Na medycznej ścieżce. Pani od francuskiego, książki i glany..

Ale poza opisanymi przypadkami, praca w przychodni przynosiła mi też możliwość poznania wielu  ciekawych osób.

 O jednej z sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek już pisałam wcześniej.

Była też rodzina pp Drobczyńskich.

Pani była nauczycielką francuskiego.

Miała nieco orientalną urodę. Była drobna, szczupła miała niewielki nosek i ogromne czarne jak węgiel , żywe oczy z długimi rzęsami . Emanowała energią i radością.

Wyobrażałam sobie, że podobała się uczniom i że musiała być ogólnie lubiana.  

Czasami tylko przychodziła do przychodni z powodu jakiś banalnych infekcji, które nakładały się na zawodową chrypkę.

Po latach spotkałam ją w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefanii Sempołowskiej w Warszawie. Szkoła ta była położona blisko domu i  wybrała ją  trójka naszych dzieci.

Najstarsza córka ambitnie uczęszczała do  odległego od nas, ale najwyżej notowanego  w rankingach LO im. Lelewela.

Ucieszyłam się, gdy stwierdziłam, że  w pobliskim  LO im. Sempołowskiej naucza Pani Drobczyńska.

Tak się nawet zdarzyło, że  była wychowawczynią Marcina.

Było mi miło, że nasza znajomość sięga dawnych czasów. Myślę, że ona też czuła podobnie. Ale poza tym miała bezpośredni sposób bycia, w kontaktach z ludźmi nie tworzyła sztucznych barier.

Dzięki niej mogłam być spokojna, że ona czuwa nad moimi i nie tylko moimi dziećmi i natychmiast reaguje, gdy zauważy coś niepokojącego.

Telefony interwencyjne od niej na szczęście zdarzały się  rzadko.

Dzieciaki mieściły się w średniej zachowań , uczyły się dobrze.

No, może Marcin dostarczał więcej emocji. Nie z powodu zachowania, ale z powodu zmienności ocen.  Gdy się nie przygotował,  zdobywał dwóje ( jedynek wówczas nie było) ale zaraz potem otrzymywał piątki. Tak więc ostatecznie wypadał  dobrze.  

Po latach powiedział, że w czasach licealnych rozwijał się intelektualnie, kosztem wiedzy podstawowej. Faktycznie, bywał w kinach, teatrach, na koncertach, ale przede wszystkim czytał.

Czytał bardzo dużo, czasami zawalał noce .

Pod urzędem Dzielnicowym Warszawy Żoliborz były kioski z różnymi wyrobami. Tam właśnie mieścił się jego zaprzyjaźniony antykwariat. Zawarł znajomość z panem, który prowadził ten punkt. Marcin dostawał, tzn. kupował za przysłowiowe  grosze prawdziwe smakowite kąski literackie.

Bywało, że wracał do domu z workiem książek, tak szczęśliwy , jakby złapał Pana Boga za nogi.

Na wywiadówkach starałam się być, czasami jedynie przemieszczałam się do różnych gabinetów gdyż równocześnie były zebrania w klasach Marcina i Ewki. Dopiero potem kontynuowała tradycję uczęszczania do tej szkoły nasza najmłodsza, Paulina, młodsza o 6 lat od Marcina.   

Lubiłam zebrania z panią Drobczyńską. Były rzeczowe, pogodne.

Potrafiła  odróżniać prawdziwe problemy, nie koloryzowała, nie przesadzała, a nawet czasami pewnie nie o wszystkim mówiła rodzicom, radząc sobie z młodzieżą , która ją bardzo lubiła. Miała styl kumpeli a jednocześnie trzymała dystans.

Oczywiście na wywiadówce siedziałam trochę spięta, bo jednak coś tam mogło wypłynąć na powierzchnię, jakiś grzeszek mojego synka. Ale właściwie nigdy nie było większych uwag.

Jedynym problemem z Marcinem, o którym wspominała p. Drobczyńska to  była zmiana butów.

To całkiem fajna historia.

Mianowicie w tamtych czasach w szkole obowiązywała zmiana butów, w których się chodziło po ulicy na specjalne, szkolne. Te szkolne, były  bardzo „wytworne” , nawiasem mówiąc obrzydliwe, sztywne, płócienne sznurowane. Nosiły dumną nazwę – juniorki.

Trudno się dziwić, że młodzież ich nie cierpiała i starała się ominął ów nakaz.

Marcin w tych czasach zdobył upragnione wysokie czarne buty, zw. glany. Ojciec kolegi z klasy pracował w „ tramwajach” i były to ich służbowe buty. Za niewielką cenę sprzedawał  je wyrostkom szkolnym., dla których był to szczyt mody, luzu i prawdziwej zachodniej wolności…

Oczywiście pewnego dnia Marcin ostatecznie wywiercił nam przysłowiową dziurę w brzuchu i nazajutrz dumny i blady przyniósł takie buty do domu . Odbyło się niomal komisyjne przymierzanie.  Podziwiałam, z jakim uporem  codziennie je sznurował , wysoko, jak trzeba. Nawet lubiłam te jego glany, bo taki luzacki styl też mi pasował.

I wówczas Marcin zaczął paradować po szkole w tych swoich ukochanych glanach.

Pani Drobczyńska zwracała mu uwagę, że nie zmienia butów. Marcin wbijał w nią  swoje bardzo niebieskie oczęta i niewinnie obwieszczał, że on przecież buty zmienia. Wskazywał na swój worek, a którym spoczywały  juniorki i mówił, że z domu przychodzi w juniorkach i zmienia je na szkolne glany….fajny pomysł, z którego śmiała się jego wychowawczyni i rodzice. Oczywiście wkrótce opanowała naszego synka i bidulek się ugiął ….

Pani Drobczyńska uczyła francuskiego i chyba nieźle. Cała nasza trójka zdawała maturę z tego języka, z łatwością porozumiewała się z rodowitymi Francuzami, o czym mogłam się przekonać, gdyż w naszym domu często przebywała młodzież z tego kraju. Ewka poznała na obozie językowym dziewczynę z Lyonu i ta załatwiła jej pracę we Francji. Ewka a potem Marcin co roku wyjeżdżali tam do pracy , opiekowali się dziećmi , pomagali w pracach farmerskich i zawierali ciekawe znajomości. Gdy ktoś z tych znajomych przybywał do nas, bardzo się cieszył mój Tato, gdyż miał okazję pogadania w ich języku, którego uczył się w szkole średniej. Ogólnie mówiąc towarzysko brylował mój Tato.

Po latach zadzwoniła do mnie pani Drobczyńska, z jakimś problemem zdrowotnym syna. Był u mnie kilkakrotnie w CZD, ale okazało się, że problem był niewielki i szybko sam się rozwiązał. Potem spotkałam tego chłopaka w CZD, był już lekarzem i został zatrudniony w tym szpitalu. Nic dziwnego, bo był studentem bardzo dobrym , miał tzw. czerwony dyplom.

I tak przeplatały się nasze losy. …..

 

Na medycznej ścieżce. Wirusy, wirusy

Z opisaną poprzednio historią wiąże się jeszcze jedno . Gdy wracam wspomnieniami do tamtych wczesnych lat 70 ubiegłego wieku nie mogę o tym przestać myśleć.

Otóż opisana pacjentka  otrzymywała zastrzyki.

W tamtych czasach nie było sprzętu jednorazowego. Zwyczajowo gotowano strzykawki i igły w metalowych pojemnikach. Wówczas uzyskiwano temperaturę ok. 100 stopni.

Jednak wirusy zapalenia wątroby, wówczas zresztą jeszcze nie poznane, giną w temperaturze znacznie wyższej.

A tzw. autoklawów , gdzie osiągano pożądaną temperaturę, ok. 200 stopni C, w przychodniach nie było. Zobaczyłam taki dopiero trochę później, w szpitalu im Dzieci Warszawy, gdzie m.in. hospitalizowano dzieci z żółtaczką.

Tak więc istniało ogromne prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że ona, zarażona tym wirusem, dalej go przekazywała .

Jak przez mgłę przewija mi się myślenie, że ona miała swoje igły. Te poradniane były tak tępe, że z reguły namawiałam pacjentów, by kupowali dla siebie. Były dostępne w każdej aptece. Może to tylko takie myślenie życzeniowe, by zabić wyrzuty sumienia.

Może gdybym zawczasu pomyślała….chyba też nic by nie dało, bo wiedza w tamtych czasach na była w porównaniu z aktualną, nikła.

Jest jeszcze jedna możliwość. Być może , że ta pani chorowała na  tzw. żółtaczkę pokarmową, gdzie droga zakażenia jest inna.

W tamtych czasach , we wczesnych latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku diagnostyka wirusologiczna zapaleń wątroby dopiero raczkowała….

Były to lata 1971-1975.

Wirus zapalenia wątroby B został wyizolowany w połowie lat 60 XX wieku. Ale dopiero na początku lat 80 XX wieku wprowadzono odpowiednie testy diagnostyczne i szczepienia.

Wirusa zapalenia wątroby C wyizolowano dopiero w 1989 roku. Przedtem podejrzewano, że może być jeszcze jakiś wirus poza A i B- nawet stosowaliśmy określenie wirusowe zapalenie wątroby nie A i nie B.

Aktualnie jest już wyizolowanych pięć typów wirusów zapalenia wątroby.  

A ile jeszcze podobnych pozostaje  nieodkrytych.

Zresztą w naszych czasach w ogóle znaczenie wirusów narasta. I wg opinii fachowców to one staną się naszą plagą.

Zresztą obecny przebieg zakażenia wirusem RSVRespiratory syncytia virus)  u moich wnuków i chyba u mnie i Mirka  przeczy temu, co przeczytałam w wikipedii i podręcznikach medycyny. Wg tych źródeł u starszych dzieci i dorosłych powoduje dość łagodną chorobę górnych dróg oddechowych , Ciężko chorują młode niemowlęta i ludzie ,  którzy mają zmniejszoną odporność ( otrzymują leki immunosupresyjne, mają defekty genetyczne, czy są zakażeni HIV).

W naszym wypadku , jak i u przedszkolnych kolegów Wiktora przebieg choroby był długotrwały i uporczywy. Potem zachorował 5 miesięczny brat Wiktora, nasz najmłodszy wnuczek—Patryk, który w rezultacie wylądował w szpitalu.

Dla rozpoznania przydatny jest wczesny test wykonywany ze śliny chorego, który może potwierdzić obecność tego wirusa . Młodszy wnuk, Patryk, brat Wiktora, miał wykonany taki test przed przyjęciem do szpitala. Po uzyskaniu wyniku potwierdzającego, znalazł się w sali, gdzie leżały dzieci z tą samą chorobą.

Objawy choroby były podobne, podwyższona ciepłota ciała, kaszel, katar, ogromna ilość wydzieliny i obturacyjne zmiany osłuchowe w oskrzelach .

Po wykluczeniu nadkażenia bakteryjnego poprzez oznaczenie białka ostrej fazy = CRP, które było prawidłowe stosowano jedynie leki objawowe- nawadnianie, inhalacje z lekami rozkurczającymi oskrzela. Nie podawano antybiotyków co kiedyś było rutyną.

Świat się zmienia….

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Nie pomyślałam.

Jednak przy relacji z mojej pracy w przychodni rejonowej  muszę też wspomnieć o tym, jakie popełniałam błędy.

Do najważniejszych, niezapomnianych należało późne rozpoznanie żółtaczki zakaźnej.

A było tak.

Jeszcze na początku mojej pracy w przychodni  przybyła do mnie niemłoda już kobieta. Była to już kolejna wizyta z powodu określonych dolegliwości. Przedtem była u koleżanki, która przede mną prowadziła ten rejon.

Uskarżała się jedynie na nasilone  kręgosłupa i drobne tzw. łamania w kościach. Objawy zauważyła przed dwoma tygodniami.   Poza tym czuła się dobrze, nie gorączkowała, miała dobry apetyt, i nie zgłaszała żadnych objawów gastrycznych .

Obejrzałam ją dokładnie. Sprawdziłam objawy które w pewnym stopniu pozwalały na rozpoznanie zapalenia korzonków nerwowych czy dyskopatię. Nie znalazłam niczego konkretnego. Okolica stawów, w których pacjentka odczuwała bolesność była niezmieniona. Kontynuowałam więc zaordynowane wcześniej przez koleżankę leczenie. Ponieważ zwyczajowo należało przyjąć 3 serie 10 dniowych cykli z zastrzyków domięśniowych, napisałam odpowiednie recepty . Były to leki  przeciwzapalne i przeciwbólowe oraz  witaminy.

Na bóle stawów czy kręgosłupa uskarżało się tak wielu moich pacjentów, że takie dolegliwości nie obudziły mojej czujności.

Nie wysłałam na żadne badania, ani do Punktu Konsultacyjnego. Biję się w piersi, ale nie pomyślałam ….o tym co nastąpiło potem.

Potem, to ta kobieta przyszła do mnie, czuła się znakomicie , a nawet dziękowała za leczenie.

A ja zdębiałam.

Miała całkowicie zażółconą skórę. Nawet nie musiałam zaglądać na spojówki.

Rzuciłam się do badania.

Nie ukrywam, że byłam przerażona.

Nie widząc żadnych objawów żółtaczki mechanicznej, skierowałam ją od razu do szpitala zakaźnego.

Okazało się , że zachorowała na żółtaczkę zakaźną., z której na szczęście wyszła obronną ręka.

W okresie wylęgania tego schorzenia, który może trwać nawet kilka tygodni,  występują tzw. objawy prodromalne. Do nich należą objawy przypominające grypę- w tym „łamania w kościach”, ale wiedziałam też, że głównie dominują objawy z przewodu pokarmowego jak brak łaknienia, nudności, wzdęcia etc.

Moja pacjentka zgłaszała jedynie bóle stawów.

Gdybym pomyślała szerzej, wypytałabym o kolor moczu i stolca.

W okresie gdy już pojawia się żółtaczka, stolce są odbarwione, szaro gliniaste a mocz  koloru ciemnej herbaty. Ale w czasie gdy była u mnie z poprzednią wizytą ,  nie widać było zażółcenia skóry.

Może jednak było niewielkie zażółcenie spojówek, ale tego nie sprawdzałam.

W świetle lamp poradni to nie rzucało się w oczy. Może trzeba było obejrzeć dokładnie w innym świetle.

Powinnam ją  skierować na jedno z najważniejszych badań- nawet nie krwi, ale moczu.

Może już pojawiłaby się już bilirubina, charakterystyczny objaw zapalenia wątroby.

Oczywiście wcześniejsze rozpoznanie nie miałoby znaczenia, bo leków na to schorzenie nie ma. Ale….

 

Na medycznej ścieżce. Nieskuteczna reanimacja.

Gdy pracowałam już w nowej eleganckiej przychodni, którą  wybudowano na Wrzecionie zdarzył się jeszcze jeden tragiczny przypadek.

 Byłam w trakcie przyjmowania pacjentów, gdy wpadł do gabinetu bardzo zdenerwowany człowiek krzycząc, bym biegła na ratunek.

Oczywiście takie hasło zawsze mnie mobilizowało , więc przepraszając pacjentkę, którą właśnie badałam, złapałam ap do pomiaru ciśnienia oraz fonendoskop i pognałam za tym człowiekiem.

Po drodze powiedział, że w pobliskim sklepie zasłabł jakiś mężczyzna.

Proszono o pomoc inną lekarkę z tej przychodni, ale ta powiedziała, że nie opuści swojego gabinetu.

Spytałam jeszcze, czy wezwano Pogotowie Ratunkowe- potwierdził mówić równocześnie, że aktualnie wszystkie zespoły są zajęte gdzie indziej.

Pod sklepem zobaczyłam gęstniejący tłum.

Z trudem przebiliśmy się do miejsca gdzie leżał pacjent. Upadł przy kasach i był nieruchomy. Szczupły, ciemny mężczyzna nie dawał znaku życia. Nie było tętna na tętnicach szyjnych, nie słychać było akcji serca, nie oddychał.

Szybko powiedziałam mężczyźnie, który mnie wezwał, by biegiem wrócił  do przychodni po zestaw reanimacyjny.

 Nie namyślając się rzuciłam się na podłogę i rozpoczęłam beznadziejną walkę.

Sztuczne oddychanie usta usta i masaż serca.

Nie miałam żadnej maseczki, ani nawet chustki, więc czułam usta pacjenta i okresowo wydawało mi się, że jakiś jego oddech.

Ale to było tylko powietrze, które wydostało się z jego płuc albo żołądka w czasie tej akcji. Wionęło czosnkiem , mimo tego nie ustawałam w akcji.

