli krótkie dni.

Fajnie mamy w naszej szerokości geograficznej, że  mamy wyraźnie różne pory roku, pomimo tego, że ostatnio jakby przenikające się. Na przykład dziś jakoś zapachniało wiosną….

 Ale przyroda się nie daje. Ma swój zegar biologiczny, ponoć  kieruje się wysokością słońca i zachowuje zieloność wiosenną i jesienną nagość.

Późnojesienne  krótkie dni to światła. Zapalają się wcześnie i kolorują, cieniują, ożywiają widoki w dzień monotonne i szarobure. Chyba że niebo się zdecyduje zagrać barwami i formami w dzień , ale to już inna historia.

Tak więc z przyjemnością zanurzam się w miasto które obmywają światełka , chowają brudki, różne liszajowate mury i nawet kominy nabierają uroku.

Oglądam zdjęcia Inowrocławia. Widok z okna, parkowe lampy i świąteczne ozdoby na mostku wiodącym do tężni przerzuconym nad jednym ze stawków.

O stawkach może będzie potem….

A na razie zapraszam na światełkową ucztę . Czuję, że łączą to co ziemskie z niebiańskim. Stąd już jeden krok do nieba….”światełka do nieba”….

 

SAM_2214.JPG

Aleją Parku Solankowego idziemy  w kierunku tężni….

 

SAM_2230.JPG

Obchodzimy staw by podziwiać światełka na mostku

SAM_2227.JPG

Mostek bliżej…

SAM_2221.JPG

Wracamy w kierunku Inowrocławia….tak wygląda mostek na stawie przed Bożym Narodzeniem….

SAM_2217.JPG

Żegna nas samotne światełko do nieba…..

Pogodniej o Inowrocławiu

SAM_2437.JPG

Istne cacko na Inowrocławskim Rynku

 

SAM_2450.JPG

Piękna kamienica, prawda?…Przy ulicy a właściwie uroczym deptaku Królowej  Jadwigi…tam zadziwiająca liczba sklepów z obuwiem ( chyba z 10) i złotem ( chyba 5)….

SAM_2456.JPG

Monstrualna poczta, ale super wygląda...

 

SAM_2448.JPG

W Inowrocławiu mieszkają weseli żacy….

 

Inowrocław powitał nas mgłami, które przyniosły nastrój smętny, refleksyjny i wspomnienia które zamieściłam w poprzednim wpisie.

Ale nazajutrz zrekompensował jesienną smutę feerią świątecznych świateł i zafundował nam wycieczkę do swojego serca. Wybraliśmy się więc na Inowrocławski Rynek, gdzie ładne XIX i wczesno XX wieczne kamienice, spiżowa Królowa Jadwiga kroczy wśród ludzi i witają metalowi weseli żacy.

Królowa Jadwiga w  2007 roku  została . wybrana patronką tego  miasta. I od tej pory ogląda mieszkańców z właściwą dla pomnika wyższością, chociaż nie jest posadowiona na postumencie a stoi bezpośrednio na bruku, pomiędzy pędzącymi ludźmi . Może się dziwi dokąd się spieszą i po co? Wszak i tak wszystko minie a zostanie tylko jej świętość. Bo jest  Świętą i pewnie dlatego  to ją wybrano na patronkę i opiekunkę. Miłe. Wiadomo, że  bywała tu często z  mężem, królem Władysławem Jagiełłą  który urzędował w inowrocławskim Zamku . A były to czasy gdy Krzyżacy buszowali na naszych terenach. Gdy miejscowa ludność przybywała do króla ze skargami na rabunki, grabieże, gwałty i mordy doświadczane przez tych zakonników, król zwracał się do Wielkiego Mistrza Krzyżackiego  z upomnieniem. Gdy ten wypierał się czynów jego kamratów,  królowa wypowiedziała prorocze słowa: „Jeszcze póki żyję, Bóg wzdraga się was ukarać za wszystkie popełnione przez was zbrodnie, jednak po mojej śmierci Bóg dłonią mego męża, króla Władysława, was ukarze i będzie to cios śmiertelny. Nigdy więcej nie odrodzicie się, plemię plugawe”. Zmarła młodo. I ta przepowiednia spełniła się w 1410 r. Tak ponoć opowiada piękna legenda „ O królowej Jadwidze i Krzyżakach”. …

I pomimo tego, że w tym mieście urodzili się królowie Polski : Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki pamięć o dobrej młodziutkiej i świętej Jadwidze jest stale tu najważniejsza.

W czasie tej miłej wycieczki na odległy o ok. 3 km od Parku Solankowego Rynek nie można nie dostrzec starego tramwaju. Jest tak jak pisała gonia „…no i w jednej z bocznych uliczek przy Rynku stoi tramwaj, którym jako dziecię jeździłam z dworca PKP do Szymborza, miejsca urodzenia mojej mamy, do rodziny brata i siostry mamy i tam część wakacji spędzaliśmy”.  Tramwaje już nie jeżdżą po Inowrocławiu. Żal. Dobrze, że chociaż zachowano ten jeden jedyny. Stoi sobie ten tramwaj na prawdziwych szynach i „płonie” tradycyjną czerwienią zamykając miniony  czas świetności , pewnie nocami wspomina  ludzi, których już nie ma  czy małe dzieci, które ze zwyczajną dziecięcą  radością wsiadały jadąc do babci i czekały kiedy zadzwoni i za chwilę ruszymy…..ach gdzie te czasy….

