Opowieść Sylwestrowa w odcinkach.1.

9EF659A6.jpg 

Mam niewiele zdjęć z okresu dojrzewania. Tutaj jest jeszcze lato i moja 16 czy 17 wiosna- nie jestem pewna…dumam na ławce pod naszym domem przy ul. Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie…

 

 

Nasze dawne bale Sylwestrowe w Urzędzie Rady Ministrów, pałacyku Artystów Grafików przy Foksal, Pałacu Kultury i Nauki, Filharmonii , w Druskiennikach, Berlinie, Szczawnicy, Krynicy czy Karpaczu wreszcie pozostają tylko miłym wspomnieniem.

Dzisiaj, kiedy szaleństwa sylwestrowe już nas nie dotyczą , bo wszystko już było , uwolniona od gorączkowych przygotowań, rozsiadam się wygodnie i otwieram drzwi do krainy moich dawnych czasów, kiedy byłam młoda świeża i niewinna.

I oto z czeluści pamięci wyłania się jedyny taki, pierwszy mój sylwester sprzed 51 laty. Byłam wtedy w trzeciej klasie LO, co przy ówczesnym systemie edukacji równało się 17 wiośnie życia. Byłam dziwnie opóźniona w rozwoju. Na szczęście dotyczyło to tylko sfery męsko damskiej.  Do tej pory w ogóle nie interesowali mnie chłopcy. Gdy koleżanki zbierały fotosy aktorów i do nich wzdychały, ja zbierałam kamienie. Płeć męska wydawała mi się innym sortem, zupełnie odmiennym. Właściwie nie byli to dla mnie ludzie zwykli jak my, dziewczyny i nawet liściki miłosne na pierwszej licealnej zabawie nie wzruszyły mnie ani nie zainteresowały. Miałam nawet problemy ze zwykłą rozmową z chłopakiem z klasy. Nie wiem skąd to się brało, czy z wychowania w towarzystwie rodziców i bratanicy. Koledzy z ławy wydawali mi się niedojrzali, niepoważni, ot, gówniarze i tyle….może dlatego że moim zakochaniem był starszy o 13 lat brat, Zenon. Uwielbiałam go czekałam kiedy się zjawi w naszym gorzowskim domu, przyfrunie z Poznania gdzie studiował a potem z Wrocławia. Zjawiał się jak meteor, muskał zaledwie moją osobę wzrokiem, jakimś miłym słowem i pędził dalej goniąc za swoim życiem.

To tyle tytułem ogólnego wyjaśnienia.

Jak już wspomniałam na wstępie wydarzyło się to w ferie zimowe  przedostatniej klasy LO . Uprzedzam lojalnie, że ta opowieść nie będzie w żadnym razie pikantna, ani pewnie dla Was, Kochani interesująca. Ot, taka sobie opowieść babcina.

W tym 1964 roku pojechałam  na obóz zimowy. Lubiłam wyjazdy grupowe, chociaż ten nie wydawał się ciekawy, bo mieliśmy mieszkać w jakimś domu wczasowym w Bierutowicach obecnie zwanych Karpaczem Górnym. Lubiłam spanie w namiotach w leśnej głuszy, czy w  zabudowaniach obok starych tajemnych ruiniastych  pałaców jak w Brodach Żarskich czy w Nowym Mieście nad Pilicą gdzie bywałam na koloniach i obozach.  Jednym słowem najważniejsze dla mnie była niezwykłość miejsca. Jedynie łagodziła tę niechęć do lokum  nadzieja i ciekawość  spotkania z zimowymi Sudetami, górami których do tej pory nie miałam okazji poznać.  Pomimo niechęci pojechałam jednak tej zimy z grupą mało zaprzyjaźnionych osób, bo była to zbieranina z różnych klas, w tym koleżanki z ostatniej klasy LO, które traktowały nas, młodszych wyniośle….

 cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *