Ale poza opisanymi przypadkami, praca w przychodni przynosiła mi też możliwość poznania wielu ciekawych osób.
O jednej z sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek już pisałam wcześniej.
Była też rodzina pp Drobczyńskich.
Pani była nauczycielką francuskiego.
Miała nieco orientalną urodę. Była drobna, szczupła miała niewielki nosek i ogromne czarne jak węgiel , żywe oczy z długimi rzęsami . Emanowała energią i radością.
Wyobrażałam sobie, że podobała się uczniom i że musiała być ogólnie lubiana.
Czasami tylko przychodziła do przychodni z powodu jakiś banalnych infekcji, które nakładały się na zawodową chrypkę.
Po latach spotkałam ją w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefanii Sempołowskiej w Warszawie. Szkoła ta była położona blisko domu i wybrała ją trójka naszych dzieci.
Najstarsza córka ambitnie uczęszczała do odległego od nas, ale najwyżej notowanego w rankingach LO im. Lelewela.
Ucieszyłam się, gdy stwierdziłam, że w pobliskim LO im. Sempołowskiej naucza Pani Drobczyńska.
Tak się nawet zdarzyło, że była wychowawczynią Marcina.
Było mi miło, że nasza znajomość sięga dawnych czasów. Myślę, że ona też czuła podobnie. Ale poza tym miała bezpośredni sposób bycia, w kontaktach z ludźmi nie tworzyła sztucznych barier.
Dzięki niej mogłam być spokojna, że ona czuwa nad moimi i nie tylko moimi dziećmi i natychmiast reaguje, gdy zauważy coś niepokojącego.
Telefony interwencyjne od niej na szczęście zdarzały się rzadko.
Dzieciaki mieściły się w średniej zachowań , uczyły się dobrze.
No, może Marcin dostarczał więcej emocji. Nie z powodu zachowania, ale z powodu zmienności ocen. Gdy się nie przygotował, zdobywał dwóje ( jedynek wówczas nie było) ale zaraz potem otrzymywał piątki. Tak więc ostatecznie wypadał dobrze.
Po latach powiedział, że w czasach licealnych rozwijał się intelektualnie, kosztem wiedzy podstawowej. Faktycznie, bywał w kinach, teatrach, na koncertach, ale przede wszystkim czytał.
Czytał bardzo dużo, czasami zawalał noce .
Pod urzędem Dzielnicowym Warszawy Żoliborz były kioski z różnymi wyrobami. Tam właśnie mieścił się jego zaprzyjaźniony antykwariat. Zawarł znajomość z panem, który prowadził ten punkt. Marcin dostawał, tzn. kupował za przysłowiowe grosze prawdziwe smakowite kąski literackie.
Bywało, że wracał do domu z workiem książek, tak szczęśliwy , jakby złapał Pana Boga za nogi.
Na wywiadówkach starałam się być, czasami jedynie przemieszczałam się do różnych gabinetów gdyż równocześnie były zebrania w klasach Marcina i Ewki. Dopiero potem kontynuowała tradycję uczęszczania do tej szkoły nasza najmłodsza, Paulina, młodsza o 6 lat od Marcina.
Lubiłam zebrania z panią Drobczyńską. Były rzeczowe, pogodne.
Potrafiła odróżniać prawdziwe problemy, nie koloryzowała, nie przesadzała, a nawet czasami pewnie nie o wszystkim mówiła rodzicom, radząc sobie z młodzieżą , która ją bardzo lubiła. Miała styl kumpeli a jednocześnie trzymała dystans.
Oczywiście na wywiadówce siedziałam trochę spięta, bo jednak coś tam mogło wypłynąć na powierzchnię, jakiś grzeszek mojego synka. Ale właściwie nigdy nie było większych uwag.
Jedynym problemem z Marcinem, o którym wspominała p. Drobczyńska to była zmiana butów.
To całkiem fajna historia.
Mianowicie w tamtych czasach w szkole obowiązywała zmiana butów, w których się chodziło po ulicy na specjalne, szkolne. Te szkolne, były bardzo „wytworne” , nawiasem mówiąc obrzydliwe, sztywne, płócienne sznurowane. Nosiły dumną nazwę – juniorki.
Trudno się dziwić, że młodzież ich nie cierpiała i starała się ominął ów nakaz.
Marcin w tych czasach zdobył upragnione wysokie czarne buty, zw. glany. Ojciec kolegi z klasy pracował w „ tramwajach” i były to ich służbowe buty. Za niewielką cenę sprzedawał je wyrostkom szkolnym., dla których był to szczyt mody, luzu i prawdziwej zachodniej wolności…
Oczywiście pewnego dnia Marcin ostatecznie wywiercił nam przysłowiową dziurę w brzuchu i nazajutrz dumny i blady przyniósł takie buty do domu . Odbyło się niomal komisyjne przymierzanie. Podziwiałam, z jakim uporem codziennie je sznurował , wysoko, jak trzeba. Nawet lubiłam te jego glany, bo taki luzacki styl też mi pasował.
I wówczas Marcin zaczął paradować po szkole w tych swoich ukochanych glanach.
Pani Drobczyńska zwracała mu uwagę, że nie zmienia butów. Marcin wbijał w nią swoje bardzo niebieskie oczęta i niewinnie obwieszczał, że on przecież buty zmienia. Wskazywał na swój worek, a którym spoczywały juniorki i mówił, że z domu przychodzi w juniorkach i zmienia je na szkolne glany….fajny pomysł, z którego śmiała się jego wychowawczyni i rodzice. Oczywiście wkrótce opanowała naszego synka i bidulek się ugiął ….
Pani Drobczyńska uczyła francuskiego i chyba nieźle. Cała nasza trójka zdawała maturę z tego języka, z łatwością porozumiewała się z rodowitymi Francuzami, o czym mogłam się przekonać, gdyż w naszym domu często przebywała młodzież z tego kraju. Ewka poznała na obozie językowym dziewczynę z Lyonu i ta załatwiła jej pracę we Francji. Ewka a potem Marcin co roku wyjeżdżali tam do pracy , opiekowali się dziećmi , pomagali w pracach farmerskich i zawierali ciekawe znajomości. Gdy ktoś z tych znajomych przybywał do nas, bardzo się cieszył mój Tato, gdyż miał okazję pogadania w ich języku, którego uczył się w szkole średniej. Ogólnie mówiąc towarzysko brylował mój Tato.
Po latach zadzwoniła do mnie pani Drobczyńska, z jakimś problemem zdrowotnym syna. Był u mnie kilkakrotnie w CZD, ale okazało się, że problem był niewielki i szybko sam się rozwiązał. Potem spotkałam tego chłopaka w CZD, był już lekarzem i został zatrudniony w tym szpitalu. Nic dziwnego, bo był studentem bardzo dobrym , miał tzw. czerwony dyplom.
I tak przeplatały się nasze losy. …..