 

SAM_2438.JPG

 

SAM_2442.JPG

 

SAM_2441.JPG

Królowa Jadwiga jest wśród nas...oglądam z przyjemnością twarz tej rzeźby, ładna i uduchowiona .

 

SAM_2444.JPG

 

SAM_2443.JPG

 

SAM_2452.JPG

 

Inowrocław.

SAM_2185.JPG

Jedziemy autobusem do Inowrocławia. Mgła….

 

 

Przed 5 dniami poranek urodził się dziwnie mleczny. Skąpany w białym tumanie budził nieufność i lęk jak dojedziemy do tego wymarzonego Inowrocławia. Już dawno zarezerwowaliśmy dwutygodniowy pobyt kuracyjny w stosunkowo niedrogim Sanatorium o przepięknej szumnej nazwie Modrzew.

Gonia, nasza gorzowska przyjaciółka tak pisała, gdy się dowiedziała o naszych planach :

Inowrocław polecam bardzo
– Tężnie piękne, ale chyba o tej porze będą nieczynne

– Park Zdrojowy też piękny, kilka lat temu odnowiony, w centrum pomnik Królowej Jadwigi, grająca fontanna, ale zimą też nieczynna
– no i w jednej z bocznych uliczek przy Rynku stoi tramwaj, którym jako dziecię jeździłam z dworca PKP do Szymborza, miejsca urodzenia mojej mamy
do rodziny brata i siostry mamy
i tak część wakacji spędzaliśmy
na cmentarzu grób Papuszy.”

I jak było nie jechać tam gdzie rodzinne goni ślady i grób Papuszy, poetki przez wiele lat związanej z naszym Gorzowem … .

I było jeszcze coś co dominowało nad wyborem tego miasta, coś bardzo ważnego dla mnie , osobistego. Bo z tym miejscem są związane  wspomnienia mojego Taty. To właśnie tu zaczęła się wojenna gehenna moich Rodziców. Tata miał wtedy zaledwie 31 lat, piękną rodzinę – pięcioletniego synka Zenona, żonę która nosiła w łonie ich drugie dziecko i pracę na kochanej od dzieciństwa kolei. Po ukończeniu Szkoły Technicznej w Wilnie, tam pracował. I nagle zły los, albo raczej źli ludzie, to wszystko przekreślili…wiedziałam, opowiadał jak było, ale znalazłam Jego notatkę,  gdzie w wielkim skrócie spisał to, co się wydarzyło. Przepisałam. Te daty i przypisane im wydarzenia, lakoniczne słowa bez ozdobników, bez rozwinięcia,  krzyczą. Dla mnie są przejmujące. Wybrałam to, co mnie uderzyło :

Już w lipcu 1939 pracownicy kolei byli szkoleni w zakresie ochrony kraju, Tata został zmobilizowany jak żołnierz( kolejarze to służba mundurowa), dwa dni przed wybuchem wojny pojechał jakby na jej spotkanie. A potem aresztowany, wożony aż do Królewca- niezrozumiałe . Potem obóz, pasiaki………

A oto notatka Taty w całości.

„ – VII.1939 r. Wilno-

Pracownik Polskich Linii Kolejowych( PKP). Kurs szkoleniowy do ochrony kraju- naprawa torów

 – 30.VIII.1939 Wilno

Rozkazem wojskowym delegowany do Poznania –DOKP

 – 31.VIII.1939 Wilno

Wyjazd do Poznania

 – 1.IX.1939 Poznań

Skierowanie do Inowrocławia- ważny węzeł PKP

 – 2-6.IX.1939 Inowrocław

Naprawa torów kolejowych po bombardowaniu Niemieckim

 – 7.IX.1939 Inowrocław

Ucieczka- pieszo, wozem przed nacierającymi i bombardującym wrogiem w kierunku do Wilna- do rodziny- ciężarnej żony i 5-letniego syna

 – 11.X.1939 Prostki

Zostałem aresztowany przez niemiecką straż graniczną.

 – 18.X.1939 Olsztyn

Bez badania, po kilku dniach przewieziono mnie do Olsztyna i osadzono w pojedynczej celi.

Po sześciu tygodniach wywieziono mnie do obozu w Hohenbruch- nakaz aresztowania Heindriecha.

 – XI. 1939 Hohenbruch

Karczowanie lasów, oczyszczanie dróg z zasp śnieżnych

 – II. 1940 Królewiec

Z innymi więźniami przewieziono nas do więzienia w Królewcu.

 – III. 1940 Berlin

Z Królewca pociągiem zostaliśmy przywiezieni do Berlina- w podziemnych celach więzienia Moabitch  byłem kilka dni.

 – 30.III.1940 Sachsenhausen

Otrzymałem pasiaki i nr obozowy 17 887.

W obozie tym byłem do dnia 21.IV.1945- do dnia ewakuacji

Po marszu śmierci , zakończeniu wojny zostaliśmy uwolnieni przez wojska amerykańskie koło Schwerina.”

      Gdy czytam o tych losach Taty ,  nie wiem kto bardziej cierpiał. Czy On, czy moja biedna Mama.  Mama przez kilka lat w ogóle nie wiedziała co się stało z mężem. W lutym 1940 roku urodziła dziecko, któremu nadała imię ojca- Wacław. Mały Wacuś nigdy nie poznał ojca. Był mądrym nad wiek i dorodnym dzieckiem. Matka dwoiła się i troiła by wychować synów. Gdy Wacuś miał  4,5 roku w ciągu trzech dni zmiotła go czerwonka którą przywlekli Rosjanie, gdy wkroczyli po raz drugi na Wileńszczyznę. Dziecko umierało na tapczanie w domu, bez pomocy lekarskiej , której w czasie wojny nie było,  Mama leżała obok  i czuła jak nóżki synka stają się coraz bardziej chłodne ….

         Wybaczcie tę dygresję, nieco chaotyczne to wspomnienia, ale siedząc przy laptopie w tym mieście, nie mogę inaczej.

Tutaj wszystko to jest bardzo bliskie, tamten dawny czas wraca z łoskotem kolejnego pociągu mknącego torami pobliskiej magistrali kolejowej…

…i pewnie Tata tu zagląda z tamtego świata , bo drogi kolejowe i mosty ukochał od dzieciństwa , był im wierny do końca a wojenny Inowrocław odmienił jego życie, życie całej rodziny…..i na moim sercu i chyba w genach zostawił bolesny ślad, jak pieczęć…..

 

SAM_2207.JPG

 Widok z okna pokoju w Sanatorium Modrzew….

 

 

Oczekiwanie

Leonardo_da_Vinci_-_AnnunciazioneZwiastowanie.jpg

Zwiastowanie. Ponoć pierwszy obraz Leonardo da Vinci (1472-75)

 

 

Jeszcze Matka Boska jest w ciąży. Zadziwiająco ludzkiej jak na niepojęte Niepokalane Poczęcie. Od ponad 30 lat  wiem co czuła czekając na poród. Miałam tak cztery razy. I radość że dziecko porusza się w łonie i oczekiwanie na poród pomimo wiedzy o mającym nadejść bólu. Bo najważniejsze było spełnienie macierzyństwa. Przytulenie do pachnącego mlekiem oseska. Na krótko tylko , bo potem przychodziły problemy o których się nie myśli. Wtedy tylko przytulenie…..

Wybaczcie tę dygresję i niejaką butę porównania z tym co czuła Maryja. Może to nawet świętokradztwo. Mam nadzieję, że niebiosa w swojej łaskawości mi wybaczą.

Zwiastowanie pięknie przedstawił Leonardo da Vinci na swoim chyba pierwszym obrazie. Maryja na nim już raczej brzemienna dowiaduje się, że urodzi Boże Dziecię ….prawda to, czy legenda. Nieważne. Wiara to nie wiedza udowodniona, namacalna. Tajemne piękno wiary….

Dzisiaj jest taka pora Oczekiwania, czyli Adwentu. Jak co roku.

Lubię te krótkie  dni. Gdy  jesień zmęczona swoim złotym szałem zasypia.

Wtedy otulona ciemnością bezpiecznie przytulam się do świata. Nie jest już tak  jaskrawy, wyrazisty, drapieżny. Wydaje się daleko i właściwie jakby nie istnieje. I wtapiają się w mroczne tło wszystkie równie mroczne problemy. Polityka, rozmyślania co nas czeka i takie inne podniety zamierają. Jest ciepło i cicho.

     Pomaga mi w tym zapomnieniu codzienności powrót do obrazów i zapachów dzieciństwa.

I jestem w moim Gorzowie, gdzie przyszłam na świat. Właśnie nadchodzi tak jak teraz- Adwent. Piękna to i tajemna nazwa zaczerpnięta z łaciny. Oznacza zbliżanie się. Uwielbiam oczekiwanie, zawsze, do dziś. Jest ciekawsze i piękniejsze niż spełnienie. I dotyczy to nie tylko ważnych wydarzeń życiowych ale też zwykłych np. wycieczek. Te przygotowania, skupienia, wybory wciągają, pochłaniają myślenie. I zanim dojdzie do realizacji jest czas oczekiwania z możliwością  zmiany decyzji. Czyli istnieje wybór. A wybór to wolność. Potem przychodzi to, na co się czekało. I wtedy wszystko jest dokonane i jednoznaczne. Tak, zdecydowanie bardziej lubię oczekiwanie….Odbiegłam od tematu. A ta dygresja oczywiście nie dotyczy spełnienia macierzyństwa.Bo tego nie planowałam, nie dokonywałam wyborów, przyjmowałam z radością pomieszaną z pokorą….

