Na medycznej ścieżce. Objawy …

 

 

Podczas badania jamy brzusznej należało sprawdzić obecność objawów, które musieliśmy sami wywołać.

Do takich objawów należy objaw Blumberga .

Po raz pierwszy opisał ten objaw w roku 1907 Jacob Moritz Blumberg, niemiecki chirurg i ginekolog.

Badanie polega na delikatnym i wolnym uciskaniu powłok brzusznych a potem nagłym oderwaniem dłoni .

W przypadku ostrego zapalenia otrzewnej chory właściwie nie odczuwa bólu przy delikatnym uciskaniu brzucha, natomiast przy odrywaniu, ból jest ostry i silny. Jest to prawdopodobnie wywołane rozklejaniem blaszek otrzewnej ,  bolesnej w wyniku jej zapalenia oraz nagłą zmianą ciśnienia w jamie brzusznej.

Innym obowiązującym badaniem jest ocena objawu Jaworskiego. Jest on charakterystyczna dla zapalenia wyrostka robaczkowego. Pacjent leży na plecach , unosi kończynę dolną prawą do góry. Następnie badający naciska palcami dłoni okolicę wyrostka robaczkowego a jednocześnie pacjent opuszcza wyprostowaną w kolanie nogę do poziomu. Objaw uznaje się za dodatni, gdy w trakcie opuszczania pojawia się narastający ból. Jest to zwłaszcza widoczne w przypadku nietypowego, bo zakątniczego położenia wyrostka. Na temat sylwetki lekarza- Jaworskiego niestety nie znalazłam informacji w Internecie.

Zastanawiam się dlaczego. O Polakach pochodzenia niemieckiego lub żydowskiego zamieszczono tam sporo danych. Czy to przypadek tylko , że o Jaworskim nikt nie wspomina….

Innym,  ważnym  objawem jest objaw Goldflama.  Wywołujemy go przez uderzanie dłonią zwiniętą w pięść w grzbiet drugiej ręki płasko ułożonej w okolicy kąta kręgosłupowo- żebrowego pacjenta. Jeśli chory zgłasza wtedy ostry ból w tej okolicy, mówimy, ze objaw Goldflama jest dodatni. Sugeruje to ostry stan zapalny leżącej  w tej okolicy nerki. Najczęściej jest to związane z  obecnością złogu w nerce .

Objaw ten po raz pierwszy, w 1900 roku ,  opisał polski neurolog Samuel Goldflam.

Gdy sumiennie wykonywaliśmy wszystkie elementy badania lekarskiego w czasie pierwszych zajęć klinicznych otwierał się przed nami tajemny świat medycyny.

Nie wiem, jak to wyglądało na uczelni warszawskiej , ale teraz, z perspektywy czasu podziwiam  tę rzetelną i bardzo poważną edukację prowadzoną przez „szkołę  poznańską”.

A może tak myślę, bo byliśmy bardzo młodzi, wszystko było nowe i pozostało w pamięci jako pierwsze wielkie zauroczenie…

Na medycznej ścieżce. Guz w brzuchu..

 

Pod koniec zajęć z propedeutyki interny w poznańskiej klinice, otrzymaliśmy samodzielne zadanie zbadania brzucha pacjenta.

Nie udostępniono nam dokumentacji medycznej, należało jedynie zebrać wywiad, zbadać chorego i zdać relację z wyników tego badania.

Mnie przydzielono pacjentkę w ostatniej sali kliniki. Jak zwykle weszłam tam z powagą i tajonym lękiem.

Jej łóżko znajdowało się po lewej stronie od wejścia. Oceniłam sytuację, i odetchnęłam z ulgą,, że przysuwając taboret do łóżka, znajdę się tak, jak należy po prawej stronie pacjentki.

Była to kobieta o zniszczonej, zmęczonej twarzy, ale patrząc w jej młode jeszcze oczy, oceniłam, że chyba ma niewiele ponad 40 lat. Była poważna i smutna. Rozpoczęłam rozmowę, zadawałam pytania na które odpowiadała z pewnym ociąganiem.  

Została skierowana do szpitala w celu wyjaśnienia dość tajemniczych objawów jak mdłości poranne, sporadyczne wymioty, dziwne odczucia smakowe i w efekcie utratę masy ciała.  Od razu pomyślałam o najgorszym. Wszystkie objawy niestety pasowały  do bardzo poważnej choroby, a mianowicie raka trzustki, właśnie tak opisywanej w podręcznikach.

Zadałam mnóstwo dodatkowych pytań, w tym o liczbę ciąż i porodów. Miała troje zdrowych i dość dużych dzieci. Wcześnie przekwitła, nawet bez specjalnych objawów typowych dla klimakterium. 

Przebywała w szpitalu już ponad miesiąc. Tempo postępowania diagnostycznego  było wg niej dość ślamazarne. Może lekarze chcieli mieć czas na obserwację, pomyślałam. Wykonano jej podstawowe badania krwi i moczu, z których jak powiedziała, nic niepokojącego nie wynikało. Dzielnie przebyła gastroskopię , do której używano grubej sztywnej rury i dość cienką i jak makaron  dość łatwą do połknięcia sondę dwunastniczą. W tych badaniach  też na szczęście nic nieprawidłowego nie znaleziono.

