Na medycznej ścieżce . Lata 60 ubiegłego wieku . Drugi nauczyciel.

sobota, 07 stycznia 2012 7:50

Pewnego dnia w sąsiedniej kamienicy zamieszkał dr Kaczmarek. Niestety nie zapamiętałam imienia.

Po pewnym czasie moi Rodzice poznali Jego Rodzinę. Nie wiem, czy można tę znajomość nazwać przyjaźnią, ale wzajemne kontakty były ciepłe itrwały wiele lat. Nawet po wyjeździe Państwa Kaczmarków, a potem moich Rodziców do innego miasta, utrzymywano kontakty listowne .

 

Ta Rodzina była  dorodna. Pani Domu, piękna kobieta, uśmiechnięta, zawsze elegancka i niezwykle pracowita. Rozpoczynała dzień bardzo wcześnie, zajmując się pracami domowymi. Któregoś dnia  Mama zobaczyła ją na balkonie, gdy o 3 nad ranem rozwieszała tam pranie. Potem wychodziła do pracy ( chyba była nauczycielką ), a popołudniami do kawiarni, gdzie spotykała się z przyjaciółkami. Doprawdy mogła imponować innym kobietom.

Mieli dwoje bardzo ładnych i mądrych dzieci. Syn Andrzej został lekarzem a Marychna farmaceutką.

Nasz sąsiad był ordynatorem ortopedii w gorzowskim szpitalu. I po kilku latach, gdy obronił pracę doktorską, wszyscy przenieśli się chyba do Włocławka a potem do Poznania .

 

Moi Rodzice podziwiali Go, bo prowadzenie prac związanych z przygotowywaniem doktoratu w warunkach gorzowskich i przy bardzo absorbującej pracy, było  trudne. Wymagało to także dojazdów do ośrodka klinicznego ( chyba w Poznaniu ). Podobno nie korzystał z żadnych przywilejów w tym czasie, wykonywał swój zawód i niewiele osób ze środowiska o tym wiedziało.

 

A dla mnie  pozostał  przykładem człowieka, który przekroczył poziom codziennych zajęć – domowych  i zawodowych. I wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że chcieć to móc.

Na medycznej ścieżce. Pierwszy nauczyciel . Rok 1957.

czwartek, 05 stycznia 2012 7:11

 

Gdy miałam 10 lat, zaczęłam zauważać niektórych znajomych moich Rodziców.

Między innymi był to pan doktor Piotr Kunowicz. Gdy przychodził do naszego domu na jakieś spotkania towarzyskie, często zadawano mu pytania dotyczące zdrowia. Odpowiadał bardzo poważnie, dokładnie analizował objawy, głośno rozmyślał nad możliwą przyczyną i po rozpoznaniu choroby, szczegółowo ją omawiał. A potem proponował różne metody leczenia.

Siedziałam gdzieś daleko, ale wyciągałam uszy. Temat był frapujący. Ponadto bardzo mi się podobał ten pan doktor. Był dostojny. Zachwycała mnie jego pełna powagi sylwetka, głos i sposób opowiadania.

Po bardzo wielu latach pamiętam Go doskonale.

I mogę powiedzieć, że był moim pierwszym wzorem i przewodnikiem duchowym po meandrach medycyny.

Podziel się

Na medycznej ścieżce. Lalka.

wtorek, 03 stycznia 2012 6:47

Gdy już podjęłam decyzję, że zostanę lekarzem, poważnie zaczęłam się przygotowywać do tego zawodu. Początkowo ulubionej, zresztą jedynej, szmacianej lalce rysowałam kolorowe linie na brzuchu. Kiedyś używając nożyczek do paznokci wykonałam jej operację . Odkryłam z przerażeniem, że z brzucha lalki wysypują się trociny. Lalkę uratowała moja Mama, wykonując przepiękny szew. Ja jeszcze nie umiałam szyć, zresztą byłam zbyt wystraszona. Przez pewien czas pielęgnowałam lalkę. Przecież miała  jeszcze świeży szew !  Ale gdy uznałam, że jest już zupełnie zdrowa, pojawiały się kolejne „ choroby” wymagające wykonania przeze mnie operacji. Ale pomna wcześniejszego doświadczenia nie używałam już nożyczek. Pozostały kredki …… Moja „praktyka lekarska „ trwała długo. Aż przyszedł czas, gdy zabawy lalkami przestały mnie już interesować.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze kroki.