I kiedyś dzieciństwo . Urok oczekiwania. Właśnie Adwent . Dziś już spowszedniały przez ponad półwieczne powtarzanie, chociaż stale miły. Adwent to roraty. Nie zwykła msza poranna, a właśnie patetyczna przez niezrozumienie  nazwa roraty. Potem będzie  wybuch Bożego Narodzenia. Radość przygotowań, zapach ciasta w domu, choinka ozdoby na niej, prezenty, żłobek i w nim mały Jezus  dopiero co urodzony… …Ale wtedy, w moim Gorzowie, gdy mam może 7 lat o tym nie myślę. W ogóle dzieci chyba mniej myślą o przyszłości, zastanawiam się dziś….

i  mam te 7 czy 8 lat gdy nadchodzi adwent i  wybieram się z naszego poprzedniego mieszkania przy ul. Kosynierów Gdyńskich na roraty. Chcę zmierzyć się z tą dziwną ostrą tajemną nazwą, tej mszy ciemnością i porannym dygotem wynikającym z wydobycia się spod ciepłej kołdry. Tak jak postanawiam, idę sama, odrzucając propozycję Mamy, że weźmie za rękę i pójdziemy razem. Nie chcę. Chcę sama. Pewnie taka zosiasamosia była ze mnie, myślę teraz. Ale może dzieci tak mają, tylko lęk dorosłych hamuje ich inicjatywę, właściwie podcina skrzydła. Mama pozwala bym poszła sama, tak jak na upragniony wyjazd kolonijny gdy miałam 6 lat. Wtedy też oznajmiła, że nie odbiorą w razie tęsknoty , ba, nawet nie odwiedzą. Oczywiście pojechałam i było super. Dziś trudno pojąć, że Mama się wtedy  godzi na moją samotną wyprawę do kościoła.  Przecież jestem ich późnym powojennym dzieckiem, wymarzoną córeczką Taty. To dzisiaj raczej niewyobrażalne by małe dziecko samo wyruszało w miasto. Chyba tamte czasy były jakoś bezpieczniejsze….a może były też niebezpieczne, ale wieści nie docierały tak szybko, bo przecież tylko radio, jakieś gazety o internecie nikt nawet nie myślał….

Opuszczam więc nasze mieszkanie przy ul Kosynierów Gdyńskich i zanurzam się w ciemność swojej uliczki odmierzając kroki na dużych granitowych płytach chodnikowych , potem skręcam w lewo gdzie ulica szeroka, wtedy zwana Wandy Wasilewskiej a teraz Sikorskiego. To nic, że nazwa ulicy stała się niepoprawna politycznie, ja jeszcze tego nie wiem. To nastąpi potem. Zbliżam się do wejścia do Parku Wiosny Ludów. W jego czeluści czarne parkowe drzewa wyciągają ku niebu nagie konary strasząc dziewczynkę. Ale się nie daję,  przekraczam mostek na szumną gorzowską rzeczką Kłodawką, z posadowioną na palach  wielką stodolastą kawiarnią  Wenecją zwaną. A potem przemykam pod ocalałymi z pożogi wojennej domami, nie patrząc na to, co po prawej. Bo po prawej mroczne ruiny spalonych kamienic. Ten pejzaż jest zwykły. Po prostu tak jest i tyle. Urodziłam się w takim mieście. Wszystko było zastane i dla nas, dzieci normalne.

Idąc tą pustą o świcie i wyczernioną krótkim późnojesiennym dniem ulicę nie myślę  o tym, że domy po jej prawej stronie zostały spalone dwa tygodnie po „ wyzwoleniu” przez sowieckich żołdaków. Nie myślę o tym, bo jestem za mała, by wiedzieć czy tym się interesować .

Jestem też za mała by zderzać się z wyobrażeniem, że tu wszędzie unoszą się duchy. Duchy dawnych mieszkańców, Niemców wypędzonych po II wojnie światowej, bo ich zwyrodniali władcy nabroili. Nie tylko władcy, oni nabroili gdy wznosili ręce w nazistowskim powitaniu i maszerowali ulicami tego miasta w zwartych szeregach Hitlerjugend w takt znanego marszu Landsberskiego kompozytora Carla Teitke..

Tak więc korzystam z niewinności, nieświadomości dziecięcej i brną szeroką czarną ulicą do Katedry. Już widzę zarys jej XIV wiecznego cielska z  wieżą przypominającą hełm jednookiego woja. Jest straszna, ale wiem, że tam , w jej wnętrzu czekają światła świec i  zapachy słodkie kadzideł  i ludziska już tam zmierzają po nadzieję na lepszy czas…Adwent, roraty to nazwy romantyczne, melodyjne nieznane wtedy tajemne . Ksiądz cały w fioletach intonuje po łacinie, bo wtedy tylko łaciny używa, „rorate cæli desuper”.  A potem śpiew narodu do nieba się wznosi, ludzie  śpiewają to samo , ale już po polsku –

                   „ Niebiosa, rosę spuście nam z góry;
                    Sprawiedliwego wylejcie, chmury.
                    O wstrzymaj, wstrzymaj Twoje zagniewanie
                    I grzechów naszych zapomnij już, Panie!….”