Zanim przystąpiłam do wykonywania zadania, tj oceny jamy brzusznej, tak jak należało dokonałam badania całego jej organizmu. . Oceniłam chód  i podstawowe objawy neurologiczne. Oczywiście badanie neurologiczne było nieudolne, bo jeszcze tego nie przerabialiśmy w praktyce. Ale od czego była wiedza podręcznikowa, której miałam pełną głowę. Mdłości mogły przecież być objawem jakiegoś schorzenia w obrębie układu nerwowego, myślałam gorączkowo.

Wreszcie nadszedł moment, by przystąpić do głównego zadania.

Pacjentka nie zgłaszała żadnego bólu, więc odważnie rozpoczęłam badanie.

Nie znajdowałam miejsc bolesnych, ani żadnych  nieprawidłowości.

Gdy doszłam do uciskania okolicy nad spojeniem łonowym coś mi się nie spodobało.

Nie byłam pewna, czy nie wyczuwam kości łonowej, ale opanowując emocje, powtórzyłam ocenę.

Jednak coś wyczuwałam nad spojeniem  łonowym.

Było to twarde, równe, niebolesne zgrubienie.

Pomyślałam, że jest to przepełniony pęcherz moczowy. I dlatego ponownie spytałam o to, czy zgłasza jakieś problemy z oddawaniem moczu. Chora przyznała, że ostatnio częściej niż zwykle oddaje mocz, a nawet musi w tym celu wybudzać się w nocy i wędrować do łazienki. Ale dowiedziała się , że w kilku  badaniach moczu nie stwierdzano zmian chorobowych.

Nie informowałam chorej o swoim odkryciu, podziękowałam za umożliwienie mi pierwszego samodzielnego badania, powoli podeszłam do drzwi. Gdy zamknęłam je za sobą, rzuciłam się   pędem w kierunku gabinetu lekarskiego.

W pokoju panowała  cisza, jedynie zakłócana skrzypieniem piór. To lekarze wypełniali dokumentacje pacjentów.

Gdy gwałtownie wpadłam do ich gabinetu, podnieśli głowy znad papierów i popatrzyli na mnie z wyrzutem, że zakłócam im spokój.

Oprzytomniałam, wyciszyłam się i zapytałam kto zajmuje się moją chorą. Odezwał się lekarz urzędujący w głębi pokoju, podeszłam dostojnie i z powagą oznajmiłam, że odkryłam w brzuchu mojej pacjentki guz. Myślałam, że wszyscy osłupieją i wpadną w podziw nad moją spostrzegawczością . Czekałam na jakieś okrzyki a może nawet przerażenie, że do tej pory niczego nie rozpoznali.

Ale nikt nie reagował, wszyscy opuścili głowy i dalej skrobali w historiach chorób.

I wtedy lekarz, który zajmował się moją pacjentką oznajmił, że początkowo też myślał o różnych schorzeniach, podejrzewając te najgorsze. W dniu przyjęcia do szpitala jeszcze niczego patologicznego nie wyczuwało się w brzuchu. Ale dobrze, że pacjentka pozostała dłużej, bo właśnie niedawno ją  ponownie dokładnie zbadał i odkrył to samo co ja. Wyraźnie coś się zmieniło w czasie tego miesiąca. Dzisiaj skierował ją na  konsultację ginekologiczną, w wyniku której rozpoznano zwykłą ciążę.

Byłam zaskoczona, przecież mówiła mi , że już przestała miesiączkować i na pewno przebyła klimakterium.

A ja w swojej nieomal dziecięcej  naiwności, nawet nie pomyślałam, że w życiu tak jak w medycynie to co wydaje się niemożliwe czasami właśnie jest możliwe…Dobrze zapamiętałam tę lekcję…

Nie wiem jak potoczyły się losy pacjentki, czy się cieszyła, że nie ma choroby nowotworowej, czy tę radość zabijał lęk co będzie dalej. Posiadanie kolejnego dziecka  nie dla każdego było radością…

Na marginesie muszę dodać, że działo się to w roku 1967. To były czasy, gdy nie wymyślono jeszcze badań ultrasonograficznych ani prostych do wykonania  prób ciążowych.

Ale myślenie o prawdopodobnych  stanach fizjologicznych i chorobach było takie samo jak dzisiaj, przynajmniej powinno być…

 

 

Na medycznej ścieżce. Ludwik Rydygier.

 

 

Porteret Ludwika Rydygiera z asystentami. Leon Wyczółkowski, 1897 rok.

 

Gdy pobiegliśmy na blok operacyjny, by sekundować chirurgom w czasie operacji naszego pacjenta, dowiedzieliśmy się, że w czasie tego zabiegu będzie zastosowana metoda Rydygiera.

Po powrocie do domu zajrzałam do encyklopedii i zadziwiłam się. Otóż  ten sposób leczenia wymyślił Rydygier ponad 80 lat temu.  Mimo postępu w medycynie, metoda okazała się ponadczasowa.

Z ogromnym zainteresowaniem poczytałam o tej postaci.

Ludwik Rydygier urodził się w 1850 roku, w Dusocinie niedaleko Grudziądza, w zaborze pruskim. Był synem właściciela majątku, który nosił nazwisko Riediger.

Uczył się w Pelplinie, Chojnicach a następnie w Chełmnie. Studia rozpoczął w Krakowie a   kontynuował je w Greifswaldzie( G).

Ludwik od wczesnej młodości demonstrował swoje polskie pochodzenie a teraz nawet zmienił swoje rodowe nazwisko Riediger na spolszczone – Rydygier.

Po ukończeniu studiów, obronił pracę doktorska i pracował w  Chełmnie, gdzie udało mu się otworzyć niewielką klinikę.  