Działała adrenalina i uczucie, że ludzie mnie zlinczują, gdy zaprzestanę tej akcji.

Słyszałam ich pomruki coraz bardziej gniewne i pomstowania na służbę zdrowia, pogotowie etc.

Wpadła inna koleżanka , próbowała się wkłuć do zapadniętej żyły, by podać jakieś leki.

Potem zmieniła mnie przy oddychaniu usta usta.

Otarłam  swoje, zakrwawione, gdyż pacjent miał  chyba tylko jeden górny ząb, który mnie zranił.

Mimo zupełnej  beznadziei działałyśmy licząc na cud.

Ale cud nie nastąpił .

Przyjechała ekipa Pogotowia ratunkowego i oficjalnie stwierdzono zgon.

Wróciłyśmy do pracy, ledwie powłócząc nogami.

Na korytarzu czekał na nas kierownik poradni, dr Wojdan. Zaprosił do swojego gabinetu , wyjął z biurka butelkę i kieliszki, które napełnił alkoholem. Nie chciałyśmy pić, tłumacząc, że wracamy do pracy.

Powiedział kategorycznie, że po takiej akcji reanimacyjnej  usta- usta bez żadnego zabezpieczenia jesteśmy zagrożone jakimiś chorobami i jedynie alkoholowa dezynfekcja  może w jakiś sposób pomóc. Argument był przekonywujący i wypiłyśmy , tak jak kazał.

Wówczas, w tych latach 70 ubiegłego wieku, jeszcze nikt nie mówił o AIDS czy innych wirusach niosących straszliwe choroby.

Może i na szczęście, bo żyłyśmy w przeświadczeniu, że nasz kierownik uratował nas przed skutkami naszej akcji.

Oceniając z dalekiej perspektywy nasz czyn można mieć wątpliwości.

Jednak opis ten oddaje nasze niezwykłe  przejęcie zawodem , chęć i imperatyw niesienia pomocy ludziom …..i wielki młodzieńczy zapał

 

Na medycznej ścieżce. Niby banalne zaparcia…

Nie zapomnę też młodej kobiety. Ładna była , śniada, o pięknych oczach, zębach i włosach. Dorodna była i powiedziała, że ma dwóch kilkuletnich synków.

Przybyła tylko po receptę na jakiś środek przeczyszczający, gdyż uskarżała się na przewlekłe zaparcia.

Gdy spojrzałam na wpisy poprzedniej lekarki, pacjentka ta zgłaszała zaparcia  już od 2- 3 miesięcy i zostało to potraktowane zwyczajowo receptą na Bisacodyl.

Zamiast przepisać któryś ze znanych i popularnych leków, zainteresowałam się tym objawem.

Byłam przejęta swoją rolą młodej lekarki, więc zgodnie z posiadaną wiedzą rozpoczęłam wypytywanie, jak wyglądają owe zaparcia i o wszystkie objawy towarzyszące.

Odpowiedziała, że nie ma żadnych innych objawów, dopisuje jej apetyt i żywi się tak jak trzeba.

Jednak  rozpoczęłam drążenie tematu.  

Pytałam m.in. o kształt stolców.  Odpowiedziała, że są właściwie normalne.

Jednak zadałam jeszcze badanie dodatkowe , pytając czy nie są wąskie.

Ku mojemu zdumieniu, odpowiedziała twierdząco.

Dodatkowo spytałam, czy wyglądają jak ołówek. Potwierdziła….

A mnie pociemniało w oczach.

Ukryłam przerażenie, bo taki ołówkowe stolce należały do klasycznych  objawów guza  zlokalizowanego w dolnym odcinku jelita grubego.

Napisałam skierowanie na badanie rtg z kontrastem tzw wlew doodbytniczy.

W tamtych czasach nie było rozpowszechnione badanie przy pomocy wzierników, które teraz jest badaniem podstawowym.

Równocześnie wypisałam skierowanie do punktu konsultacyjnego Szpitala Bielańskiego, do mojego ukochanego doktora Korkuczańskiego.

Następnego dnia a może po dwóch dniach pacjentka przybyła do mnie ponownie ze zdjęciami rtg i karteczką od dr Korkuczańskiego, że jeszcze w tym tygodniu będzie hospitalizowana.

