Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 21 ). Wojciech Michałek – Grodzki – wspomnienie.

 

Jurek na tle Anatomicum w Poznaniu , zdjęcie  jest własnością Jerzego T. Marcinkowskiego

Zastanawiałam się, czy  napisać to, co będzie w drugim moim zdaniu – ale zdecydowałam – bo oddaje zaangażowanie Jurka w przypominaniu nam zmarłych Kolegów – jest On Strażnikiem Pamięci – to Piękne …

Otóż  Jurek  przed przysłaniem mi poniższego wspominkowego tekstu – ” wrzucił” do mnie na messengerze –  jakby od niechcenia  – „nie spałem w nocy i ułożył mi się w głowie tekst o Wojciechu Michałku- Grodzkim ” ….

Słowa Jurka  o Wojtku , bo to o Nim wspomnienie – podaję pogrubioną czcionką, a to, co skopiował z netu – zwykłą …..

Studiowaliśmy w latach 1965-1971 na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu z Wojciechem Michałkiem-Grodzkim dojeżdżającym na studia z Puszczykowa. Bardzo ciekawa i obszerna jest Kronika Publicznej Szkoły Powszechnej w Puszczykowie (1945-1972) http://www.wbc.poznan.pl/Content/371237/Kronika%20publicznej%20szko%C5%82y%20powszechnej%20w%20Puszczykowie.pdf gdzie pod pozycją 1244 figuruje „Michałek-Grodzki W. Aleksander”.

Nasza grupa studencka nosiła numer początkowo 15 a potem 8.

Wojtek mieszkał wraz z matką.

Jego osobowość można w przenośni określić następująco: „stąpał bardzo mocno po ziemi”. Przy tym miał wszelkie, pozytywne bardzo, cechy „poznańskiej pyry”. Tutaj warto przytoczyć co to oznacza ze strony internetowej :

http://www.poznan.pl/mim/slownik/words.html?co=word&word=pozna%C5%84ska+pyra a poniżej link, który bezpośrednio otwiera tę stronę : http://www.poznan.pl/mim/slownik/words.html?co=word&word=112%7C111%7C122%7C110%7C97%7C324%7C115%7C107%7C97%7C32%7C112%7C121%7C114%7C97

„poznańska pyra , rzadziej wielkopolska pyra, D lm pyr, powsz. [prawdziwy poznaniak, ze względu na mowę i sposób bycia dający się łatwo odróżnić od ludzi z innych regionów; określenie przeważnie pejoratywne]: Było inaczej, pamięta, w zielonogórskim liceum małoż to razy wyzywali się od „głąbów wileńskich”, od „pyr poznańskich”, to znów od „chachołów” czy „rumunów”. Pyry poznańskie, galileusze, łapciarze zza Buga albo rusoki, co krok wyzywali się, trudno ich z sobą pogodzić. Jakże to oni siebie nie wyzywali! A to od „pyr poznańskich”, a to od „galileuszy”, a to wreszcie od „wileńskich tłumoków”. […] Kubiak, zwany powszechnie Pyrą Poznańską. Nie obrażał się wtedy, uśmiechał, niech sobie będzie i pyra, dobra rzecz, w okupację niejedni zmarnieliby, gdyby nie syciły ich pyry. Kubiak jestem… O, to pan na pewno pyra poznańska. Tam same Kubiaki i Nowaki. Nie cuduj, Stachu. Tadeusz mnie zna jak zły szeląg. To poznańska pyra, ma trzeźwy pogląd na życie. Wiesz, że poznaniakom przypisuje się gospodarność, oszczędność, umiejętność ekonomicznego myślenia, przezorność… Dobrze, wiem wszystko o poznańskich pyrach. Kożdo szczype starszo poznańsko pyra pamiynto, że przed wojną tam, dzie tero powinło być jezioro Maltańskie była Świyntojańska Dolina. Powiedzcie teraz, że stare poznańskie pyry nie mają racji, jak spędzają każdy urlop tylko wew chacie. Gospodyniom, a częściowo i gastronomikom pozostaje uzupełnić te braki kaszami, makaronem, ryżem. Najbardziej uparte „poznańskie pyry” niedługo będą mogli kupować młode ziemniaki i to już w połowie tego tygodnia, niestety w cenie kilkudziesięciu złotych (ok. 70 zł). Wielkopolskie pyry nie mogły zgodzić się z pieronami, którzy opanowali w klasztorze wszystkie lepsze funkcje. ◊ fraz.”

Jedyny „minus” to taki, że Wojtek od wczesnej młodości palił papierosy, które kupowała mu mama idąc rano po sprawunki.

Pośród studentów wyróżniał się szczególnie na zajęciach w Studium Wojskowym – mianowicie miał zawsze doskonale wyczyszczone buty żołnierskie; to były bardzo masywne buty koloru brązowego z grubą podeszwą gumową, „nie do zdarcia”, gdyż buty w wojsku – jak wiadomo – mają znaczenie wręcz strategiczne. Nie widziałem aby ktoś inny miał tak doskonale wyczyszczone buty a do tego wyprasowany zawsze mundur wojskowy!

Wojtek niezwykle poważnie podchodził do życia jak i do studiów. Przy tym był typem samotnika. Nie postrzegałem aby się interesował dziewczynami. W okresach emocji pojawiały się na jego policzka rumieńce – bardzo charakterystyczne dla Jego postaci.

Wojtek po uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny pracował w Szpitalu w Puszczykowie – wyspecjalizował się w chirurgii. Był bardzo pochłonięty pracą zawodową – do tego stopnia, że unikał spotkań towarzyskich nawet takich jak organizowanie „Sylwestra” w Szpitalu. Zapraszano go, ale nie przychodził – w tym czasie uzupełniał historie choroby pacjentów.

Mieszkał samotnie… i zmarł nagle w mieszkaniu, co dostrzeżono dopiero po kilku dniach.

Pamięć po Wojtku pozostaje piękna, bo nie sposób przypomnieć sobie jakiegokolwiek zdarzenia aby zachował się niewłaściwie, za to zawsze bardzo poważnie podchodził do życia, w tym nauki i pracy zawodowej.

Oczywiście Wojciecha Michałka – Grodzkiego mam w oczach. Siedział przy naszym stole w Anatomicum –  ja z ówczesną przyjaciółką naprzeciwko wejścia, Wojtek po prawej naszej stronie.

Chyba nigdy z nim nie rozmawiałam – może o coś pytałam – ale nie wiem czy odpowiadał  – czy tylko się uśmiechał i oblewał  rumieńcem 🙂

Miał bardzo jasną karnację skóry – mleczną nieomal, więc ów wieloplamisty  ( zadziwiający  w kształcie ) rumieniec płonął z daleka.

Wojtek wydawał się znacznie od nas starszy i poważniejszy. Może z powodu postury dorosłego wysokiego mężczyzny, albo też z powagi , czy jakiejś staranności w ubiorze – nie wiem …..

Nie zapomnę sytuacji, która się powtarzała. Asystent, chcąc sobie ułatwić wywoływanie nas do odpowiedzi – mówił do niego Grodzki – Wojtek wtedy wstawał i z powagą oznajmiał jestem Wojciech Michałek – Grodzki. Skąd ta duma ? Co się za nią kryło ? Jakie dzieje rodzinne ? Nie wiem czy kiedyś się dowiemy, choć napisałam do biblioteki w Puszczykowie, która wydała tę piękną kronikę szkoły – do której link podał Jurek – może nadejdzie jakaś odpowiedź, a może czas zatarł wszystkie ślady .  Może Wojciech zabrał ze sobą do grobu jakąś rodzinną tajemnicę. Jaka szkoda, że tak mało o sobie wiedzieliśmy, zajęci studiowaniem i naszą bujną młodością ….

Nazwisko złożone z dwóch w tamtych czasach było rzadkością – nie znalazłam też w internecie innego Michałka – Grodzkiego …. 

A o poznańskiej pyrze i opisanych w kopiowanym tekście animozjach ludności na tzw. Ziemiach Zachodnich – napiszę później …..

UWAGA !!!

Wiadomość z ostatniej chwili

jak ten świat wirtualny potrafi zadziwić !!!

Wyszukiwarka Google w laptopie nie pokazała żadnego Michałka _ Grodzkiego – więc to napisałam powyżej

tymczasem przed sekundą nieomal otworzyłam google w smartfonie i…. pokazało się wiele źródłowych art włącznie z Wikipedią, gdzie jest wymieniany dr Stanisław Michałek – Grodzki , twórca pierwszego w Polsce oddziału chirurgii plastycznej w Polanicy Zdroju …..

niestety nie znajduję żadnej noty biograficznej – skąd pochodził np. ?

Wysoce prawdopodobne, że nasz zmarły Kolega Wojciech Michałek – Grodzki dlatego był tak dumny ze swojego nazwiska !!!

a najnowsze odkrycie  Jurka  – to dokument , że Wojtek był synem Stanisława !!!

jaką radość przynosi „odkopywanie ” zda się zaginionych śladów !!!

a oto ciąg dalszy relacji na żywo !!!

gdy tak dochodziliśmy do prawdy o życiorysie śp. Wojtka – naszego kolegi ze studiów – nagle odezwał się na messengerze Leszek Milanowski ( prawdę mówiąc liczyłam na Jego głos – gdyż jest chirurgiem plastykiem – ale stale zapracowany w Anglii ) .

Poniżej kopiuję fragment tekstu Leszka dotyczącą rodowodu Wojtka a całość  tej opowieści zamieszczę na stronie Jego Pamiętnika . Leszkowe słowa podaję pogrubioną czcionką  !

Kochani, sorry, but I was very busy (angielska woda sodowa uderza do głowy).

Ojciec Wojtka Dr Stanisław Michałek–Grodzki był twórcą słynnego szpitala chirurgii plastycznej w Polanicy.

Jego pierwszym uczniem był słynny prof. Krauss.

Gdy odrabiałem staże w Polanicy byłem dumny, że przyjaźniłem się z Jego synem. Piszę przyjaźniłem, może zbyt wielkie słowo ale imponowała mi Wojtka skromność, wyciszenie, spokój.

Nigdy nie obnosił się że jest synem twórcy chirurgii plastycznej w Polsce. W Polanicy wszyscy Go za takiego uważali.  Zresztą jest w annałach polskiej chirurgii plastycznej.   ( … )

Niestety bardzo szybko zmarł nagle.

Wojtek musiał się wychowywać  bez Ojca ( … )

dzięki, Leszku za to objaśnienie.  Jakże dramatyczne było nagłe  zakończenie życia  w młodym wieku – zarówno  Ojca – dr Stanisława Michałka – Grodzkiego i Jego Syna , też chirurga – a naszego Kolegi – Wojciecha .  Może przyczyną była jakaś patologia  naczyń mózgowych czy wieńcowych – którą w obecnych czasach można by wykryć i leczyć ? – pewnie nigdy się nie dowiemy.  … jedno pewne, że mieli jeszcze przed sobą długie lata życia , patrząc z naszej perspektywy choćby –  mogli pomagać ludziom i ulepszać swoje pomysły.

Tak się niestety  nie stało.

Niezbadane są tzw. ” wyroki boskie ” , niezrozumiałe i jakże niesprawiedliwe   ….

 

Zdjęcia przyrody i wejścia do katakumb kościoła w Popowie Kościelnym z własnym cieniem  są wykonane przez  autorkę bloga 🙂 .

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 20 ). Wspomnienie o Krzysztofie Urbańskim.

Pożegnanie doktora Krzysztofa Urbańskiego (1947-2014)

 Dnia 20 kwietnia 2014 r. zmarł po długiej i ciężkiej chorobie dr med. Krzysztof Urbański – specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog, wieloletni pracownik Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. Józefa Strusia w Poznaniu przy ulicy Szkolnej 8/12, a ostatnio przy ulicy Szwajcarskiej 3, który wyróżniał się pośród praktykujących w tym zawodzie najważniejszą i najbardziej pożądaną umiejętnością, z głębi serca płynącą, jaka jest całościowe (używając modnego dzisiaj słowa: holistyczne) postrzeganie swych pacjentów, czyli nie tylko zajmował się chorobami swych pacjentów, ale także dostrzegał ich sferę społeczną – i to co najważniejsze – psyche, duchową. To było nader widoczne w bezpośrednich Jego kontaktach ze swymi pacjentami, czyli, co tak się szumnie i naukowo określa, budował właściwe, nader pożądane relacje pacjent-lekarz. Tym właśnie się wyróżniał w środowisku lekarskim – a widoczne to było w tych jakże bardzo ludzkich odruchach Jego pacjentów. Oni po prostu bardzo lubili doktora Krzysztofa, który miał wszelkie cechy dobrego lekarza. A dobry lekarz to ten, do którego pacjent jak przyjdzie po pomoc, po poradę, to już z tej wizyty wychodzi zdrowszy.

Doktor Urbański, urodzony 29.09.1947 r. w Poznaniu, był absolwentem „Marcinka”, czyli I Liceum Ogólnokształcącego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu – z 1965 roku, kiedy to jeszcze do tego liceum chodzili wyłącznie chłopcy. Koedukację wprowadzono w tym liceum dopiero później. Uczył się bardzo dobrze i po zdaniu matury podjął studia na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu, obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego. Ukończył ją w 1971 roku z wyróżnieniem – a więc przed blisko 43 laty – i ten tak długi okres czasu, to Jego nader staranna i z pełnym poświęceniem wykonywana praca lekarza.

Bezpośrednio po studiach rozpoczął staż lekarski w Szpitalu Miejskim im. Józefa Strusia w Poznaniu, gdzie wkrótce – dostrzegając Jego umiejętności i zaangażowanie w pracę zawodową – zaproponowano Mu etat. Pracował pod kierownictwem prof. Leszka Przybyła (ordynatora II Oddziału Wewnętrznych) – prowadząc m.in. zajęcia i wykłady z podstawowej opieki zdrowotnej dla studentów Akademii Medycznej w Poznaniu.

Warto wspomnieć o Jego hobby – kupował mnóstwo książek i czasopism.

Ci, co Go widzieli w ostatnich miesiącach Jego pracy zawodowej, widzieli lekarza uśmiechniętego, pogodnego, nader życzliwego – i w olbrzymiej zapewne większości Jego pacjenci nie mieli pojęcia, że ich lekarz toczony jest śmiertelną chorobą. To była heroiczna postawa zawodowa – oddawanie się sprawom swoich pacjentów z całym sercem i zaangażowaniem aż do samego końca, bez oglądania się na siebie i swoją chorobę. Umarł nieprzeciętny lekarz, wielkiego serca i charakteru, kochający życie i ludzi, osieracając mnóstwo swych pacjentów i środowisko lekarskie – pozostawiając w naszych sercach pustkę i żal. Można o Nim powiedzieć, że stosował się do zasady podanej przez Władysława Biegańskiego, lekarza i filozofa: „Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a dużo od siebie.”

Doktor Krzysztof Urbański, który w otoczeniu wielu przyjaciół i pacjentów został pochowany w dniu 25 kwietnia 2014 r. na zabytkowej poznańskiej nekropolii – Cmentarzu Parafii Bożego Ciała przy ulicy Bluszczowej 14 w Poznaniu – pozostanie na zawsze we wdzięcznej naszej pamięci. Żegnamy Cię, Wspaniały Doktorze Krzysztofie, Mistrzu, Nauczycielu wielu pokoleń lekarzy, Przyjacielu i Serdeczny Kolego!

W imieniu Koleżanek i Kolegów z roku – Jerzy T. Marcinkowski

 

Ocalić od zapomnienia ….

Jurek przysłał mi ten tekst, by pochylić się  nad pamięcią o zmarłym przed 4 laty – Kolegą  – Krzysiem Urbańskim .

Odszedł za wcześnie, nie dożył naszych 70 lat – tyle jeszcze mógł zdziałać, ile istnień ludzkich uratować. Ale jak mówi przyjaciółka , której mąż niedawno zmarł śmiercią nagłą – widocznie był potrzebny Panu Bogu…

Może tak , może nie. Nigdy się nie dowiemy. Tzn. nie dowiemy się będąc na tym świecie…

Tymczasem tu, na tym ” padole łez” ocalmy od zapomnienia tych, których już między nami nie ma. I Jurek tak pięknie to robi – dba o pamięć   pisząc i zamieszczając  wspomnienia – ma to niewątpliwie w genach , choćby po swoim Ojcu….

Może Ktoś pamięta Krzysia Urbańskiego – ma w oczach jakikolwiek obrazek, w pamięci wydarzenie czy jakieś zachowane zdjęcie – bardzo proszę – zamieszczę … to nasza ziemska rola, jedna z wielu …

Ja pamiętam tak niewiele – gdy pomyślę Krzyś Urbański wyświetla mi się tylko obraz 18 latka jakim wtedy był , na tym naszym pierwszym roku Akademii Medycznej w Poznaniu –  niewysokiego blondyna o chłopięcej buzi – Jasnego Chłopaka, którego spotykałam na korytarzach Anatomicum. Chyba nigdy nie miałam okazji pogadać. Mam  tylko w oczach Jego sylwetkę i twarz. To mało, bardzo mało ….

Tekst Jerzego T. Marcinkowskiego  był zamieszczony w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej .

Zdjęcia przyrody własne .

PS.

Dzisiaj pozwalam sobie skopiować dwa bardzo ciekawe i ważne komentarze – które wczoraj znalazły się po tym tekstem  …

Może Ktoś do nich nie dotrze , bo czytać tekst można, ale chcąc wpisać komentarz lub przeczytać już tam zawarte – należy kliknąć na tytuł i dopiero wtedy otwiera się pod wpisem jakby szufladka komentarzowa …

Komentarz Mariolki :

 

  • Pamiętam Krzysia doskonale. Mieszkał na ul. Marcelińskiej – ja kilka domów dalej (narożnik Marcelinskiej i Grochowskiej ) więc często jeździliśmy razem na wykłady z tego samego przystanku autobusowego.

    Wesoły, pogodny – zawsze miał coś dobrego do powiedzenia.

    A wiedza wielka – wydawało się że znał książki na pamięć.

    Uczynność to jego ważna cecha. Po wielu latach spotkałam Go w szpitalu na ul. Strusia zupełnie przypadkowo. Poznał. Pomógł załatwić wszystko.

  • W gazecie „Głos Wielkopolski” opublikowano dnia 23.04.2014 następujący nekrolog:
    „Z głębokim żalem żegnamy
    Dr. n. med. Krzysztofa Urbańskiego
    wieloletniego pracownika
    Rejonowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu,
    lekarza oddanego pacjentom i cenionego przez współpracowników.
    Wyrazy głębokiego współczucia
    Rodzinie oraz Bliskim
    składają
    Dyrektor i pracownicy”.
    Otóż Krzysiu Urbański przez wiele lat jeździł w karetce Pogotowia Ratunkowego, którą to pracę bardzo lubił, a jak pojawiał się na miejscu zdarzenia to emanował od Niego wielki spokój, skupienie i zdecydowanie w podejmowanych szybko działaniach. Dlatego Go powszechnie szanowano a w chwili składania trumny z Jego ciałem do grobu nad tymże grobem utrzymywał się w powietrzu śmigłowiec Pogotowia Ratunkowego oraz „wyły” karetki Pogotowia Ratunkowego – bo wielkiego lekarza chowano!

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 19 ). List od Szymona Kaczmarka, syna Tadeusza.

Tadeusz Kaczmarek. Zdjęcie otrzymałam od Jurka.

A teraz bardzo piękny, mądry, wzruszający, pełen czułości i wielkiego szacunku do Ojca ale i do Jurka – adresata – list od syna Tadeusza Kaczmarka , Szymona …  na pewno  nasz nieżyjący Kolega jest dumny z takiego Syna …

Szanowny Panie Profesorze

Przesyłam Panu Profesorowi życiorys mojego kochanego ojca i kilka moich refleksjio nim. Na wstępie pozwolę sobie na prozaiczne stwierdzenie – proszę wybaczyć za śmiałość mojego zdania – ale jestem w pełni przekonany, że przesyłam te informacje chyba jedynemu jego prawdziwemu przyjacielowi, pomijając najbliższą rodzinę. Ojciec za takiego Pana Profesora uważał, darzył Pana olbrzymią sympatią, poważaniem i szacunkiem. Dużo mi o Panu Profesorze i o waszej koleżeńskiej współpracy opowiadał, zawsze z wielkim humorem i atencją.

Pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że osobiście nie mogę się z samymi, niedawno zaistniałymi faktami pogodzić, i że jest mi chwilami bardzo trudno zaakceptować zaistniały stan rzeczy i bieg na jego skutek dalszych życiowych wydarzeń, ale wzorując się na przykładzie sposobu funkcjonowania w życiu i traktowania czy też radzenia sobie w tzw. trudnych życiowych sytuacjach mojego ojca wiem, że muszę przetrwać i z determinacją żyć dalej i wałczyć ze wszystkimi zawirowaniami życiowymi, jakie ironiczny los może zawsze człowiekowi zaoferować.

Mój ojciec – był przede wszystkim, jest i pozostanie na zawsze jednym z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię jakiejś jednej nadrzędnej dla siebie idei – w jego przypadku było to służenie zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie, zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy – powiem patetycznie, dla mnie był szlachetny, – jako ojciec wspaniały i kochający, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach zarówno klinicznych jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Życiowe losy mojego ojca Pan Profesor zapewne dobrze zna z jego opowiadań, tak mi się przynajmniej wydaje, dlatego też tylko pozwolę sobie przypomnieć jeszcze o jego osobistych pasjach i zainteresowaniach. Największą życiową pasją ojca była jak sądzę chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy, przerwał na progu dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek spadnięcia ze schodów w drodze do szpitala na odział chirurgiczny. Po tym zdarzeniu ojciec musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny.

Ojciec był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada – ojciec znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 r. książkę pt.: Joseph Conrad – Refleksje o Morzu i Statkach, Życiu i Ludziach – w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji. Zawarte w książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada które ojciec osobiście przeczytał.

Ojciec całe życie był dla wszystkich bardzo wyrozumiały – zawsze postępował w imię zasad godności i przyzwoitości ludzkiej – pojęciom które w dzisiejszym brutalnym świecie wydają się archaiczne. W swojej chorobie traktujący siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania na nią w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z nią. Ojciec jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek jego choroby. Leżąc
w szpitalu po pierwszej operacji jaką przeszedł, powiedział: „wyrok zapadł – tylko egzekucja została oddalona”. Ojciec ofiarnie i z wielką determinacją walczył z okrutna chorobą kilka lat – na początku 2009 roku trafił do szpitala w Pile, potem rozpoczął się długotrwały i trudny proces leczenia, stanowiący jego heroiczne zmagania z nieuleczalnym i śmiertelnym schorzeniem nowotworowym.

Ojciec nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się, także w tym najtrudniejszym dla niego okresie życia – w listopadzie zeszłego roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim Oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 r. po raz ostatni, znowu trafił do szpitala w którym zakończył swe zmagania
z życiem. Jak na ironię przewrotnego losu, mój ojciec był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum. (…)

Podsumowując tak ujęty życiorys mogę jeszcze dodać, że ojciec w całym swoim zawikłanym życiu, zawsze kierował się jedną z naczelnych zasad etycznych w medycynie – „Primum non nocere”.

Dołączam parę zdjęć ojca wykonanych w czerwcu i wrześniu 2012 r. – w tym czasie ojciec jeszcze był w tzw. kondycji….

Pozdrawiam Pana Profesora bardzo serdecznie –

Z poważaniem

Szymon Kaczmarek

Popiersie Hipokratesa  z Collegium Anatomicum. Zdjęcie wykonał i przysłał Jerzy T. Marcinkowski.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 18 ). Wspomnienie o Tadeuszu Kaczmarku.

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek w plenerze – czy relaks to, czy rozmyślanie o wielu problemach, którym się zajmował i o kolejnej książce do potężnego księgozbioru ….?

Tadeusz Kaczmarek był naszym Kolegą na tym samym roku  studiów , które odbywaliśmy w latach  1965 – 1971 na Akademii Medycznej w Poznaniu. Niestety, studiowaliśmy razem za krótko ( bo ja tylko przez 3 lata) , nie mieliśmy okazji się poznać , ba, nawet zapamiętać.   Jego Niezwykłą Osobowość poznałam dopiero wtedy , gdy Jurek przysłał mi ten artykuł, napisany po śmierci Tadeusza. Został już zamieszczony w 2012 roku w czasopiśmie Hygeia ( dane poniżej ) , ale chyba tylko w wersji papierowej .  Przeszukałam też  internetowe  archiwum biuletynów Wielkopolskiej Izby Lekarskiej  nie znajdując w żadnym z numerów  2012 roku zapisków dotyczących Pamięci naszego Kolegi. Jeśli ktoś posiada jakieś dane na temat innych miejsc publikacji – bardzo proszę o kontakt – uzupełnię informacje.  

A tak Jerzy T. Marcinkowski wspomina swojego bliskiego Kolegę i doktoranta – jest to opowieść osobista, ciepła z  dużą dozą szacunku i podziwu dla niestety już śp. Tadeusza …

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek .

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek (1947-2012) we wspomnieniach

Upalny dzień czerwca 2002 roku, duszno i gorąco pomimo szeroko otwartych okien w Dziekanacie Wydziału Lekarskiego I Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przy ul. Fredry 10. Trwa egzamin w przewodzie doktorskim „Zatrudnienie osób niepełnosprawnych w świetle obowiązujących przepisów i orzeczeń lekarskich oraz opinii wybranych grup społecznych”. Egzaminowany z wielkim zapałem odpowiada na pytania Komisji doktorskiej… i w pewnym momencie jedna z pań, profesor, wstaje, nalewa wodę do szklanki i podaje doktorantowi ze słowami „Proszę się napić, bo przecież zaschło Panu w gardle”. Po kolejnym pytaniu druga pani profesor czyni podobnie, ponownie podając egzaminowanemu szklankę wody. Potem Komisja stwierdza, że już naprawdę dosyć usłyszała, prosząc aby teraz doktorant zaczekał na korytarzu na werdykt, ale ten ociąga się z wyjściem, bo chce jeszcze tyle powiedzieć! Wreszcie drzwi za doktorantem się zamykają, a Dziekan mówi „No i co?” A członkowie Komisji: „Niesamowity był! Celująco…!” Taki właśnie był dr n. med. Tadeusz Kaczmarek, a mnie wtedy rozpierała duma, bo to mój kolega z roku, doktorant, przyjaciel…

Tadeusz ukończył Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Poznaniu w 1971 roku. Jego największą życiową pasją była chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy zawodowej przerwał dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek upadku ze schodów w drodze do Oddziału Chirurgicznego Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Pile, w którym wówczas pracował. Po tym zdarzeniu musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny. Stał się twórcą i kierownikiem Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Pile (1975-1983). Był lekarzem okrętowym (1982), zastępcą dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Pile, pracując tamże (1984-1985) na Oddziale Nefrologii,  organizatorem i kierownikiem nowej Przychodni Międzyzakładowej przy Z.S.O. „Polam” (1985-1990), dyrektorem Zespołu Opieki Zdrowotnej w Pile (1991-1997), twórcą i prezesem Spółki Lekarskiej „Labor-Med” w Pile (1992-2009), Głównym Lekarzem Orzecznikiem Oddziału ZUS w Pile (1997-2001),  przewodniczącym Komisji Lekarskich Oddziału ZUS w Pile (2005-2009),  od 2001 kierownikiem Działu Organizacji, Nadzoru i Szkolenia Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy w Poznaniu, gdzie pracował niemalże do końca życia pomimo ciężkiej, nieuleczalnej choroby.

Pozostawił po sobie około 30 publikacji, głównie w „Orzecznictwie Lekarskim”, „Przeglądzie Epidemiologicznym”, „Archiwum Medycyny Sądowej i Kryminologii” oraz „Problemach Higieny i Epidemiologii”.

Inne obszary jego działalności, to: przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia przy Szpitalu Miejskim, potem Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Pile (1973-1980), przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Towarzystwa Lekarskiego (1984-1990), delegat na I Zjazd Polonii Medycznej w Częstochowie w 1990 roku, członek Ogólnopolskiego Komitetu Organizacyjnego Izb Lekarskich, pełnomocnik ds. organizacji izby lekarskiej na terenie województwa pilskiego (1989-1990), sekretarz Okręgowej Bydgosko-Pilskiej Izby Lekarskiej (1990-1995), członek Polskiego Towarzystwa Higienicznego.

Przede wszystkim pozostanie na zawsze w naszej pamięci jako jeden z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię służenia zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie – zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach – zarówno klinicznych, jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej, a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 roku książkę pt. „Joseph Conrad – refleksje o morzu i statkach, życiu i ludziach”, w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji[1]. Zawarte w tej książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada, które dokładnie poznał.

W swojej chorobie traktował siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z chorobą. Jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek choroby. Nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się także w tym najtrudniejszym dla niego okresie. W listopadzie 2012 roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 roku po raz ostatni trafił do szpitala, w którym zakończył swe zmagania… a był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum.

Załączone zdjęcia ukazują tego wspaniałego lekarza, kierującego się zawsze zasadą  „Primum non nocere”, w czerwcu i wrześniu 2012 roku, kiedy to, pomimo ciężkiej choroby, był nadal intensywnie zaangażowany w pracę zawodową.

Jerzy T. Marcinkowski; Szymon Kaczmarek.

[1] Joseph Conrad: Refleksje o morzu i statkach, życiu i ludziach. Wyboru dokonał Tadeusz Kaczmarek. Bonami, Poznań 2004.

 

Wg   https://polona.pl/item/dr-n-med-tadeusz-kaczmarek-1947-2012-we-wspomnieniach,Mzk0MDI2Mzk/0/#info:metadata – artykuł ten ukazał się w wersji papierowej w czasopiśmie Hygeia. T.47.nr 4 ( 2012) s. 390  1509 – 1945

 

Zamieszczone tu zdjęcia Tadeusza Kaczmarka dostałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

Z pamiętników Jerzego T. Marcinkowskiego ( 17 ). Collegium Anatomicum.

Dziś nie będzie patetycznie, ani tkliwie. Tylko zwyczajnie , najprościej ….

Jurek poproszony  kiedyś o wykonanie zdjęć naszego Collegium Anatomicum – szczególnie wnętrz – właśnie przysłał ich całą serię. Świetne kadry, ręka „ mistrza „ dokumentu….  Musiałam zmienić plany i piszę na gorąco –  trzymając w dłoni ( tzn. w laptopie)  te „ciepłe” jeszcze zdjęcia …. Bo to wszystko działo się dziś….

Najpierw było zaproszenie na uroczystość pożegnania kilku osób przechodzących na emeryturę w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu , gdzie Jurek pracuje jako biegły sądowy – początkowo  nie miał  ochoty tam przybyć, bo dużo innych obowiązków, ale tak ładnie prosili …

A więc stara biblioteka  Zakładu Medycyny Sądowej, ze zbiorami pamiętającymi Tatę Jurka, Prof. Tadeusza Marcinkowskiego , który jako jeden z nielicznych pracowników przesiadywał w niej  w każdej wolnej chwili od rana do wczesnej nocy. Interesowało Go tak wiele tematów – tak dużo czytał – stale czytał – gromadził te zbiory – pięknie wydane a teraz tak rzadko brane do ręki, bo inne czasy, inni ludzie , większy pęd życia i czasu brak nie tylko na czytanie ale i na refleksje …  

Tak więc Jurek  pewnie spożył coś co było na stole, pewnie z kimś pogadał a może zatopił się we wspominaniu swego  Ojca, nie wiem.

Ale potem – potem jednak dotarła do Niego –  moja prośba o zdjęcia – więc samotnie wędrował korytarzami – i fotografował, fotografował, fotografował  – nie wiem, czy z przejęciem i z własnymi wspomnieniami  czy tylko z myślą o nas, którzy daleko od Poznania ….

a może Jurek ,  wędrując pustymi korytarzami, przemierzając nasze tak dobrze zapamiętane piękne schody  Collegium Anatomicum , myślał o tylu pokoleniach medyków, które były przed nami i które po nas przyszły – wszystkie zostawiły ślady swoich stóp na posadzkach tego gmachu, na tych schodach tak jak my siadały z książkami czekając na zajęcia, które drżały z lęku przed asystentami z natury rzeczy chyba ostrymi czasem złośliwymi , które tak jak my bały tego momentu – który do tej pory miało tajemną, mroczną jednoznaczną nazwę – zwłoki ludzkie i sekcja. Które jak my przechodziły tu swój „ chrzest bojowy” – jak kiedyś marynarze – pierwszy widok stołu sekcyjnego z tym, który był kiedyś żyjącym człowiekiem.

I które jak my tu hartowały swój charakter, tak długo przełamując słabości aż w końcu już nie mdlały od zapachu formaliny , krwi i ludzkiej złośliwości … .

Tak, na pewno Jurek wykonując te zdjęcia dla nas, którzy daleko, myślał o przemianie pokoleń, o tych którzy  tak samo jak my w tym 1965 roku stali  na dziedzińcu Anatomicum ,  jak spłoszone stadko gdy był ich pierwszy studencki dzień……

Wszystkie zdjęcia wykonał dziś  Jerzy T. Marcinkowski – dla nas , dla wszystkich medyków którzy corocznie, od 1930 roku – pełni młodzieńczej energii, wiary w przyszłość, chęci niesienia pomocy ludziom i zupełnie nieświadomi życia –  tu, na tym dziedzińcu Collegium Anatomicum stawiali swoje pierwsze  kroki   na otwartym już wcześniej, bo w 1920 roku Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego , a od 1950 roku  – wyodrębnionej ze struktur Uniwersytetu –  naszej  Alma Mater – jak to brzmi dumnie –  Akademii Medycznej w Poznaniu  (  potem przemianowanej na Uniwersytet Medyczny ) ….

Budynek został zaprojektowany przez Edwarda Madurowicza i Rogera Sławskiego jako Pałac Sztuki i był prestiżowym obiektem  Powszechnej Wystawy Krajowej ( 1929) , a rok później, po jej  zakończeniu  przekazano go  Wydziałowi Lekarskiemu Uniwersytetu Poznańskiego. Znajdował się w nim  Zakład Anatomii i Medycyny Sądowej. Podczas  II wojny światowej w krematorium Zakładu Medycyny Sądowej , spłonęło  8000 ofiar zbrodni  nazistowskich, między innymi więźniów Fortu VII.

 

Dziękujemy Ci, Jurku za ten dzień pięknych zdjęć, za ” upolowanie”  obiektywem czasu, gdy wielka tam pustka – jakby specjalnie dla nas, dawnych studentów byśmy podążając za Tobą , mogli wypełnić te przestrzenie  swoimi wspomnieniami  i za wzruszenie, które nam dałeś  ….

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (16 ) . Anatomia, zasłabnięcie i co z tego wynikło …

zdjęcie własne

Niedawno Ewa  Brykalska z naszej Grupy messengerowej, która  jest wierną Czytelniczką Pamiętników, zapytała – kiedy napisze coś Pan Profesor Marcinkowski – bo dawno nie było kartki z Jego Pamiętnika. Znają się chyba od dawna z racji służbowych sanepidowych i innych spotkań, chyba bardzo lubią – bo zwracają się do siebie ciepło  w tej naszej Grupie, utworzonej przypadkowo przez Jurka .  To fajne, gdy ludzie się lubią i dają temu wyraz. Zosia – Klarka to uwielbia 🙂  I dziś się stało –  czary mary –  Jurek  napisał 🙂

Jerzy T. Marcinkowski .

Wczoraj dostałam na pocztę do moderacji komentarz Jurka dotyczący wspomnienia Mariolki z anatomii patologicznej. Jak to Jurek – zawsze dodaje swoje – choć nie kadzi gospodyni bloga – czego łaknę jak „kania dżdżu” 🙂 – ale zawsze znajdę coś ciekawego w tym co napisze. Tym razem był to list do nas – nie tylko do mnie – po upewnieniu się, że mogę zamieścić go w blogu – czynię to teraz, w całości, jak zwykle bez ingerowania redakcyjnego (bo któż by śmiał ingerować w teksty sporządzone ręką Redaktora Naczelnego wielu czasopism naukowych) 🙂 , tylko pogrubiam litery, by odróżnić od mojego pisania, którego z pewnością będzie dużo (chyba raczej za dużo). Ale tak mam i już. Temat uruchomił  we mnie lawinę myśli i obrazów Chłopaka, którego kiedyś miałam okazję troszkę poznać na tych naszych pierwszych dwóch latach studiów w Poznaniu.

I widzę, Cię, Jurku – z tamtego czasu –  masywny, z wyrzeźbionymi sportem mięśniami, wysoki już wtedy, choć 17-letni – a  chłopaki w tym wieku jeszcze  rosną – zresztą dziewczyny też – ja osiągnęłam wzrost 168 dopiero po urodzeniu 3 dziecka 🙂 –  małomówny, jakby tłumiący emocje, choć z pięknym tajemnym uśmiechem czającym się nie tylko w wydatnych, namiętnych (dopiero teraz, przypominając tak myślę 🙂  wargach, ale też w głębokim błękicie oczu…

Jerzy T. Marcinkowski.

To tyle tytułem wstępu, bo analizy przyczyny dlaczego tak było, jak opisałeś, może przyjdą później:

Oto komentarz- list Jurka Marcinkowskiego:

Drogie i Przeurocze Koleżanki!
Drodzy Koledzy!
Ponieważ coraz więcej pojawia się tutaj wspomnień o ćwiczeniach i seminariach z okresu jak studiowaliśmy medycynę to dodam moje, co mi się przytrafiło i czego być może już nikt nie pamięta. Otóż na samym początku studiowania anatomii prawidłowej, kiedy byliśmy jeszcze przy osteologii, nagle zrobiło mi się słabo – na pewno nie ze stresu, pewnie ogólnie źle się czułem tego dnia.