Był bardzo aktywny nie tylko zawodowo, ale też naukowo. Nieustannie publikował liczne prace z zakresu chirurgii.

Powrócił do G. , potem przeniósł się do Jeny, gdzie uzyskał tytuł doktora habilitowanego. Ubiegał się o katedrę chirurgii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, ale miejsce to zajął za poparciem Theodora Billrotha – Jan Mikulicz – Radecki.  Nazwiska obu profesorów przeszły do historii medycyny.

Dopiero po kilku latach, gdy Mikulicz przeniósł się do Królewca Rydygier został kierownikiem tej krakowskiej kliniki.

Po 10 latach dostał propozycję objęcia nowej katedry i kliniki chirurgii Uniwersytetu Lwowskiego. Zgodził się i w 1897 roku został profesorem tego Uniwersytetu.

Był też dziekanem lwowskiego Wydziału Lekarskiego, wychował wielu znakomitych chirurgów, przyszłych profesorów. 

A w latach 1901/1902 został Rektorem Uniwersytetu Lwowskiego .

Należał do ścisłego grona najwybitniejszych ówczesnych polskich a także światowych chirurgów.

W 1880 przeprowadził pierwszy w Polsce a drugi na świecie zabieg wycięcia odźwiernika z powodu raka żołądka, a w 1881 pierwszy na świecie zabieg resekcji żołądka z powodu owrzodzenia. W 1894 roku wprowadził nową metodę chirurgicznego leczenie choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy za pomocą zespolenia żołądkowo- jelitowego.

Rydygier był autorem (1900) oryginalnej metody usuwania gruczolaka prostaty i wielu innych technik operacyjnych.  Niektóre wprowadzone przez niego metody operowania żołądka, raka odbytnicy, amputacji, kardiochirurgii, ortopedii, chirurgii plastycznej, urologii – są stosowane do dziś.

W 1889 roku zorganizował pierwszy w Polsce zjazd chirurgów.

Zjazdy te w 1921 roku dały początek Towarzystwu Chirurgów Polskich .

Nie opuścił Lwowa, gdy mu zaproponowano przejście na Uniwersytet Karola w Pradze.

W roku 1903 otrzymał tytuł szlachecki ( galicyjski) jako Ludwik Rydygier Ritter von Ruediger.

W czasie I wojny światowej kierował szpitalem wojskowym w Brnie.

Po zakończeniu tej  wojny powrócił do Lwowa.

W listopadzie 1918 roku brał udział w słynnej obronie  Lwowa przed  Ukraińcami.

W 1920 roku rozpoczął organizowanie szpitali wojskowych , był szefem sanitarnym Dowództwa Okręgu Generalnego „ Pomorze”, konsultantem i naczelnym chirurgiem Dowództwa „ wschód”. W 1920  został mianowany generałem  brygady.

Zmarł nagle, 25 czerwca 1920 roku. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim, później jego szczątki przeniesiono na Cmentarz Obrońców Lwowa.

 

Oglądam  postać Ludwika Rydygiera utrwaloną na portrecie namalowanym przez Wyczółkowskiego. To postać z której aż bije witalność i wielka energia. W tle grupka lekarzy płci męskiej.

Nie znamy jego relacji z kobietami w zwykłym życiu.

Ale pozostał we wspomnieniach jako wielki przeciwnik obecności kobiet w zawodzie lekarza, co przybierało formy pewnego dziwactwa. Na własny koszt zamieszczał w prasie ogłoszenia: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”

W roku 1897 zagłosował przeciwko przyjmowaniu kobiet na Wydział Lekarski.

Ponoć wtedy, gdy  wchodził do jakiegokolwiek pokoju lekarskiego wołał od drzwi „ Szukam jakiegoś lekarza”. Po czym się rozglądał się dookoła i z zaciekawieniem  patrzył na pracujących przy biurkach lekarzy. Niestety widział tam wiele kobiet.

I wtedy zawiedziony powtarzał tęsknie „ Jakiegoś lekarza…”

 

Wg autorki felietonu zamieszczonego w  ostatnim numerze „ Gazety Lekarskiej” o utrzymujących się różnicach pomiędzy lekarzami wynikającymi z płci, można usłyszeć chichot ducha Rydygiera :„ A co nie miałem racji?”

Od  ponad 40 lat wielokrotnie przechodziłam żoliborską uliczką  Rydygiera. Wówczas nie zastanawiałam się nad jej imiennikiem. Zawsze gnałam tamtędy w wielkim pośpiechu, rozdarta pomiędzy pracą zawodową i problemami  rodzinnymi. Dobrze, że doczekałam tego momentu, w którym  przyszedł spokój i czas refleksji. I teraz wracam do dawnych studenckich czasów i przy okazji nadrabiam zaległości wiedzy. Mam uczucie, że nade mną zamyka się tajemny krąg. Jak dobrze, że nie jest za późno.

I przy okazji się zastanawiam nad życiem kobiety w zawodzie lekarskim. Zdarzało mi się myśleć, że kobieta lekarka nie powinna zakładać rodziny i pozostawać w stanie wolnym, jak zakonnica, by bez reszty poświęcać się tylko jednej sprawie. Walce o zdrowie i życie swoich chorych.

A może Rydygier miał jednak trochę racji …..

 

 

I jeszcze raz przedstawiam , bo  dla mnie niezwykły jest ten „Portret Ludwika Rydygiera z asystentami”. Leon Wyczółkowski, 1897

 

Na medycznej ścieżce. Deskowaty brzuch..