Była spokojna, chociaż już wiedziała.

Nie zapomnę tego zdjęcia ……

Być może, że guz już był tak duży, że objawy ołówkowych stolców wystąpiły dopiero teraz. A może nie, może były już wcześniej, tylko nikt o to nie pytał.

Może wówczas miała jakąś szansę wygrania z czasem.

Teraz była bez szans.

Myślę o niej czasami, o osieroconych dzieciach i o tym jaką jeszcze przebyła gehennę zanim przeniosła się do Niebieskiej Krainy Wiecznej Radości ….

 

Na medycznej ścieżce. Nóż w żołądku.

Gdy spytałam go o dolegliwości,  powiedział, że właściwie żadnych nie ma, poza tym , że połknął w więzieniu nóż i nie wie co ma dalej zrobić.

Udałam, że informacja jest dla mnie jak chleb z masłem, zwyczajna, naturalna .

 Jednak w środku wszystko mi się zagotowało.

Pomyślałam, że sobie żartuje.

Pewnie usłyszał że jest jakaś młoda lekarka w przychodni i postanowił sprawdzić jak się zachowuję.

A w perspektywie opowiadać kolegom jak tę młodą zrobił w bambuko.

Ale wyparłam tę pierwszą myśl, bo pomysł w gruncie rzeczy nie miał większego sensu. Popatrzyłam na niego- był spokojny, poważny, ale wyluzowany tak,  jakby opowiadał o jakiejś obcej osobie i nieprawdopodobnej sytuacji.

Wyglądał normalnie, oczywiście nie licząc tych tatuaży.

Nie robił osoby zaburzonej psychicznie.

Tak czy inaczej należało go potraktować poważnie.

Tak zrobiłam, bo miałam taką zasadę.

Zapytałam spokojnie , naprawdę połknął pan nóż?

A jaki to był nóż?

Odpowiedział, że kuchenny.

Zbadałam człowieka jak przystało.

Brzuch był śniady, bez grama tłuszczu, miał wyraźnie zarysowane  ślicznie wymodelowane mięśnie, jak z atlasu anatomicznego. Poprosiłam, by je odpowiednio rozluźnił, co chętnie uczynił. Dokładnie i bardzo delikatnie zbadałam ten brzuch i nic nie budziło mojego niepokoju.

Zupełnie nie wierzyłam temu człekowi.

Ale dla porządku zleciłam zdjęcie przeglądowe jamy brzusznej w trybie pilnym.

Wrócił jeszcze tego samego dnia z kliszą w dłoni.

Opis nie był potrzebny.

Gdy popatrzyłam na to zdjęcie, osłupiałam.

Od tej pory już nic nie mogło mnie zadziwić.

To co zobaczyłam było jednoznaczne. Poniżej linii żeber skosem nieomal przez całą jamę brzuszną pokazał się najprawdziwszy nóż. Wyglądało to tak, jakby ktoś  specjalnie ten nóż położył na brzuchu pacjenta i zrobił zdjęcie rtg.

Jednak to było niemożliwe, zdjęcie było oryginalne, z zakładu rtg szpitala bielańskiego, wykonywał technik rtg  i wszelkie tego typu podejrzenia odpadały.

Tak więc faktycznie ten młodzieniec połknął nóż i spokojnie z nim przybył do przychodni.

A jeszcze przed skierowaniem na rtg zapytałam, kiedy połknął ten nóż. Odpowiedział, że ok. 2 tygodnie temu. I faktycznie, to co wydało się nieprawdopodobne okazało się najprawdziwszą prawdą.

Ostrze noża miało  już nadtrawione  jakby powygryzane brzegi.

Skierowałam go na Izbę Przyjęć Chirurgii na szczęście pobliskiego Szpitala Bielańskiego z zaznaczeniem kolorem czerwonym , że skierowanie jest na cito!

Dowiadywałam się potem, oczywiście przebył operację, powikłaną przetoką żołądkowo skórną.

A ja pozostałam bez odpowiedzi na pytania własne jak to możliwe, by normalny człowiek zdołał połknąć takie narzędzie kuchenne.

Nie wiem też w jakim celu to zrobił ?

Potem czytałam na takie tematy, ponoć takie zachowania więźniów są nieomal chlebem powszednim …..