 Jak się sam pozbierałem, to dr Andrzej Kiersz, który razem z ówczesnym doktorem (późniejszym profesorem) Witoldem Wożniakiem nauczali nas anatomii prawidłowej, zaprowadził mnie na dół, tj. z pierwszego piętra, gdzie były sale anatomii prawidłowej, do przyziemia, gdzie był w Zakładzie Medycyny Sądowej mój śp. Ojciec wówczas docent.

To co wówczas dr Andrzej Kiersz powiedział Mojemu Ojcu dowiedziałem się dopiero po studiach – bo taki właśnie był Mój Ojciec: bardzo ważył słowa!

A co wówczas powiedział Mu dr Andrzej Kiersz? „Panie Docencie, Pana syn nie nadaje się do studiowania medycyny, niechaj mu Pan poszuka innych studiów!!!”

Raz jeszcze podkreślam: żadnego stresu psychicznego nie odczuwałem wówczas na anatomii prawidłowej.

 Później kojarzyłem fakty: dlaczego mój Ojciec zaczął mnie, zaledwie studenta I roku, prowadzać na sekcje sądowo-lekarskie? Po prostu chciał mnie uodpornić na takie stresujące widoki.

I uodpornił, ale medycyny sądowej jednak nie wybrałem, chociaż niemalże codziennie przeprowadzam w Zakładzie Medycyny Sądowej badania sądowo-lekarskie jako biegły z dziedziny neurologii. Potwierdza się stara prawda: „Nie daleko pada jabłko od jabłoni”!

Jerzy T. Marcinkowski.

Jurku !

Wybacz nieco medycznego „mędrkowania” – ale my medycy tak mamy, jak zresztą doskonale wiesz

1. Dlaczego nagle zrobiło Ci się słabo?

1.1. Być może, że było jak piszesz – od rana już czułeś się źle – niewyspanie, jakaś infekcja – najczęściej jelitowa, czy wreszcie skumulowanie wrażeń – wymarzone studia, pierwsze dni. To napięcie nerwowe chyba każdy z nas odczuwał, tylko inaczej sobie z tym radził. 

1.2. Nie wiem czy wtedy stałeś czy siedziałeś – w ogóle tego wydarzenia nie pamiętam – może coś mglistego – że nagle wyszedłeś – a przecież siedzieliśmy przy jednym anatomicznym stole! Wszyscy byliśmy pewnie zbyt skoncentrowani na kościotrupie, asystencie i wiedzy, którą mieliśmy wtłoczyć z dnia na dzień (ok. 200 stron z 7-tomowej „Anatomii prawidłowej” pod Red. Bochenka).

O tyle to jest ważne, bo w młodym wieku dłuższe stanie, lub nagłe zerwanie się z pozycji siedzącej, czy leżącej – może powodować to, z czym teraz możemy mieć też do czynienia – z nagłym spadkiem (ortostatycznym) ciśnienia. 

Dlatego opisałam we wstępie Twoją sylwetkę – chyba jednak byłeś w okresie intensywnego wzrostu, kiedy to pojawiają się lub nasilają opisane problemy.

Doświadczałam tego w klasie licealnej, mając uczucie omdlewania – oczywiście klasycznie w kościele.

No i raz – gdy Rodzice, przeciwni mojej medycynie – jeszcze w LO – poprosili sąsiada – ordynatora ortopedii z Gorzowie – dr Wiesława Kaczmarka, by zabrał mnie na salę operacyjną. Dzielnie znosiłam zapach eteru, widoki, ale gdy rozpoczął nawiercanie i piłowanie kości jazgoczącą przenikliwie maszyną i leciały dookoła wióry kostne – wyszłam na miękkich nogach. To doświadczenie zupełnie nie wpłynęło na moją decyzję wyboru studiów i – jak mniemam – może nawet uodporniło na widoki nie jak z bajki 🙂

Dlatego namawiałam Ciebie, byś umożliwił Wnuczce właśnie taką „przygodę z medycyną” … to dobrze robi…

2. Tego typu doświadczenia – przecież mógłbyś się załamać – przestać wierzyć w siebie – nie wiem – może tak nie czułeś. Jedno jest pewne, że „wszystko jest po coś”, jak mawia moja najmłodsza córka – psycholog. Jakieś „progi” w życiu tylko nas umacniają. „Co nas nie zabije to wzmocni” – powiedzenie pewnie stare jak świat

–  powiedział ktoś mądry – nie pomnę kto – „siłą człowieka nie jest jego brak słabości, ale pokonywanie słabości”…

 No tak, Jurek, teraz wiem dlaczego jesteś takim „twardzielem” 🙂  i z taką konsekwencją idziesz przez życie zawodowe, zdobywając wszystko co da się zdobyć 🙂

A może to iluzja – bo może tak wielce opanowujesz swoje emocje, ukrywasz się za maską – że tak bywasz czasem postrzegany – „twardziel” z wielomównym uśmiechem …..

Ale  pisząc ten komentarz – na chwilę  zdjąłeś tę maskę – choć próbowałeś łagodzić opowieść – dla mnie pokazałeś swoją Prawdziwą Twarz – piękną, uczuciową, wrażliwą – i to mnie wzruszyło – i za to Ci dziękuję …

Ale piszę głupoty – mityguję  siebie – Zosiu – Klarko, lepiej analizuj siebie – tylko tu tego nie pisz, bo nikogo to nie interesuje 🙂

3. No i temat Twojego Taty – ówczesnego docenta Tadeusza Marcinkowskiego – który mnie najbardziej poruszył – jak bardzo w Ciebie musiał wierzyć – jak znał życie – może kiedyś też Ktoś Go wspierał – i wiedział jak ważne jest posiadania kochającego, wspierającego Ojca – tego się nie dowiemy… i jako Człowiek czynu podjął skuteczne działania – wprawdzie miał możliwość, by zabierać Cię na sekcje – ale poznałam trochę bijącą z Niego siłę – gdy patrzył na mnie w tramwaju, którym, bywało, jeździliśmy razem na Junikowo… gdyby nie miał takich możliwości – na pewno znalazłby inny sposób by Cię wspierać i tak zawsze było, kiedyś wspominałeś… Tak czuję… Waleczny Ojciec, Waleczny Syn….

Jerzy T. Marcinkowski pełen powagi.

Jerzy T. Marcinkowski – relaks i zamyślenie – czy ta jedność możliwa ? .

zdjęcie własne

zdjęcie własne

Wszystkie zdjęcia z sylwetką Jerzego T. Marcinkowskiego są Jego własnością .

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 15 ). Siła związku z koleżankami i kolegami z roku.

2018, Olsztyn i okolice, zdjęcia  Ewy Barabasz i Jacka Ratajczaka

8-12.06.2016. Na Wiśle k/ Torunia

28-30.05.2004. Bieszczady, Lwów.  Pod pomnikiem wieszcza w mieście, które już nie jest polskie…

2011, Lublin, Kazimierz n/Wisłą.

 

7-11.06.2017. Białowieża, Hajnówka

2015, pod Hotelem Edison, Baranów k/ Poznania, nasze 50 lecie rozpoczęcia studiów

Z Pamiętnika Jurka….:

Dwadzieścia lat po ukończeniu studiów, tj. w 1991 roku,  zostało po raz pierwszy zorganizowane spotkanie absolwentów naszego rocznika, które odbywało się w eleganckiej restauracji nad jeziorem Malta w Poznaniu. Było to przede wszystkim zasługą prof. Marka Tuszewskiego, który zajął się strategią organizacyjna tego przedsięwzięcia. Potem nastąpiła bardzo korzystna przemiana i od tego okresu zjazdy absolwentów naszego rocznika odbywają się corocznie. Po śmierci Marka Tuszewskiego obwołaliśmy naszą starościną koleżankę Alicję Michalewicz z d. Kaczmarek, której osobisty czar oraz duże zaangażowanie powoduje, że spotykamy się corocznie w gronie kilkudziesięciu osób – do około 100 osób. Jest to znaczący odsetek z naszego rocznika zbliżający się do ok. 50%.  I tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że jest grupa koleżanek i kolegów zawsze i prawie zawsze zjawiających się na naszych zjazdach, jest grupa przyjeżdżających okazjonalnie oraz grupa takich, którzy od ukończenia studiów nie pojawili się na zjeździe ani razu. I tutaj rodzi się pytanie: dlaczego? Pamiętam ze studiów kolegę Krystiana Lehmanna – bardzo uzdolnionego studenta, który szybko po ukończeniu studiów wyemigrował do Szwajcarii. Wielka szkoda, że od tego okresu słuch o nim zaginął wśród nas spotykających się na dorocznych zjazdach – ale ostatnio 24 maja 2018 r. Kryspin, którego adres mailowy odszukałem w Internecie, przysłał mi bardzo zabawny e-mail, który – ku rozbawieniu – cytuję:

„Guten Abend Jurek,
wczoraj późnym wieczorem czytałem ‚Głos Wielkopolski’ przez Internet. I co widzę? Dzisiaj zaczynają się JUVENALNIA!
I oto nagle wspomnienia:

Ihr naht euch wieder, schwankende Gestalten,

Die früh sich einst dem trüben Blick gezeigt
Versuch ich wohl,…..
Zuneigung, Faust I., JWG

Drugi semestr prawie skonczony, rok 1966, koniec Maja, moje/nasze pierwsze świętowanie jako juvenalia.
Wiele, dużo wspomnien, spotkań, przeżyć przewędrowało przed oczami… Dużo haseł, powiedzonek,
Aufforderungen, jedno z tych bardzo wielu nagle pojawiło się:

‚Umyj swoje Genitalia
I wez udzial w Juvenaliach!’