 

 

Owrzodzenie żołądka. Zdjęcie z Wikipedii.

 

W czasie zajęć na propedeutyce medycyny pan Profesor omawiał szczegóły badania brzucha, typowe objawy różnych schorzeń także takie, które  ujawniały się przy specjalnym badaniu.  

Któregoś dnia profesor zaprosił nas do sali, gdzie na łóżku leżał bardzo cierpiący pacjent. Nie poruszał się, miał podkurczone nogi. Mówił, że ma silne bóle brzucha, które promieniują do barków i nasilają się przy każdym ruchu. Profesor od razu powiedział nam , że te objawy sugerują zapalenie otrzewnej.

W odróżnieniu od napadu kolki nerkowej, gdy  chory jest niespokojny, zmienia pozycję ciała, nasz pacjent unikał ruchów i by zmniejszyć natężenie bólu, sam intuicyjnie wybierał nieruchomą pozycję, która zmniejszała napięcie mm brzucha.

Pan profesor zapytał chorego, czy zgodzi się, byśmy dotknęli delikatnie jego brzucha. Podziwiałam, że mimo cierpienia, nie protestował. Wiedział, że lada moment znajdzie się na bloku operacyjnym, gdyż lekarz który go przyjmował do szpitala podejrzewał uszkodzenie ściany żołądka( perforację ) wymagające pilnego  zabiegu operacyjnego.  

Najdelikatniej jak potrafiłam, położyłam dłoń na brzuchu chorego. Poczułam niezwykłą twardość powłok brzusznych. To był klasyczny brzuch tzw deskowaty , określany też jako obrona mięśniowa a będący wynikiem odruchowo napiętych mm brzucha. . Informacje na ten temat znajdowaliśmy już wcześniej w podręcznikach interny. Ale to było zupełnie coś innego, wiedza teoretyczna nabrała innego wymiaru. Tutaj był żywy człowiek i jego cierpienie.

Wiedzieliśmy też, że w tym stanie często  dochodzi do porażennej niedrożności jelit co manifestuje się  zatrzymaniem gazów i stolca. Zapytałam o to, a pacjent potwierdził. Przyłożyłam mój zielony fonendoskop do jego powłok i nie usłyszałam prawidłowych szmerów perystaltycznych. W jamie brzusznej chorego panowała zupełna cisza.

Podziękowaliśmy choremu, że umożliwił nam badanie w tak dramatycznej dla niego sytuacji. Chyba nie bardzo kontaktował, był sam ze swoim cierpieniem.

Po chwili do sali weszły pielęgniarki i  powoli wytaczały łóżko z cierpiącym w kierunku bloku.

Szliśmy za nim, jak w nabożnej procesji, cicho , prawie na palcach, życzyliśmy mu powodzenia.

Nie myśleliśmy wtedy, że należało także życzyć powodzenia lekarzom. Nie bardzo zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo jest zaangażowany chirurg, ile poświęca własnych sił, i właściwie w czasie zabiegu staje się jednym organizmem ze swoim chorym.

Profesor wyraził zgodę na to, byśmy poszli na salę operacyjną . Zabieg przebiegał sprawnie, faktycznie , jak podejrzewano,  była to perforacja żołądka.

Następnego dnia od razu pognaliśmy się  na salę pooperacyjną . Z daleka ujrzeliśmy naszego pacjenta. Mimo cewników wystających mu z nosa, zauważyliśmy , że się do nas uśmiecha. To był niesamowity człowiek, dzielny, przyjazny ludziom, dzięki niemu poznawaliśmy prawdziwą medycynę.

Dziękowaliśmy mu wtedy i do tej pory mu dziękuję.

Nie wiem jak potoczyło się jego życie, może już cieszy się innym światem, ale pozostał na stałe w mojej wdzięcznej pamięci…..

 

 

Na medycznej ścieżce. Badanie bezpośrednie brzucha.

 

 

Przewód pokarmowy człowieka. Zdjęcie z Wikipedii.

 

Pan profesor  Jan Roguski uprzedzał nas, że chyba najtrudniejszym elementem badania przedmiotowego, tj badania polegającego na użyciu jedynie zmysłów lekarza,   jest ocena stanu narządów w jamie brzusznej

Profesor wymagał , by  przystępując do badania lekarskiego mieć  zadbane dłonie,  paznokcie  krótko obcięte, zwracał uwagę dziewczynom, by unikać jaskrawych lakierów do paznokci, bo mogłoby to drażnić pacjenta.

Najpierw należało zapytać chorego, w którym miejscu odczuwa jakąś dolegliwość.

Następnie układało się  dłoń jak najdalej od bolesnego miejsca, tak, by cała przylegała do powierzchni ciała pacjenta . Czynność ta musiała być wykonywana miękko i  delikatnie .  I potem stopniowo , lekko i pulsująco uciskając  opuszkami palców należało przesuwać dłoń w kierunku bolesnego miejsca….

Typowe badanie brzucha rozpoczynało się od prawego dołu biodrowego, wolno kierując się po obwodowej części brzucha . Po drodze ocenialiśmy brzeg wątroby, jeśli była powiększona- jej wielkość- tzn na ile palców wystaje spod łuku żebrowego, jej spoistość, powierzchnię .

Poszukiwaliśmy bolesności w nadbrzuszu, co mogło sugerować schorzenie żołądka lub trzustki,  potem powiększonej śledziony i ocenialiśmy czy nie wyczuwa się przepełnionego kałem  jelita grubego .