niedziela, 01 stycznia 2012 11:08

Rodzice mojej Mamy byli góralami beskidzkim. Uprawiali ziemię, hodowali piękne czerwone krowy i kochali konie. Mama została nauczycielką. Rodzice Taty to kresowa szlachta herbowa . Ojciec ojca – Tomasz był organistą . Tata  uwielbiał kolej i został inżynierem dróg i mostów. Mój brat – Zenon był dziennikarzem a także  dość cenionym krytykiem .

W rodzinie nie było żadnego osobnika zajmującego się zdrowiem ludzi.

 

A ja od dzieciństwa marzyłam , by zostać lekarzem .

Właściwie to nie wiem dlaczego.

Może dlatego, że  przebyta wojna zostawiła ślady na zdrowiu rodziców.  Mieli już  40 lat  i bardzo się o nich bałam. I pewnie wtedy pomyślałam, żeby w przyszłości im pomagać .

Sama też często chorowałam i dostawałam zastrzyki . Wykonywał je niski gruby pielęgniarz. Miał strzykawkę zakończoną grubą igłą. To nie było przyjemne, ale zaciskałam zęby, ponieważ  czułam, że po tych zastrzykach zdrowieję. I że wreszcie będę  mogła wyjść  na podwórko.

 

Ukochane podwórko było moim wielkim  światem. Rozciągało się pomiędzy  dużymi  kamienicami i miało jedyne drzewo. Był to  cherlawy ale dość rozłożysty bez, który rósł  nad wielkim śmietnikiem. Na tym bzie przesiadywałyśmy z przyjaciółką Bajką. Ulubionym zajęciem było wyrywanie dziurek w liściach bzu. Powstawały wtedy piękne, misterne serwetki. Obserwowałyśmy też, czy nie wyjrzy ze śmietnika szczur. Poza tym na śmietniku widziałyśmy bardzo ciekawe przedmioty. Stare buty, pudełka , dziwne szmatki i inne rupiecie.

Ponieważ przesiadywanie nad śmietnikiem oraz zabawy  w błocie polegające na lepieniu z niego pączków, było zajęciem bardzo miłym, znosiłam cierpliwie ból zastrzyków wykonywanych grubą igłą…..

Podziel się



Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

  • dodano: 13 stycznia 2012 19:47

    …wybrałaś własną drogę i poszłaś nią…często właśnie w dzieciństwie pojawiają się pierwsze myśli nt. tego coby się chciało robić w przyszłości…jeśli dobrze rozumiem Rodzice nie narzucili Ci swojej drogi…nie zabraniali, a mi niestety tak…bardzo chciałam pójść w ślady Mamy, Ona mi odradziła, do dziś żałuję…

    A podwórko? Oj, miałam do swej dyspozycji prawie pół ha ziemi, kilkunastu kolegów i koleżanek i nasze zabawy były nieco inne…bardziej ruchowe…eh żal:(

    autor Meg

  • dodano: 08 stycznia 2012 13:22

    … a moim podstawowym zajęciem było… pałaszowanie rosnących na podwórku „chlebków”. Chyba nie wyszło mi to na zdrowie.

    autor Maria

    blog: bakhitaa.bloog.pl/

  • dodano: 05 stycznia 2012 19:03

    A wiesz, że też robiłam z koleżanką z liści bzu serwetki??? Zupełnie o tym zapomniałam, dopiero czytając przypomniałam sobie:)
    Odnoszę takie wrażenie (może się mylę), że Ci lekarze Twojego pokolenia są zupełnie inni, niż Ci którzy rozpoczęli swoją drogę zawodową kilka lat temu. Nie wiem, ale jakoś nie mam do nich zaufania…

    autor rodorek

    blog: rodorek.bloog.pl