 

Na medycznej ścieżce. Oznakowani pacjenci.

Z moich przeżyć przychodnianych zapamiętałam szczególnie jedno.

Otóż któregoś dnia do gabinetu wszedł wysoki smukły młody mężczyzna.

Wśród moich pacjentów rzadko zdarzały się osoby w tym wieku, gdyż dominowali starsi, chorujący na tysiące chorób równocześnie. No, może przesadziłam, nie tysiące, ale co najmniej kilkanaście.

Ten młody człowiek miał tatuaż w postaci kropek w zewnętrznych kącikach oczu i kropki pomiędzy palcami dłoni. Nie było to zjawisko nadzwyczajne, gdyż już wiedziałam, że określone grupy przestępców, czy tylko drobnych złodziei np. kieszonkowców znakowało się w ten sposób.

Czasami też widywałam osobników z wytatuowanym na lewej stronie klatki piersiowej wizerunkiem  kobiety. Jeden z nich miał na tym rysunku liczne linijne blizny. Dowiedziałam się przy okazji, że modą było reagowanie na jakieś problemy ze sobą, środowiskiem czy sympatią, nacinaniem takiego tatuażu nożem lub żyletką.

Niejednokrotnie pacjenci mieli tatuaż na ramieniu ze znaków imitujących dystynkcje wojskowe- kapitana, a częściej majora. To w świecie ludzi tego pokroju miało jakieś znaczenie, ale do końca nie wiem  jakie.

 Takie  obserwacje i  doświadczenia młodej lekarki miałam już za sobą.

Jednak ten pacjent zaskoczył mnie niezmiernie.

Na medycznej ścieżce. Kat i ofiary.

Któregoś  dnia zachorowała koleżanka i mnie przydzielono wizyty w jej rejonie.

Nie znałam tych ludzi.

Blok był taki sam jak inne.

Gdy wysiadłam z windy ujrzałam widok przypominający pobojowisko.

Na korytarzu i na schodach walały się kubki, miski i inne dziwne przedmioty kuchenne.

Na ostatni schodku przed wejściem do mieszkania siedziała gromadka dzieci. Wyglądały jak biedne przerażone ptaszki. Panowała przeraźliwa cisza.

Zadzwoniłam do drzwi, już nie wiem kto otworzył.

W głębi mieszkania przez otwarte drzwi do niewielkiego pokoiku zauważyłam rozbabrane łóżko i leżącą pod piernatami ledwie widoczną  postać miniaturowej kobiety .

Zapytałam czy to pani jest chora, do której było wezwanie.

Kobiecina przyciśnięta do ściany przez wielką kołdrę  odezwała się słabym głosem, że tak, to ona.

Podeszłam.

Wyczułam fetor rzygowin, rozejrzałam się, nic nie było widać.

Zbliżyłam się do tapczanu.

Pani leżała nieruchomo , tylko patrzyła na mnie wielkimi oczami jak wystraszony ptak.

Zapytałam więc, czy jest w stanie przysunąć się bliżej krawędzi łoża, bym mogła ją zbadać.  

Poruszyła się opieszale.

Więc podeszłam jeszcze bliżej i odsunęłam kołdrę.

W wówczas ujrzałam miejsce skąd roznosił się ów  smród.

Zapytałam litościwie, czy to pani wymiotowała.

Odpowiedziała, nie, to nie ja, to mąż…..

Właśnie wyszedł …

 

Mimo upływu ponad 40 lat ten obrazek pozostał w mojej pamięci.

Pobojowisko na korytarzu, pod windą dzieci dziwnie nieruchome  o wystraszonych oczach   i kobieta w łóżku.

Bez uchwytnych objawów fizycznej choroby.

Ale z zapisanym na twarzy zespołem przegranego życia.

Alkoholizm męża i ojca. 

 

Krajobraz po bitwie.

Jednoosobowej pewnie.

Kat i ofiary….

 

Na medycznej ścieżce. Porządkowanie i kodowanie leków.

W tym jednym bloku mojego rejonu , w swoich ciupkach mieszkankach, z reguły w kawalerkach leżały chore, stare  kobiety.

Opiekowały się nimi sąsiadki, a może czasami  jakaś rodzina.