Nad spojeniem łonowym czasami można było wyczuć pęcherz moczowy. Gdy był wypełniony , a pacjent nie oddawał moczu, można było podejrzewać różne przyczyny  tego stanu np. zatkanie cewki moczowej przez kamień, nowotwór albo schorzenie  neurologiczne. Wędrując przy pomocy delikatnego badania palpacyjnego po powłokach jamy brzusznej , czasami można było odkryć jakieś zgrubienia lub wyraźne guzy.

Potem sprawdzaliśmy obecność  innych objawów, które musieliśmy sami sprowokować. Uczyliśmy się więc, jak to wykonywać. Poznaliśmy zasady wywoływania objawu  Jaworskiego, Blumberga, Chełmońskiego i  Goldflama.

Te pierwsze nauki odebrane w poznańskiej klinice zapamiętałam na całe życie.

Byliśmy tacy młodzi, przejęci i zaangażowani.

Co się z nami stało potem? Jakie były nasze drogi , może napotkaliśmy progi, których nie daliśmy rady pokonać?

Gdzie się podział nasz entuzjazm, optymizm i wola precyzyjnego doskonałego  wykonywania   zawodu?

A może to wszystko przetrwało , tylko stało się chlebem powszednim,  rutyną .

Po prostu się zestarzeliśmy i życie stało się zwyczajne  i bezbarwne.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Akupresura.

 

 

Zwolennicy akupresury uważają, że Head nie odkrył  niczego nowego, bo w bardzo dawnych czasach wiedzieli o tym Chińczycy. I znaleźli praktyczne zastosowanie tej wiedzy, rozpowszechniając metodę terapii , określanej przez nas jako niekonwencjonalna. Jest nią akupunktura i akupresura.

Nie miałam okazji, by poddać się takim zabiegom . A szkoda, bo lekarz powinien zapoznać się z  nietypowymi  metodami leczenia, chociażby dlatego, by mieć swój pogląd na leczenie, które w ogólnym przekonaniu jest co najmniej kontrowersyjne.

Jednak doznałam kiedyś zadziwiającego doświadczenia. Otóż kiedyś byliśmy w Chlewiskach, gdzie poza podziwianiem cudnego pałacu , niezwykłego parku i znakomitym balem sylwestrowym, zaproponowano nam masaż całego ciała. Nigdy nie zgadzałam się na masaże , zresztą nie lubiłam żadnych zabiegów wykonywanych na moim ciele. Jednak na fali entuzjazmu, idąc w ślady koleżanek,  wyraziłam akceptację. W czasie tego zabiegu, masażysta dotarł do moich stóp. I wówczas doznałam obezwładniającego relaksu całego ciała. Potem powiedział, że zastosował  elementy akupresury.

Tak więc słów parę na temat akupresury, wiedzy znalezionej w Wikipedii.

Akupressura, zwana refleksologią należy do metod medycyny naturalnej. Nadal nie ma żadnych badań naukowcych , które wytłumaczyłyby jej działanie i potwierdziły efekty. Jednak to nie umniejsza jej trwającej na całym świecie  popularności.

Jest łatwiejszą w wykonaniu formą akupunktury. W odróżnieniu od tej ostatniej, nie nakłuwa się określonych miejsc na ciele specjalnymi igłami, a jedynie uciska i głaszcze konkretne miejsca, co może doprowadzać do zmniejszenia odczuwania bólu i pokonania niektórych schorzeń.

Jest metodą wywodzącą się z medycyny chińskiej, znaną już  od I wieku p.n.e. jej zwolennicy twierdzą, że znana była już w trzecim tysiącleciu przed narodzeniem Chrystusa. Nazwa zabiegu pochodzi od łacińskiego acus, co oznacza igłę.  Do Polski dotarła w latach 80 XX wieku i do dziś jest jest jedną z najpopularniejszych technik medycyny niekonwencjonalnej , czasami dodawana jako uzupełnienie medycyny konwencjonalnej. Czasami nazywa się ją” miękką akupunkturą „.

Opiera się na poglądzie, że organizm człowieka jest tak skonstruowany, że żaden narząd nie funkcjonuje w pojedynkę a jest sprzężony z innymi.

Wg medycyny chińskiej nasz organizm funkcjonuje dzięki energii życiowej, nazywanej chi.  Składa się ona z energii Yin i Yang . Energia ta przepływa ona przez kanały- meridiany, które odpowiadają za pracę konkretnych narządów. W czasie choroby dochodzi do zaburzeń przepływu tej energii, co zakłóca pracę narządów. Zaburzenia w  jednym meridianie, mają wpływ na kolejne i w efekcie  dochodzi do zaburzeń całego ustroju. Jest to określane mianem holizmu. W efekcie dochodzi do ujawnienia niektórych  chorób somatycznych.

Uciski akupresury powodują odblokowanie zatkanych kanałów , a tym samym otwarcia  miejsc energetycznych co ułatwia przepływ energii Yin i Yang i wyrównania energetycznego całego ustroju.

Na podstawie tej teorii, wyodrębniono specjalne punkty tzw akupunkturowe. Znaleziono 361 takich miejsc.  Każde z nich  jest odpowiedzialne za funkcję jakiegoś narządu czy układu. Ich uciskanie, nakłuwanie sprawia, że odblokowuje się energia, ustępuje ból odpowiadającej im części ciała. Ponadto ułatwione jest m.in. usuwanie toksyn z organizmu.