Koleżenskie serdeczne pozdrowienia

Kryspin”

Takich koleżanek i kolegów jest więcej i szczególnie interesujący jest los koleżanek, które w okresie studiów lub krótko po studiach wyszły za mąż za obcokrajowców, w tym Muzułmanów. Jedna z naszych koleżanek wyszła za mąż za Syryjczyka i mieszkała i pracowała w Syrii, bardzo doświadczanej w ostatnich latach przez wojnę. Zapewne dzisiaj byłoby by jej niezwykle trudno mówić o wszelkich nieszczęściach jakie niesie wojna. Ale dla nas bardzo interesujące byłoby dowiedzieć się o losach tych, którzy spędzili znaczą część swego życia w innej kulturze. Dzisiaj tak dużo mówi i pisze się o wielokulturowości i o konieczności wzajemnego poszanowania się, więc spotkanie z tymi osobami byłoby z całą pewnością dla nas bardzo interesujące. Inna osoba,  to profesor Jacek Wciórka – znany psychiatra, zajmujący się głównie schizofrenią, pracujący chyba od początku jak ukończył studia, w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Warto zajrzeć na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Wci%C3%B3rka

Jacek Wciórka miałby się czym pochwalić przed nami, bo ma przecież spore osiągnięcia, ale szkoda, że się na zjazdach nie pojawia…..

Na tym kończy się na razie pamiętnik Kolegi z wczesnych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, ale myślę, że będzie dodawał jakieś rozdziały do swoich wspomnień, bo przecież życie nadal trwa, ba, nawet pędzi do przodu przynosząc różne ciekawe wydarzenia. Oby tych pięknych, dobrych i interesujących było jak najwięcej. Tego życzy nie tylko Jurkowi, ale wszystkim kolegom- autorka bloga. Dziękuję, Jurku, że przyjąłeś zaproszenie i mogłam Cię tu gościć….

a na zakończenie pozwoliłam sobie wrzucić te trzy bardzo znane obrazy, choć nie z  epoki, ale ilustrujące nasze życie zawodowe …..od lekcji anatomii, poprzez kontakt z pacjentami i towarzyszenie im przy śmierci….

 

Lekcja anatomii doktora Tulpa-   Rembrandt Harmenszoon van Rijn ( 1606-1669).  Dzieło powstało w 1632 roku . W tym czasie co roku , w Amsterdamie, odbywała się publiczna sekcja zwłok ( zwykle zgładzonych przestępców) – uczestniczyli w niej poza ludźmi związanymi z medycyną, liczni gapie….

Historia choroby- dzieło współczesnego malarza rosyjskiego, Andrieja Szyszkina

Śmierć – obraz olejny, namalowany przez Jacka Malczewskiego w 1902 roku.

Uwaga na koniec . Ponieważ dotarły do mnie echa, że zamieszczony tu obraz Malczewskiego sugeruje nasz koniec- śpieszę donieść, że powyżej wyjaśniłam myśl, która mi przyświecała gdy wybierałam te obrazy…powtarzam więc- to nasza droga zawodowa- od anatomii, poprzez trudy pracy z pacjentami a także towarzyszenie im w czasie śmierci….

a na koniec jeszcze inne  zdjęcia autora Pamiętnika….och,  gdyby można było od  Ciebie, Jurek,  czerpać  SIŁĘ, WYTRWAŁOŚĆ I UPÓR  …..fajnie, że jesteś właśnie taki…..

Na wszystkich zdjęciach Jerzy T. Marcinkowski- żartobliwy , z dystansem do siebie ( bo przysłał i takie zdjęcia, zgadzając się, bym zamieściła w tym miejscu ), oraz istny showman za katedrą – który nie tylko treścią, ale ekspresją na pewno  porywa słuchaczy :).

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 14 ). Polskie Towarzystwo Higieniczne.

no, cóż mili moi….powoli zbliżamy się do końca zapisków- profesora Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi z pierwszych lat studiów, które stały się dla nas bardzo silnym, jak widać, spoiwem. Stale postrzegamy siebie przez pryzmat naszych 18 lat, wspólnych przeżyć – mocnych, pierwszych – bo studia medyczne niosły pierwsze bezpośrednie kontakty  z tym, czego większość podświadomie się bała- z ludzkim kiedyś żywym, jak my w chwili wykonywania sekcji, ciałem- teraz bezbronnym i martwym …czy myśleliśmy wówczas o życiu tego człowieka ?- chyba nie- byliśmy za młodzi i za bardzo zajęci wkuwaniem, poznawaniem, odkrywaniem….dopiero teraz ….

Jerzy T. Marcinkowski w rozmowie – może biesiadnej, może tylko kawowej – choć zwykle i tak zmierzającej do problemów nauki , pracy, higieny …..

Po przydługim wstępie, a właściwie dygresjach, oddaję głos autorowi pamiętnika :