I zapalają się świece, każdy zapala i staje się jasność.

Wonna w mroku, pierwsza ,  jak wtedy wszystko …..

 

 

stare10.jpg

Tak było w latach 50 ubiegłego wieku, gdy miałam te kilka lat . Szłam do tej Katedry na roraty , a po prawej stronie ulicy straszyły ruiny niemieckich domów spalonych przez sowietów 2 tygodnie po ” wyzwoleniu”

 

 

Zdjęcie-0819.jpg

 

Gdy miałam 18 lat byłam już studentką AM w Poznaniu. Wtedy zostałam matką chrzestną córki kuzyna, Witka ( tego urodzonego na Syberii), Małgosi Łukaszewicz. Ojcem chrzestnym był brat Kazi, żony Witka. Małgosia  jest lekarzem w Australii. Lubię to zdjęcie. Powaga czułość i radość na naszych twarzach. Tylko skupienie na tym maleństwie. Bez myślenia co nas czeka. I dobrze….

 

 

przed porodem Justyny,IX.69.jpg

 Trzy lata później moje Oczekiwanie. Cud macierzyństwa. Bo dziecko to cud…Ostatni miesiąc ciąży z Justynką w brzuchu. Wtedy nie było USG, płeć dziecka nie była znana przed porodem….dużo się zmieniło….dzieci wyrosły, mają swoje życie. A nam zostają zdjęcia i przywołane nimi wspomnienia….magia….

      .   

Gorzów, Landsberg, ludzie we mgle…..

 

 

P1060002.JPG

Pani prezes Naszej Chaty a za nią podąża jej grupa wędrowców….goniu, mniemam, że wyrażasz zgodę na zamieszczenie tu tego zdjęcia….

 

koszry i katedra.JPG

Panorama Gorzowa, po lewej czerwony dach moich koszar. Widok z sąsiedniego wzgórza położonego na zachód od miasta.Od tej strony, chociaż nieco bliższej nadchodzi gonia. ( moje zdj z 2009 r.)

P1202192.JPG

Ze zbiorów michałowickiego minimuzeum Gorzowa ( eksponaty od goni i przez nią podpisane). Kamienie z dziedzińca koszarowego, gdzie dociera gonia ze swojego domu idąc na zbiórkę  turystycznej grupy- Naszej Chaty. Droga wiedzie zboczem wzgórza, magicznymi schodami i dalej w dół, pod pomnik Mickiewicza….

 

 

 

Jak opowiadałam przedtem, właśnie przebywam na emigracji wewnętrznej i dzięki temu swobodnie krążę po moim Gorzowie. Nikt mnie nie ogranicza, nie narzuca swoich  poglądów ani nie straszy przyszłością.  Jest pięknie tu, w krainie wiecznego dzieciństwa. Zapraszam do niej przyjaciół, spotykam dobrych znajomych. Spotykam tych, których lubię,

Oto pojawia się na horyzoncie gonia, widzę jej niewielką sylwetkę , wiatr figluje w jej świetlistych blond włoskach. Ofiarował  tę przyjaźń los, kierując mnie przed laty do portalu MM Gorzów, którego już nie ma, ale zostali dobrzy znajomi, których nigdy bym nie poznała, chociażby z  powodu różnicy wieku.

Gonia mieszka nieopodal mojej dawnej ulicy Orląt Lwowskich, ale za koszarowym wzgórzem. I dzisiaj lekka niczym ptak zbiega z niego jak co tydzień pod pomnik Mickiewicza, by spotkać się ze  grupą klubu Naszej Chaty , której jest prezesem i potem wędrować podgorzowskimi wzgórzami,  podziwiać urodę licznych  jezior pozostawionych przez lodowiec, zielonookich obramowanych rzęsami lasów……jak zwykle ma przy sobie aparat fotograficzny i potem wysyła mi zdjęcia. Wie jakie lubię, szczególnie smakowite są te na których  utrwala moje ukochane gorzowskie kąty . Zatrzymuje się na szczycie wzgórza pod dawnymi koszarami, gdzie teraz Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa.

Szkoła? Teraz jest tam jednak szkoła?

Tu się zatrzymuję i cofam w czasie. Bo wyczytałam w necie, że dawny burmistrz Landsberga ( obecnego Gorzowa) , Otto Gerloff, który sprawował swoją funkcję bardzo długo, bo w okresie 1915-1943 r.  proponował, by w latach 30 ubiegłego wieku na tym wzgórzu  wybudować właśnie szkołę. Jednak pomysł storpedowali nauczyciele, lękając się, że wiejące tu silne wiatry będą powodowały przeziębienia dzieciaków. Zabawne, prawda? Kto teraz tym się martwi? Na michałowickiej szkole strzelają w niebo jakieś masywne anteny przekaźnikowe i dzieciaki są osaczane niewidzialnymi ale na pewno wysoce szkodliwymi falami. Nikt się tym nie przejmuje….. jestem starej daty i widząc to, cierpnie mi skóra. Ale może przesadzam…..