Jednak na  podstawie żadnych badań naukowych nie znaleziono opisywanej przez Chińczyków energii ani też nie udowodniono żadnego proponowanego modelu działania.

Na naszym poziomie wiedzy, pozostają jedynie rozważania teoretyczne

Niektórzy , nawet poważni lekarze dopuszczają  możliwość , że w mózgu  człowieka poddanego takiej terapii, wytwarzana jest  duża ilość  hormonów o działaniu znieczulającym, zwanych endorfinami.

Psycholodzy  uważają, że to tylko działanie sugestii, takie jak w przypadku zażycia domniemanego leku, w efekty którego uwierzy pacjent , a który jest jakąś zupełnie  obojętną dla organizmu  substancją. Określane jest to  mianem placebo.

Skuteczność placebo opiera się  na wstępnej wierze pacjenta w skuteczność leczenia a następnie podtrzymywaniu tej wiary  i  tym samym uruchomieniu sił jego woli by zwalczyć chorobę.

Jeszcze inna teoria , która w świetle badań Heada wydaje się wysoce prawdopodobna głosi, że stymulacja odpowiednich punktów powoduje blokowanie przewodzenia bodźców bólowych w układzie nerwowym.

Wg sceptyków tej metody , uczucie przepływu energii , którą czasami odczuwają pacjenci, poddani tej terapii, jest jedynie wynikiem  masażu, który powoduje rozluźnienie ciała i redukcję napięć mięśniowych a w konsekwencji  poprawia się  krążenie krwi. W końcowym efekcie pojawia się  odczuwanie ciepła całego ciała oraz ogólne odprężenie.

 Żadna teoria nie wyjaśnia jednak skuteczności działania akupresury w chorobach przewlekłych, w przypadkach nowotworów czy w konkretnych schorzeniach narządów wewnętrznych.

Zostało to uczciwie przedstawione w materiałach dotyczących leczenia akupunkturą i akupresurą. Podano tam  przeciwwskazania i objawy niepożądane.

Przeciwwskazania:
– łagodne i złośliwe nowotwory
– ciąża, okres menstruacji
– ostre choroby infekcyjne i gorączkowe o niejasnej etiologii
– przewlekłe choroby infekcyjne w stadium zaostrzenia
– zawał mięśnia sercowego
– zakrzepice tętnicy wieńcowej oraz zatory w okresie ostrym
– daleko posunięte wyniszczenie
– wybroczyny, otwarte rany, stany zapalne, czyraki, ropnie
– wybroczyny, podskórne wylewy krwi
– żylaki, obrzęki

Objawy niepożądane:

– biegunki
– kołatania serca
– zawroty i bóle głowy
– wymioty
– uczucie zmęczenia

 

Mimo, że jestem starym lekarzem medycyny konwencjonalnej,  mam wewnętrzne przekonanie, że  nadejdzie taki moment  gdy obserwacje mędrców chińskich zostaną potwierdzone naukowo. Przecież żyjemy w czasach , gdy postęp nauki i techniki jest tak zaskakujący i dynamiczny, że niemożliwe i niewyobrażalne staje się możliwe….

 

 

Zdjęcia z Wikipedii

Na medycznej ścieżce. Lokalizacja bólu.

 

Pan Profesor Rogulski wielokrotnie przypominał, że przystępując do badania brzucha, na wstępie należy zapytać pacjenta o to, czy odczuwa ból. Jeśli tak, to w którym miejscu i jaki jest jego charakter.

Wspominał o nietypowych objawach różnych schorzeń.

Ale wiedza teoretyczna nie zdała by się na nic, gdyby nie zajęcia kliniczne.

Jak zwykle nieocenieni byli nasi pacjenci. Bardzo chętnie z nami rozmawiali i opowiadali o swoich i cudzych przeżyciach. Poświęcaliśmy dużo czasu na takie rozmowy. To była prawdziwa szkoła życia. Taka, której się nie zapomina. Należało tylko wsłuchać się w to, co ten człowiek ma nam  do przekazania. W dzisiejszym wiecznie zapędzonym świecie, jakże mało uwagi poświęca się innym. Rozmyślam o tym po latach i podsumowuję swoje doświadczenia zawodowe. I wiem, że najlepsze były lekcje udzielane mi przez chorych, pielęgniarki i własne czasami żmudne docieranie do sedna sprawy.

Tak więc i tym razem, jeden pacjent opowiadał, jakie miał objawy zawału serca. Bolała go szczęka, żołądek, bark. Chodził po lekarzach różnych specjalności. Był konsultowany przez stomatologa, gastrologa i ortopedę. Nikt nie znalazł schorzenia z zakresu swojej specjalności. Wreszcie zasłabł na ulicy, został zawieziony do szpitala. I tutaj się okazało, że przebył zawał mięśnia sercowego. Miał chłop naprawdę dużo szczęścia, że uszedł z życiem. Teraz leżał sobie spokojnie na swoim szpitalnym łóżku, całkowicie unieruchomiony, mógł jedynie gadać. Takie to były czasy, gdy pacjent z zawałem musiał pozostawać w łóżku przez okres 3- 6 tygodni. Pomyślałam wtedy, że chyba faktycznie jest nam pisane, co ma się wydarzyć. Przecież czasami wystarczy nagłe zamknięcie światła tętnic wieńcowych i spotyka nas nagła śmierć. A bywa, że pacjent normalnie funkcjonuje mimo ciężkiej choroby. Uczyłam się, jak nieprzewidywalna jest natura ludzka. Może nawet z tego okresu utrwaliłam w sobie sposób myślenia, który można by nazwać katastroficznym. Starałam się  sobie wyobrażać  wszystkie możliwe aspekty sprawy, przewidywać przebieg chorób i w jakiś sposób przeciwdziałać zabezpieczając się przed skutkami. Ale zdaję sobie sprawę, że czasem wyobraźni nie staje i życie zaskakuje. Z drugiej strony cieszę się, że coś mnie jeszcze zaskakuje. I wiem, że dlatego warto żyć, by stale poznawać…..