Jednak kogoś z rodziny widywałam rzadko.

Miały wiele kart informacyjnych  z pobytów szpitalnych.

Znalazłam tam ciekawostkę, że przyczyną hospitalizacji było np. spożycie lanatozydu w nadmiernej ilości. Był to powszechnie stosowany lek nasercowy, tzw naparstnica i jego dawkowanie w pojedynczych kroplach musiało być precyzyjne. Najczęściej były to 3- 4 krople dziennie.

Zastanawiałam się nad przyczyną przedawkowania. Okazało się, że przyczyna była prosta. Paniom się myliły buteleczki z tym lekiem z tzw. popularnymi  kroplami nasercowymi,  których można było bez większej szkody spożyć znacznie więcej niż naparstnicy .

W czasie jednej z wizyt tzw. patronażowych, tj obowiązkowo odbywanych w tamtych czasach przez lekarza rejonowego , które miały na celu ocenę stanu zdrowia starszych wiekiem mieszkańców, zajrzałam do szafki nocnej jednej z pań, oczywiście za jej akceptacją. 

Szafka była po brzegi zapakowana mnóstwem kolorowych buteleczek, flakoników, pudełeczek z lekami.

Wszystko było wymieszane , panował tam  wielki bałagan i większość zawartości szafki z ogromną ulgą wysypywała  się po otwarciu drzwiczek.

Po tym odkryciu w ramach  kolejnych  wizyt u starych ludzi mieszkających w moim rejonie zajmowałam się także porządkowaniem leków.

Segregowałam, wyrzucałam leki  przeterminowane, których była większość .

Zabierałam z domu kolorowe długopisy i malowałam na opakowaniach odpowiednich leków trzy kolory.

Leki, które miały być używane rano oznaczałam   kolorem różowym, leki południowe – czerwonym a wieczorne- czarnym.

Od tej pory posługiwałam się tym prostym kodem.

Odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele tych pań nie  umie czytać,  gdyż znajdowałam u nich rozliczne karteczki, na których różnorodni lekarze wpisywali zalecenia dawkowania leków. Niektóre były wypisane nawet dość wyraźnie.

A może moje przemiłe zresztą pacjentki  miały tylko źle dobrane okulary, nie wiem.

 

 

Na medycznej ścieżce. Łazienki i pluskwy.

Gdy docierałam do domu pacjenta na tzw. wizytę domową miałam zakodowany zwyczaj mycia rąk przed zbadaniem pacjenta.

 Wchodziłam więc do łazienki a tam bywały dziwy.

Na przykład w jednym mieszkaniu w wannie mieszkały sobie najspokojniej urocze króliki.

W innych, też w wannie  przechowywano ziemniaki.

Już nie wspomnę o obowiązkowym pławieniu tam karpii w okresie przedświątecznym.

Ale zwykle jakiś dostęp do umywalki był, więc już później nie rozglądałam się wokół, myłam rączki, wycierałam w swój sweter albo bywało podawany usłużnie przez panią domu ręczniczek.

Po zbadaniu chorego siadałam na brzegu krzesełka trzymając na kolanach torbę do której chowałam słuchawki i aparat do mierzenia ciśnienia , na torbie układałam  kartę pacjenta, receptariusz ewentualnie rozkładałam bloczek z drukami zwolnieniowymi . I pisałam, pisałam pisałam wszystko to, co musiałam napisać….

Dlatego tak ostrożnie  postępowałam, bo gdy kiedyś podniosłam głowę , zauważyłam, że wzdłuż ściany spokojnie zmierza w stronę kontaktu wielka spokojna ale obrzydliwa pluskwa, a za nią zdążała druga.Trzeciej już nie wypatrzyłam, bo spuściłam wzrok.

Do tej pory nigdy nie widziałam takich stworzonek, ale z opisów wiedziałam jak wyglądają.

Stąd moja nieufność, czy nie przeniosę w domowe pielesze jakiegoś skądinąd może sympatycznego zwierzątka.

I dlatego unikałam układania swojej torby na podłodze.

A na stole się nie godziło, bo tam zwykle na szkle przykrywającym blat panowała waza ze sztucznymi owocami

I stąd moje nieomal akrobacje, by na maleńkiej własnej przestrzeni zmieścić to co przyniosłam na tę wizytę.