Kończę tę dygresję, którą na pewno mi wybaczycie i wracam do Gorzowa .

Widzę jak gonia znajduje kamienie z właśnie rozbieranego dziedzińca koszarowego. Taszczy w plecaku i przywozi do mojego michałowickiego domku, gdzie tworzy minimuzeum gorzowskie. Na każdym litera k- co oznacza koszary. Widzę jak starannie  podpisuje …..

Gdy dzisiaj oglądam sobie  te kamienie nagle słyszę chichot. Rozglądam się, ale nikogo nie ma w domu.

I czuję, że znowu jestem w Gorzowie a właściwie w niemieckim Landsbergu. Są lata 30 ubiegłego wieku.

Z przyjemnością czytam to, co pisze Dariusz Barański w Gazeta. Gorzów cytując  zapiski Gerloffa ….

”  Landsberg, czyli nasz późniejszy Gorzów był miastem pięknym i wesołym. Stacjonowały tam liczne niemieckie wojska…”

„ Kiedyś do miasta przyjechał Erwin von Witzleben razem ze sztabem oficerów. Gościł na ratuszu i od początku miał dobre nastawienie do Landsberga. Jak sam opowiadał, przejeżdżał kiedyś przez miasto podczas manewrów i jego frankfurcki 8. pułk został bardzo serdecznie przyjęty przez mieszkańców, a gospodarz Piwnicy Rajców w podziemiach Sparkasse (dzisiejszy Urząd Miejski) przywitał go ze srebrnym kielichem wybornego wina. Powiedział sobie wtedy: ” Gdy tylko będę mógł o tym decydować, pierwszym miastem, które otrzyma garnizon, będzie właśnie Landsberg – miasto przyjazne”.

Gdy  von Witzleben został feldmarszałkiem, mógł urzeczywistnić tamto postanowienie. Nowe koszary miały powstać nieopodal starych. Ale wieloletni burmistrz Landsberga- Otto Gerloff miał inny plan lokalizacji. Gdy upadł pomysł wybudowania szkoły w jego ulubionym  miejscu na wzgórzu, wymyślił by tu posadowić nowe koszary.

      Właśnie dzisiaj na to landsberskie, jeszcze wtedy nagie wzgórze wieloletni burmistrz miasta- prawnik, historyk i regionalista w jednym-   Otto Gerloff   przywiódł  niemieckiego feldmarszałka- Erwina von Witzleben . I to oni chichoczą …

 „ jadąc na to wzgórze, przypomniał sobie opowieść o diable, który prowadzi na wysoką górę, by pokazać piękno tej ziemi”…….

”- Generał ujrzał na górze spory teren z pięknym widokiem na dolinę Warty.

Wróciliśmy bez słowa i dwa dni później dostałem list, że wojsko rezygnuje z rozbudowy starych koszar i dla dwóch batalionów będzie budować nowe nad Lugestraße ( obecnie Orląt Lwowskich )- wspominał burmistrz……i stało się. :

   To tyle na temat historii . I oglądam pocztówkę ze zdjęciem koszar z tego okresu ( Niemcy lubili pocztówki, na których dokumentowali najpiękniejsze widoki miasta, jest ich wielkie mnóstwo, na wielu są ludzie w strojach z epoki- cudne- żal, że teraz już tylko maile….). W koszarowych oknach piękne kwiaty  i hitlerowskie znaki nad wejściem…

A przecież i Gerloff i feldmarszałek pomimo tego, że byli aktywni i zajmowali ważne stanowiska w Rzeszy , byli przeciwni nazizmowi:  

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” . Ta struna fortepianowa mnie prześladuje, cóż za pomysł…..wyrafinowany, chyba długa śmierć, bo nie dochodzi do szybkiego przerwania rdzenia. I skojarzenie z tym narodem który kochał muzykę….brrr……..

Patrzę na zdjęcie burmistrza Landsberga- Otto Gerloffa.  Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do odejścia z urzędu . 1 grudnia 1943 roku  przestał być burmistrzem miasta . Później osiadł w Aschau Am Chiemsee (Niemcy), gdzie zmarł w 1956 roku.

Takie losy, ludzkie losy….dobrze, że człek nie zna przyszłości. Może żyć normalnie, nawet cieszyć się życiem. Tak, cieszyć się życiem, dopóki trwa…..

Ale dzisiaj jeszcze tamci  nie wiedzą co będzie dalej, nawet chyba nie myślą , najpierw chichoczą stojąc na nagim jeszcze wzgórzu, potem patrzą w dal gdzie połysk szerokiej Warty w  zielonej kwietnej  dolinie. I milczą zachwyceni…..

Gonia właśnie zatrzymuje się w tym miejscu gdzie stali, a teraz byłe koszary. Wyjmuje aparat, robi zdjęcia, potem  wysyła. Dzięki goniu, mówię…..