Inny pacjent leczył się z powodu bólów pleców. Miał wprawdzie duże zmiany w rtg kręgosłupa, ale choroba się nasilała, nie pomagały zastrzyki. Wylądował w szpitalu , gdzie rozpoznano zapalenie trzustki.

Słuchając opowieści pacjentów, starałam się zapamiętać te wszystkie historie.

Jak wyraźnie została zobrazowana teoretyczna wiedza o tzw odruchach trzewno- skórnych. Przenoszenie bólu w inne regiony ciała odbywa się za pomocą układu nerwowego noszącego nazwę – autonomiczny. Przecież tego uczyliśmy się na zajęciach z fizjologii, ale teraz usłyszałam przykłady z życia wzięte.

Po raz pierwszy zauważył to zjawisko, wyjaśnił i opisał angielski neurolog, żyjący w latach 1861-1940, Henry Head.

Był on pionierem prac nad somatyczną (cielesną ) reprezentacją nerwów i nerwami czuciowymi.

Większość badań prowadził z psychiatrą Williamem Halsem Riversem.

Na jego cześć obszary na skórze odbierające ból z narządów wewnętrznych nazwano polami Heada.

W podręcznikach anatomii możemy znaleźć rysunki powierzchni ciała człowieka z zaznaczonymi polami…

 


 

Henry Head. Zdjęcie z Wikipedii.

Na medycznej ścieżce. Badanie brzucha.

 

Wyodrębniłam ten temat, bo badanie brzucha było dla mnie istnym misterium.

Ileż narządów ukrywało się pod tą nieomal jednolitą  powłoką. Z reguły wszystkie były położone w miejscach typowych, które widziałam w wielu atlasach oraz w czasie zajęć sekcyjnych.

Ale dowiedziałam się , że niezwykle rzadko natura płata figle, by nie usypiać czujności lekarza i narządy  człowieka układa  po przeciwnych niż spodziewana stronach. Nazywane jest to odwróceniem  trzew ( situs inversus. ).

Organizm pacjenta funkcjonuje prawidłowo, tak że  posiadacz odwróconych trzew  wielokrotnie dowiaduje  się o tym w czasie dokładnego badania lekarskiego a bywa, że się w ogóle nie dowiaduje.   

Pan Profesor Rogulski opowiadał nam o takich przypadkach , uczulał na przewidywanie takiej  możliwości, pokazywał zdjęcia rentgenowskie  a któregoś dnia zaprosił swojego znajomego,  właściciela odwróconych trzew. Właśnie on był moim pierwszym pacjentem , u którego oceniałam narządy zlokalizowane w klatce piersiowej.  

Jak  przebiegało to badanie , opisałam w poprzednim wpisie.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze samodzielne badanie

I nadszedł dzień, gdy otrzymaliśmy samodzielne zadanie.

Profesor przydzielił każdemu z nas pacjenta, którego musieliśmy zbadać i potem zdać relację z wyników tego badania .

Chorzy ci  byli rozmieszczeni w różnych salach, tak więc znalazłam się sam na sam i oko w oko z kilkoma panami leżącymi na mojej sali.

Weszłam do niej nieomal na palcach, z wielkim przejęciem i starannie ukrywanym niepokojem.

Panowie leżeli sobie na łóżkach i czułam, jak mnie lustrują spojrzeniami.

Widać było, że bardzo nie cierpieli, bo byli uśmiechnięci, a w ich oczach nawet z pewnej perspektywy można  było zobaczyć rozpalające się  łobuzerskie ogniki.

Powiedziałam ogólne dzień dobry, przedstawiłam się , powiedziałam w jakim celu przychodzę i zapytałam , który z panów nazywa się tak i tak. Odezwał się , leżał pod oknem, skąd rozpościerał się przedni widok na całą salę. Czułam się jak na celowniku.  

Rozejrzałam się, szukając stołka. Ale już jeden z panów, usłużnie przysunął do mnie stołek z okrągłym siedziskiem.

Widocznie byli już zaznajomieni z systemem ciągłych badań przez różnych studentów i znali zwyczaje pana Profesora.

Tym razem trafił im się niezły kąsek- niebrzydka, młodziutka i przejęta studentka. Takie lubili najbardziej.

Sprawdziłam, czy stołek znajduje się w odpowiednim miejscu. Powtarzałam w duchu, że jak zalecano, muszę się usadowić po prawej stronie badanego.

Następnie dość sprawnie zebrałam wywiady na wszystkie możliwe tematy : dotyczące stanu zdrowia, trybu życia, sposobu odżywiania i wszelakich obciążeń genetycznych.

Odpowiadał płynnie, pewnie powtarzał tą śpiewkę dość często.