Polskie Towarzystwo Higieniczne  ( PTH) – muszę o nim więcej opowiedzieć, gdyż jak z nazwy i funkcji wynika, jest bardzo mocno związane z zakładami higieny i epidemiologii Uniwersytetów Medycznych oraz z Państwową Inspekcja Sanitarną. Stąd rekrutuje się największa liczba członków PTH. Na poziomie województw działają oddziały PTH  a mnie przyszło działać w oddziale poznańskim PTH od okresu, kiedy kierowała nim bardzo zasłużona pracownica PSSE w Poznaniu mgr Maria Gogolewska. Od niej się sporo nauczyłem i w tamtym to okresie wciągnąłem do działalności oddziału poznańskiego PTH pracującą w Zakładzie Higieny dr Anetę Klimberg – moją pierwszą doktorantkę.  Praca w oddziale poznańskim PTH szła nam bardzo dobrze, organizowaliśmy ciekawe zebrania naukowe. I na temat jednego z takich zebrań powiem coś nader ciekawego. Otóż wymyśliliśmy, że bardzo dobrze by się stało, gdyby pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznej  dowiedzieli się od psychologa, jak sobie radzić ze stresem powodowanym tym, ze oni prowadząc kontrole w różnych placówkach i zakładach pracy nie są witani z otwartymi ramionami ale wręcz przeciwnie, odczuwają ze strony kontrolowanych otwartą wrogość . Poprosiłem więc  o  wykład na ten temat mego kolegę dr psychologii klinicznej Ireneusza Ścigałę. Jego wykład był tak bardzo porywający dla słuchaczy, głównie kobiet, że dr Ścigała został przymuszony do wystąpienia na następnym zebraniu raz jeszcze. Oto, co znaczy być dobrym wykładowcą! Razem z mgr Marią Gogolewską zacząłem jeździć do Warszawy do siedziby PTH zlokalizowanej przy ul. Karowej 31. Ulica Karowa słynie z tego, że co jakiś czas organizowane są na niej wyścigi samochodowe. Warto spojrzeć na mapę i obejrzeć, jak kręta jest ta ulica, pokryta brukiem, przez to śliska, ładnie wygląda przez to, że znajduje się tam wiadukt im. Markiewicza – znanego przedwojennego higienistę. I co bardzo ważne, przy tejże ul Karowej 31 mieści się zabytkowy budynek, którego właścicielem jest PTH. Budynek jest ogromny i dlatego PTH wynajmuje większość powierzchni użytkowych tego budynku różnym firmom i instytucjom. Z tego tytułu PTH ma wpływy, które pozwalają organizować szereg konferencji naukowych na terenie całego kraju jak i wydawać 2 czasopisma naukowe. Są to: „Problemy Higieny i Epidemiologii” znajdujące się na stronie internetowej: www.phie.pl i „Hygiea – Public Health” na stronie: www.h-ph.pl. Jak już stałem się członkiem prezydium zarządu głównego PTH, to postarałem się, ażeby wydawane dotąd nieregularnie przez PTH czasopismo „Problemy Higieny i Epidemiologii” przekształcić w nowoczesny periodyk naukowy z wersją papierową i równocześnie z wersją elektroniczną. To miało miejsce w 2005 r. Natomiast w 2010 r. przekształciłem drugie z do tej pory nieregularnie wydawane czasopismo o nazwie Hygiea  w  Hygiea – Public Health. Ponieważ mój wkład w przekształcanie tych 2 czasopism został pozytywnie oceniony, uczyniono mnie  redaktorem naczelnym tych 2 czasopism. Czasopisma te w mojej ocenie drukują artykuły coraz większej jakości naukowej, przy czym należy podkreślić, że wszystkie artykuły są recenzowane. W tejże pracy redakcyjnej wspomaga mnie wspomniana dr Aneta Klimberg, która jest sekretarzem w obu redakcjach tych czasopism. W 2015 r. dr Aneta Klimberg wraz z informatykiem PTH, Panem Mirosławem Lisieckim stworzyli platformę redakcyjną czasopism PTH, znajdującą się na stronie: www.pth.pl w zakładce „wydawnictwa”. W dzisiejszych czasach jest wymóg, aby każde nowoczesne czasopismo naukowe posiadało taką platformę, na której autorzy się logują i wstawiają swoje artykuły, które następnie są poddawane recenzowaniu przez anonimowych recenzentów. Ponieważ recenzenci również nie znają personaliów autorów artykułów, to recenzje te staja się coraz bardziej ostre – i oto przecież chodzi w nauce, żeby jakość artykułów była jak najwyższa i ażeby nie drukować przysłowiowych bubli. Na rzecz redakcji tych czasopism działa m.in. Pani Edyta Kaminiarz, która prowadzi sekretariat Zakładu Higieny w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, gdzie znajduje się obecnie redakcja czasopism PTH. Pani Edyta odbiera znaczącą liczbę telefonów do redakcji i trzeba tutaj podkreślić – co może wielu zaskoczyć – że najczęściej telefonują autorzy słabych i bardzo słabych publikacji z pytaniami, kiedy ich artykuły zostaną opublikowane. Ci, którzy piszą najlepiej, z reguły nie telefonują. Bardzo ważną rolę dla czasopism ma wygląd czasopisma, jego okładka. Przyjęliśmy, że na ostatniej stronie ”Problemów Higieny …” będziemy zamieszczać rzeźby, obrazy z wizerunkami starożytnej bogini zdrowia – Hygiei, córki boga Asklepiosa. I cóż się okazuje? Mija 10 lat jak wydajemy ten kwartalnik i jeszcze nam nie zabrakło tych wizerunków Hygiei do zamieszczania. W sierpniu 2015 r., kiedy przebywałem na konferencji dotyczącej żywienia w Szanghaju, zauważyłem pomnik Hygiei przed jednym z luksusowych hoteli, wśród innych rzeźb zdobiących wejście o hotelu. We wrześniu 2015 r., kiedy byłem z pomocą humanitarną dla tamtejszej Polonii na Ukrainie, dostrzegłem pomnik Hygiei przed miejscowym uniwersytetem w miejscowości Dubno. Wspominam o tym dlatego, że tych pomników na świecie jest jednak sporo. I być może wystarczy ich nam jeszcze na wiele okładek. To świadczy również o tym, że myśl o profilaktyce o zachowaniu zdrowia przejawia się również i w taki sposób, że stawiane są pomniki Hygiei – bardzo różne, jeżeli chodzi o ich styl, wyraz artystyczny, ale zawsze mają atrybuty tejże bogini, jakimi są owijający się wąż na ręku bogini i czarka, z której karmi ona tego węża. Z kolei na okładce 2 czasopisma „Hygiea …” umieszczamy informacje wraz z ilustracjami o różnego rodzaju akcjach prozdrowotnych. Na przykład ogródki ziołowe, które przybierają różne formy. W Szwecji np. przywiązuje się do nich dużą wagę i komponuje się takie ogródki w środku miasta, po to, aby przechodzień mógł do nich swobodnie wejść, usiąść na ławeczce , odpocząć wśród delikatnych woni ,  ale jednocześnie  przyjrzeć się różnym ziołom, i poczytać zamieszczone przy nich tabliczki z dokładnym opisem rośliny. Ideą tych ogrodów jest  zachęta  mieszkańców do przyjrzenia się rosnącym tam  ziołom, przeczytania informacji, że wszystkie mają wielowiekową tradycję ich stosowania, nie tylko leczniczą ale także w celach kulinarnych jako przyprawy. Myśl przewodnia jest taka: „żyw się zdrowo, staraj się o to, aby twoje potrawy były podawane także estetycznie z ładnym przybraniem przez różne zioła mające znaczenie prozdrowotne, które przez wieki stosowały nasze matki, babki i prababki”. Nie musisz patrzeć daleko, szukaj blisko, na terenie, na którym mieszkasz. Jest przyjęte, i taka jest zachęta dla przechodniów, że jeśli są zainteresowani daną rośliną, to mogą się nią poczęstować nieodpłatnie a nawet wziąć fragment, aby posadzić u siebie w ogródku. I to jest taka przyjemna działalność z obszaru edukacji zdrowotnej, która rozwija się  na szczęście również i w Polsce. Jak żyć prozdrowotnie? To jest wielkie pytanie i raz po raz jesteśmy zaskakiwani czymś, co wydawało się dla nas oczywiste a raptem dochodzi do zmiany poglądów. Oto przykład: moja doktorantka Anna Edbom-Kolarz, która pracuje w Poradni Rehabilitacji Wzroku w Sztokholmie miała ostatnio przenosiny tejże poradni w nowe miejsce i w całkiem nowe warunki. Pracownicy przyszli i zdumieli się, że ich biurka są na innej wyższej wysokości i w zasadzie nie przewidziano krzeseł ani siedzisk. Otóż są argumenty na rzecz tego, aby w pracy zawodowej nie siedzieć a stać. Takimi argumentami może być to, że stojąc tracimy więcej kalorii, co jest korzystne, gdyż wielu z nas cierpi na otyłość i  tych otyłych jest coraz więcej. Ponadto , jak udowodniono, praca w pozycji stojącej jest bardziej korzystna dla kręgosłupa niż w pozycji siedzącej. Przeciwskazaniami dla pracy w pozycji długotrwałej stojącej są oczywiście zaawansowane żylaki kończyn dolnych. Oczywiście to wszystko wymaga dalszych badań i długofalowych obserwacji. A wspominam o tym głównie dlatego, że poglądy naukowe z obszaru profilaktyki mogą się wyraźnie zmieniać. Podobnie przecież jest w medycynie klinicznej. Znane są np. przypadki, że przez lata określony lek uważano za korzystny w określonej chorobie a po latach okazało się, że tak nie jest i że wskazania do danego leku trzeba zmienić albo też dany lek skreślić z listy leków dopuszczonych do obrotu.

Oddział Poznański PTH został dostrzeżony na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym PTH w Warszawie w 2006 r., co przejawiało się min. tym, że do prezydium zarządu głównego PTH została wybrana dr Aneta Klimberg a niżej podpisany został wybrany na w-ce prezesa zarządu głównego PTH; na prezesa zarządu głównego PTH wybrano wówczas dr medycyny Kazimierza Dragańskiego z Zakładu Higieny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W 2010 roku jednogłośnie wybrano mnie na prezesa zarządu głównego PTH i pełniłem tę funkcję przez dwie kadencje tj.  do 2018 roku . Jako  X prezes Polskiego Towarzystwa Higienicznego , starałem się kontynuować   tradycje tego Towarzystwa, co zostało docenione,  ale też  godnie reprezentować swój Poznań J . Zgodnie z założeniami statutowymi , w kolejnych wyborach już nie mogłem kandydować , zaproponowałem więc bardzo aktywnie działającą wspomnianą dr Anetę Klimberg, której osoba została przez większość zaakceptowana. W ten oto sposób nastąpił przełom w tradycji PTH- została pierwszą w dziejach Towarzystwa  kobietą – prezesem. cdn

Po zebraniu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Higienicznego, 2017 r.  W pierwszej linii ówczesny ( do 2018 r. )- X  Prezes- Jerzy T. Marcinkowski i obok dr Aneta Klimberg- która  jest XI Prezesem PTH…

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 13 ). Moja praca higienisty, neurologa i biegłego sądowego – krótkie rozważania.

Jerzy T. Marcinkowski, chyba lata 80 ubiegłego wieku…

Przed laty rozpoczęliśmy pisanie pamiętników, które z różnych powodów do tej pory nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ teksty już były, zaprosiłam do blogu Kolegów ze wspólnych lat spędzonych na studiach na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (1965 – 1971). Przyjęli zaproszenie i dzięki temu Pamiętniki w raczej ich fragmenty są  dostępne w sieci i mogą poczytać choćby potomkowie…..a jak się okazuje, również zgłaszają się dawni pacjenci, dobrze wspominając swojego doktora. To jest bardzo miłe….

A oto ciąg dalszy kart z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego, profesora medycyny z którym odnalazłam to, co nas połączyło przy wspólnym stole w Anatomicum- młodość :),  pasję pisania, umiłowanie życia,  przyrody, ciekawość Świata i wieczne nim zadziwienie..

W rozmowach z koleżankami i kolegami często jestem postrzegany jako ten, co zna się tylko na higienie. W tym jednym słowie HIGIENA, mieści się obszar bardzo rozległy i dotyka nie tylko wszystkich specjalności medycznych, ale bywa, że jednoczy inne dyscypliny nauki w ich aspekcie dbałości o zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, jak np. architekturę, inżynierię głównie sanitarną, czy biologię z jej działami botaniki, zoologii, mikrobiologii, genetykę, ale także psychologię, czy socjologię a nawet prawo, politologię i ekonomię.

Od okresu po ukończeniu studiów w 1971 r. działam w tym szerokim obszarze teoretycznym, bo do takich zaliczany jest Zakład Higieny, i jednocześnie klinicznym jako neurolog oraz jako biegły sądowy w dziedzinie neurologii (od 1983 r.), co zmusza mnie do poznawania meandrów prawa, kontaktów z prawnikami, co nie zawsze bywa przyjemne (na sali sądowej) – o czym już pisałem, ale też stanowi ogląd tragedii życiowych innych ludzi i niesie ze sobą różne pytania – w jakim stopniu moja opinia wpłynie na czyjeś życie.

I myślę, że potrafiłbym przekonać wielu, iż taka praca na kilku polach naukowych i praktycznych, na kilku odmiennych obszarach działania, przynosi satysfakcję, nie mówiąc o nieustannym poszerzaniu horyzontów i częstym  zadziwieniu nad stale odkrywającymi się nowymi tajemnicami ludzkiego życia i zdrowia.

Chociaż są i tacy – i to dominuje we współczesnej nauce – którzy zajmują się bardzo wąskimi, ściśle określonymi tematami. Ma to oczywiście spore plusy, gdyż temat ten jest długo i dogłębnie drążony oraz daje możliwość wnikania do jądra tajemnicy z nim związanej. Ponadto taki rodzaj pracy związany jest z cechami osobowości, które determinują takie czy inne wybory życiowe.  Jako przykład mogę tutaj podać Panią docent z jednego z instytutów – w której komisji habilitacyjnej uczestniczyłem – która w swej pracy naukowej zawęziła się tylko i wyłącznie do badania spermy pod kątem postrzegania w niej zmian będących wynikiem narażenia na szkodliwe czynniki środowiskowe. Wniosek z jej badań był taki, że sperma mężczyzn z Polski jest coraz gorszej jakości, co w sytuacji niżu demograficznego ma narastające znaczenie. Można by tu przytoczyć słowa znanej piosenki Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni?”