Mgła otula dolinę Warty, widać tylko piękne elementy, najbliższe………magiczne….mgliste…..tylko mgła……mgła otula horyzont i tamten czas….

koszary.jpg

 

Koszary w 1935 r, nazistowskie oznaczenia i kwiaty w oknach….stara pocztówka z Landsberga

 

Erwin vinWitzleben przed sądem po zamach na hitlera 1944.jpg

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” .

gerloff_otto.jpg

Otto Gerloff, burmistrz Landsberga w latach 1915-1943 r. Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do ustąpienia ze stanowiska/ Oba zdjęcia z wikipedii

101_3542_1280x960.jpg

Ozdobna barierka oddzielająca dawne koszary od stoku wzgórza . Nie ma już mojej kosodrzewiny, ale mgła jak kiedyś……Zdjęcie od goni.

101_3543_1280x960.jpg

 I widok w dół gdzie we mgle ulica  Bohaterów Warszawy, opasująca wzgórze i dalej moja dawna  wtedy Nowotki, a teraz Orląt Lwowskich…moje kosodrzewiny już umarły, ale i tak jest pięknie…..zdjęcie od goni

 

Na emigracji wewnętrznej….

stara poczt G. koszary.jpg

Tak wyglądało moje koszarowe wzgórze w 1935 r. . Schody, staranne nasadzenia młodziutkiej kosodrzewiny. Mój dom ostatni po lewej. Po wojnie, po prawej były ruiny wypalone przez Rosjan dwa tygodnie po „wyzwoleniu” miasta. Nie wiem, czy mam prawo pokazywać tutaj tą pocztówkę, ale co tam…..dziękuję za przysłanie mi tego zdjęcia R.M. 

 

Saperzy-ul. Estkowskiego.jpg

To samo wzgórze. Zdjęcie Taty, Wacława Łukaszewicza. Lata 50 ubiegłego wieku…..

 

 

Nie znana do tej pory gwałtowna totalna zmiana władzy w Polsce, poranne wiadomości w radio,  o tym co się wydarzyło w nocy. Wymiana kadr, nowe prawo. Nowi ludzie, chociaż znani z dwuletniego okresu poprzedniej władzy i z późniejszej działalności którymi  rządzi nieufność, podejrzliwość i jakieś dziwne teorie . Słuchając tego, nie sposób nie przyznać racji komuś, kto napisał, że  zamiast ciepłej wody w kranie zapewnianej przez poprzednie władze mamy wodę wrzącą. A to dopiero początek….Ponadto nasilenie terroryzmu na świecie…..ogólnie to, strach się bać- jak mawia gonia.

I dlatego wyłażę z tej oblepiającej matni i postanawiam udać się na emigrację wewnętrzną.  Tam jest zapewniona cisza , spokój i łagodność.  Zapraszam do tej podróży. ….nie trzeba wysiłku, pełen luz. W przypadku wygasania zainteresowania można po prostu wyłączyć komputer. I wszystko znika, nie istnieje. Czyż to nie jest prawdziwa wolność?

Biorę do ręki stary album , z czułością bo już dobrze znany , dotykany przez dłonie moich Rodziców i czuję ich obecność. Otwieram go jak drzwi do mojego świata. Jego  brunatne, chropawe, pachnące kurzem strony przypominają przaśne powojenne czasy kiedy to wszystko było takie- brudnobrązowe. Tam Tata wklejał zdjęcia i opisywał je pięknym starannym technicznym pismem . Tam jest zaklęta bezpieczna kraina dzieciństwa i wczesnej młodości. Tym bardziej bezpieczna i tym bardziej piękna, bo oglądana z dalekiej perspektywy czasowej. W takiej sytuacji wszystko jest wybielone, jakieś cienie czy niepokoje młodości a także drobne problemy, bo któż ich nie miał, odchodzą w dal. I jest tylko dziecięce zielone rozmarzenie.

Pewnie każdy ma takie wspomnienia i może teraz właśnie tam przebywa – w tamtych czasach i miejscach. Swoich, tylko swoich, najcieplejszych.

Może jednak oderwie się na chwilę i wpadnie z odwiedzinami tutaj, do  mojej krainy szczęśliwości. Zapraszam…..

        Nasza ulica  wtedy Nowotki, przemianowana dużo później na Orląt Lwowskich wspinała się na wzgórze. Jedno z najwyższych  gorzowskich . Bo Gorzów jak Rzym na siedmiu wzgórzach malowniczo się rozłożył opierając się o szeroką dużo szerszą od Tybru Wartę. I z dalekiej perspektywy wyglądał jak olbrzym leżący leniwie na boku przytulony do swojej rzeki.

Na szczycie naszego wzgórza  znajdowały się koszary do których wiodły piękne fantazyjnie zaprojektowane, zbudowane z przedziwnie ułożonej, bo równiutko pionowo czerwonej cegły o lśniącej polewie . Często  oglądałyśmy te cegły  bo takich nigdzie nie było i dotykałyśmy w czasie upalnego lata by poczuć ich chłodną miłą gładź. Aż dziw, że komuś się chciało układać je tak starannie, że w ogóle komuś się chciało. Te schody jeszcze są, choć ktoś im w wielu miejscach wybił zęby jeszcze urodą mogą zachwycać.