Potem chętnie się rozebrał, pewnie chciał się pochwalić wielką postacią wytatuowaną pod lewym obojczykiem. Gdy oglądałam to znalezisko, powiedział, że jest to jego Baśka. Ale to odkrycie nie wiązało się z jego stanem zdrowia, najwyżej świadczyło o bujnym życiu. Poprosiłam, by przespacerował się w kierunku drzwi i z powrotem. Zerwał się żwawo z łóżka i wykonał polecenie. Widziałam, że nie utykał, nie zbaczał z linii prostej co mogłoby sugerować jakieś schorzenie ortopedyczne lub neurologiczne.   Więc uznałam , że wszystko było ok. Potem dokładnie obejrzałam jego skórę, zbadałam węzły chłonne i przystąpiłam do opukiwania granic serca i płuc.

Umiałam już odpowiednio ustawiać  dłoń, trochę mi to przypominało edukację przed zajęciami gry na fortepianie. Tak więc ułożyłam palce prawej dłoni w lekkim zgięciu i poruszając całą dłonią jedynie w stawie nadgarstkowym , uruchomiłam mechanizm jakby młoteczka. Delikatnie uderzałam palcem środkowym w powłoki klatki piersiowej, miejsce przy miejscu, idąc od obojczyków, następnie od lewej linii pachowej przedniej w kierunku domostkowym.

I w tym momencie znieruchomiałam.

Nie usłyszałam charakterystycznej zmiany odgłosu, przy przejściu znad terenu płuc na teren który zajmuje serce.

Powtórzyłam ten manewr jeszcze raz, wyciągając uszy, którym nie dowierzałam.

Myśli moje dość chaotycznie gnały po całej skołatanej głowie. Przecież starannie wykonywałam wszystkie czynności, słuch, nawet muzyczny  miałam niezły a coś mi się nie zgadzało. Wyglądało na to ,że pacjent w ogóle nie ma serca. Może rozrosły się jego płuca, uzyskując megarozmiary i zakryły biedne serce. 

Powoli coś mi zaczęło świtać, ale zanim przystąpiłam do opukiwania płuc po prawej stronie klatki piersiowej, usłyszałam ryk. Panowie długo powstrzymywali emocje, przecież doskonale znali przyczynę mojego zakłopotania i teraz pokładali się ze śmiechu. Udał się najlepszy kawał, przebój sezonu.

Pacjent parskał , prychał i krztusząc się ze śmiechu zakomunikował ,  że serce to on ma i to całkiem zdrowe, tylko natura go obdarowała pewną odmianą rozwojową .

Teraz bardzo się cieszy, mówił dalej, że może służyć jako model do badania. Zawsze mu się udaje zaskoczyć  studentów i wtedy wszyscy w sali mają  radochę . Pozwala im to zapominać o dolegliwościach, przyspiesza zdrowienie.

Ich sala jest najweselsza i najzdrowsza w całej klinice, tempem sukcesów terapii cieszą się wszyscy lekarze. Powinien zostać rezydentem-demonstratorem  w tej klinice, by poprawiać wyniki leczenia wszystkich chorych. Bo śmiech to zdrowie, powiedział .

Teraz to, co mi mgliście świtało w głowie, nabrało jasnego światła i wkrótce znalazłam serce po prawej stronie klatki piersiowej pacjenta. Jego granice wskazywały na  lustrzane odbicie serca prawidłowo położonego. Jest to określane mianem dekstrokardii. Zdarza się to nieczęsto . Może  temu towarzyszyć  odwrócenie narządów w jamie brzusznej  i wówczas mówimy o situs inversus – tj o odwróceniu trzew.

Sprawnie wysłuchałam szmery zastawkowe i byłam gotowa do zdania relacji panu Profesorowi.

Gdy opisywałam swoje odkrycie, bardzo szczerze przyznałam, że w procesie diagnozowania brali udział wszyscy pacjenci. Profesorowi podobało się moje wyznanie i pochwalił za to , że potrafię się przyznać do swoich trudności.

Powiedział też, że zawsze warto rozmawiać z pacjentem i przedstawiać mu swoje wątpliwości, dzielić się uwagami i w ten sposób angażować go w proces diagnozowania i wynikających z tego  postępowań terapeutycznych.

Po wielu latach wracam myślami do tego, co powiedział Profesor i nadal się zastanawiam, jak dalece lekarz powinien informować pacjenta o swoich wątpliwościach. Czy jest gdzieś linia ograniczająca , jeśli jest,  to niezwykle delikatna i płynna.

Przecież każdy człowiek jest inny i inaczej reaguje. Tylko jak to wyczuć i przewidzieć reakcję?

To jedno z najtrudniejszych zadań lekarza.

 

Na medycznej ścieżce. Badanie klatki piersiowej.

W tych czasach nie było żadnych filmów szkoleniowych  ani nagrań  z utrwalonymi  odgłosami słyszalnymi  podczas opukiwania granic płuc czy serca lub dźwiękami poszczególnych tonów serca.

Uczyliśmy się więc od Pana Profesora, który opowiadał i pokazywał . Potem każdy z nas powtarzał poszczególne elementy badania.

Byliśmy przejęci, młodzieńczo wrażliwi i staraliśmy się wchłonąć całą wiedzę, przekazywaną nam w czasie zajęć z propedeutyki medycyny.

Nie zapomnę  drżenia swojego serca , gdy usłyszałam bicie serca obcej, chorej osoby.

Ten moment stał się elementem przełomowym w dalszym życiu medycznym.

Poczułam niezwykłą więź z drugim człowiekiem, który powierzał  mi swoje największe tajemnice.

To było przekroczenie zaklętego kręgu intymności.