Moje doświadczenia z pracy w Zakładzie Higieny zawsze były i są nadal bardzo pozytywne. To miło jest przemawiać do studentów w duchu medycyny profilaktycznej, podawać przykłady, że każda złotówka zainwestowana w medycynę profilaktyczną przynosi wielokrotnie większe zyski aniżeli zainwestowana w medycynę naprawczą (kliniczną). I to jest prawda znana od dziesięcioleci, ale wciąż niedostrzegana przez decydentów – tych, którzy kierują ministerstwem zdrowia, jak i tych, którzy układają programy nauczania na wydziałach lekarskich. Przykładem niech będzie fakt, że gdy rozpoczynałem dydaktykę z higieny w 1971 r., to mieliśmy wówczas zajęcia trwające aż 3 tyg. na IV roku dla studentów medycyny, które potem stopniowo były „obcinane”. Spadaliśmy też niżej i niżej w sensie roku studiów i obecnie nauczamy na I roku w wymiarze zaledwie 15 godzin, tj. kilkakrotnie mniejszym aniżeli w przeszłości. Ten przykład dobitnie ilustruje rozbieżność pomiędzy tym, co mówi się o ważności profilaktyki a tym, co jest w rzeczywistości. Proszę przyjrzeć się, czym zajmuje się głównie Ministerstwo Zdrowia. Już z samej nazwy wynika, że powinno się ono zajmować stanem zdrowia Polaków, a tymczasem główne problemy, jakimi to Ministerstwo Zdrowia się zajmuje, to choroby. Może to w zbytnim uproszczeniu opisałem, ale generalnie tak się sytuacja przedstawia. Ważną kwestią są postawy ludzkie względem własnego zdrowia. Dobrze jest, jak ludzie sami działają na rzecz poprawy własnego stanu zdrowia i zdrowia swoich bliskich poprzez np. aktywność fizyczną, rekreacyjne uprawianie sportów, najlepiej na łonie przyrody, z całą rodziną. Dobrze, że pojawiła się moda na Nordic Walking, czy jednoczenie seniorów w Uniwersytetach Trzeciego wieku, których działalność obejmuje różnorodne formy zajęć i  w Polsce działaj bardzo prężnie. Ale od lat mamy wielkie problemy z zachowaniami antyzdrowotnymi, jak chociażby palenie tytoniu, uzależnienie od alkoholu, narkotyków i ostatnio wielki problem związany z tzw. dopalaczami. Dotyczy to zwykle młodych ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze całe życie. Istotnym, narastającym problemem są ruchy antyszczepionkowe. Ich działalność  może doprowadzić do wybuchu epidemii różnych chorób zakaźnych,  już obecnych w bliskim nawet sąsiedztwie i powoli wkraczających do Polski, a często znanych jedynie starym lekarzom. Negatywna siła działania tych ruchów, zwłaszcza w Internecie, jest ogromna. Można obserwować „zalew” przekonywujących filmików, wielokrotnie drastycznych  rycin oraz danych w tabelkach, którym można by uwierzyć, gdyby nie znajomość jak są te dane układane i jak się nimi manipuluje.  Nie będę dłużej o tym pisał, bo temat jest niezwykle obszerny i należy do wiodących w epidemiologii naszych czasów. Wspominam o tym dlatego, że tą tematyką się zajmowałem i zajmuję nadal.  Praca na rzecz poprawy stanu zdrowia populacji, jak już wspominałem, jest często niedoceniana, gigantyczna,  żmudna, wymaga cierpliwości, rozwagi. Musi być kontynuowana przez młode pokolenia, które staramy się wychować, abyśmy w jak najlepszej kondycji jako naród przetrwali przez zawiłości historyczne.

c.d.n.

Jerzy T. Marcinkowski z siostrą Ewą i Andrzejem Colonna-Walewskimi. Jak opowiada Jurek- siostra , oczywiście lekarka, najstarsza z trójki rodzeństwa, to nie tylko pełna uroku osobistego, piękna, ciepła kobieta, ale także  mądra . Obraz ten należy uzupełnić o znaną na całym podwórku  historię   z lat dziecięcych Jurka, powtarzaną pewnie przez kolejne pokolenia , jak to obroniła swych młodszych braci przez bandą chuliganów, rzucając się na nich z pazurami  , czym wprowadziła bandziorów w osłupienie 🙂

P. dr Ewa wdraża   w czyn zalecenia higienistów, często ich zawstydzając- nie tylko przyjaźni się z roślinami w swoim bardzo wypielęgnowanym i obdarowywanym czułością ogrodzie, przemierza kilometry po polach i lasach z ukochanym psem, ale także maluje bardzo ciekawe, oryginalne obrazy….nic dodać, nic ująć ….

Jerzy T. Marcinkowski na jednym z sympozjów  poświęconych higienie…temat musi być ważny, sądząc po dynamicznej powadze współrozmówczyni oraz uśmiechu Jurka, który jednak słucha z uwagą, jak zwykle….

Te książki znalazłam w necie- może niezbyt dokładnie szukałam, ale wielka ich mnogość , jaką Jurek redagował zarzuciłaby pewnie cały mój blog 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 12 ). Praca w Zakładzie Higieny . Fragment z Wikipedii.

23.04.2018- Imieniny Jerzego –  część zespołu: od prawej-  dr n. biol. Aneta Klimberg , dr n. biol. Ewa Ulatowska, dr n. med. Daniel  Zielonka, sekretarka p. Lidia Pawlaczyk  i Kierownik Katedry Medycyny Społecznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu- prof. Jerzy T. Marcinkowski..

Jerzy T. Marcinkowski  w swoim gabinecie przy ul. Rokietnickiej 5c w Poznaniu z p. sekretarką Lidią Pawlaczyk i dr hab. Czesławem Żabą (kierownikiem Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu). Jurek pisze, że Zakład Higieny w 1996 roku przeniesiono  z Collegium Maius pod powyższy adres  ( od dwóch lat był już Kierownikiem tegoż Zakładu). Jak można się domyślać przeniesienie z laboratoriami włącznie nie było łatwe, a ponadto smutno było opuszczać te historyczne mury )

Jest 26.06.2013 roku. Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu. Jerzy T. Marcinkowski otrzymuje Nominację na profesora tytularnego z rąk Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego .…

” Pracę w Zakładzie Higieny rozpocząłem 1 listopada 1971 r. i przeszedłem przez wszystkie szczeble, tj. od asystenta aż do profesora zwyczajnego. ”

Z  jakiegoś nieznanego mi powodu , Jurek  w swoim pamiętniku napisał tylko to jedno zdanie  ( które zamieściłam w cudzysłowie), na temat swojej ścieżki naukowej  i zawodowej wiodącej przez Zakład Higieny w Poznaniu . Dlatego pozwalam sobie, gwoli rzetelnej dokumentacji w blogu, skopiować i zamieścić odpowiedni fragment tego, co napisano na ten temat w Wikipedii:   W 1971 otrzymał dyplom lekarza medycyny i został pracownikiem naukowo-dydaktycznym Zakładu Higieny Ogólnej macierzystej uczelni. W 1973 został starszym asystentem, a rok później uzyskał stopień doktora nauk medycznych (1974) i awansował w 1975 na pozycję adiunkta. (…)

( …) W latach 1994-1996 pełnił obowiązki kierownika Zakładu Higieny Instytutu Medycyny Społecznej na Wydziale Lekarskim i zmienił profil prac badawczych Zakładu, dostosowując go do możliwości laboratoryjnych. W 1998 został powołany przez rektora do pełnienia obowiązków zastępcy dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej Akademii Medycznej w Poznaniu; w 2001 był jego dyrektorem, a od likwidacji Instytutu w 2001 i przekształcenia go w Katedrę Medycyny Społecznej, pełni funkcję kierownika tej Katedry.

W 1998 uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk medycznych  na podstawie oceny dorobku naukowego oraz rozprawy Studium higieniczno-socjomedyczne funkcjonowania chorych z przewlekłym wirusowym zapaleniem wątroby. W 2004 został mianowany na stanowisko profesora nadzwyczajnego Akademii Medycznej w Poznaniu. W 2013 otrzymał tytuł profesora nauk medycznych. W tym samym roku został zatrudniony jako profesor zwyczajny w Wyższej Szkole Bezpieczeństwa w Poznaniu. W 2015 awansował na stanowisko profesora zwyczajnego w macierzystym Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Od 2017 jest wykładowcą na Wydziale Medycznym Uczelni Łazarskiego. Od 2018 jest wykładowcą na Wydziale Lekarskim i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Zielonogórskiego. cdn.

zdj własne , niebo nad Michałowicami, może symbol wielu zainteresowań Jerzego T. Marcinkowskiego albo Jego drogi zawodowej, nie wiem zresztą, tak mi przyszło…

Tu wyraźnie dominuje jedna chmura 🙂

Jerzy T. Marcinkowski na jakimś sympozjum…dla mnie świetnie uchwycony gest „Przewodnika ” …

Dla porządku w temacie tzw. praw autorskich, o których ostatnio rozmawiamy z kolegami, muszę zaznaczyć, że wszystkie zdjęcia z wizerunkiem Jerzego T. Marcinkowskiego zamieszczone w tym blogu, są Jego własnością.  Wszystkie inne podpisuję- albo są moje , albo z Wikipedii.