Zbocza wzgórza porastała kosodrzewina. Ileż krzewinek musiano posadzić, by pięknie pokryły nagie wzgórze. I pomimo tego, że już dawno kosodrzewina umarła ustępując miejsca dość wysokim drzewom liściastym ,  które same sobie wyrosły bo było im tu dobrze, wtedy i tam się zatrzymał mój czas.

W  żywicznym bardzo wonnym kosodrzewinowym gąszczu  hulaliśmy z miejscowymi dzieciakami, huśtając się na płożącym elastycznych gałęziach, kryjąc w zakamarkach i odkrywając co dalej .

Granicą naszego terenu zabaw była połowa wzgórza, gdzie planiści miasta  zaprojektowali platformę wypoczynkową.  Gnając pod górę, nagle w tym miejscu  hamowaliśmy, bo przychodziło  uczucie nieokreślonego niepokoju a nawet lęku. Tu wszystko wyglądało tak, jakby ktoś przed chwilą stąd wyszedł i niebawem wróci. W niszy , pod kosodrzewinową ścianą była nieczynna wprawdzie bezwodna fontanna o niskim obrzeżu a nieopodal  romantyczne betonowe przysadziste ławki tak posadowione, że umożliwiały siedzącym widok na bawiące się dzieci i daleką rozległą dolinę Warty. Wydawało się nam więc, że ktoś stamtąd wyszedł na chwilę,  że lada moment wróci, wyjdzie zza krzaków, że spojrzy wrogo. I powie, że to nie wasze, nie wasze rewiry. My tu jesteśmy….

 Tak, to opuszczone jakby przed chwilą miejsce relaksu  wydawały się nam nieprzyjazne, obce, nosiły ślady czyjegoś życia. Tam kryła się tajemnica, której nie znaliśmy a przeczuwaliśmy tylko. W tamtych czasach nikt o tym nie mówił, panowała jakaś zmowa milczenia nad niemieckim rodowodem miasta, a faszerowano nas  informacjami o jego polskim pochodzeniu.

Ale dzieciaków nie można oszukać. Wyczują fałsz na odległość. Mają jakieś własne bardzo czujne antenki wyłapujące kłamstwo dorosłych. Już zaczynaliśmy rozumieć, że ktoś tu kiedyś mieszkał i gdzieś wybył a my zjawiliśmy się jakby przypadkowo.

Tego nie odczuwałam przedtem bawiąc się na płytach dawnego cmentarza poniemieckiego rozrzuconych w krzakach parczku dotykającego ulicy Estowskiego i Kos. Gdyńskich. Pewnie dlatego, że jednak z biegiem czasu umysł dzieciaka się zmieniał, świadomość rosła i wyobraźnia też.

Byliśmy dziećmi  rodziców okaleczonych II wojną światową. Dzieci naznaczonych ich traumą z genami do których się wbudowała. Nasi rodzice próbowali posklejać swoje życie, zapomnieć o umarłych i żyć dalej. Ale jak to było możliwe, gdy rany świeże a dookoła nasilający się terror stalinowski. Nie wiem, jak to było możliwe. Ale jakoś to przetrwali , bo życie ma swoje prawa, czas trochę łagodzi ból a my dostarczaliśmy im zajęć. Tak, powojenne pokolenie dźwigało w sobie tragedie rodziców,  nosiło w sobie ich lęki , rosło karmione opowieściami  o minionych czasach spędzonych w innych częściach kraju, w górach czy na wileńszczyźnie, czy wreszcie na rodzinnych Kujawach. Usiłowaliśmy  zrozumieć świat.

I tak gdy miałam  10 lat i zamieszkaliśmy pod koszarami,  powoli  docierały  do mnie i do moich podwórkowych kumpli  dzieje Gorzowa, poniemieckiego miasta kiedyś Landsbergiem zwanego. Nie czuliśmy się tutaj pewnie, nie tak jak czułam się w naszych Beskidach, gdzie pradziadowie się rodzili i spoczywali w swojej ziemi. Mieliśmy podcięte korzenie, i jak przesadzone rośliny wypuszczaliśmy nikłe swoje korzonki, wczepiając się w tę ziemię ale

czuliśmy jak unoszą się nad nami i nad tym miastem  duchy poprzednich mieszkańców, chropawy ich język, ich miłości takie jak nasze, cierpienia i radości.  

Chociaż  nie widzieliśmy tamtych czasów, to w nas było, rosło i dojrzewało…. I wreszcie się dowiedzieliśmy jak było kiedyś , mówić już było wolno ale tamto kłamliwe milczenie  zostało. Pomimo tego wrośliśmy w nasze miasto w nasz Gorzów….udało się…..

 

 Zdjęcie-0776.jpg

 My, schodki, koszary w tle. Podpis w albumie ręką Taty……