Śladami mojego Taty . Miejsce zesłania – Kazachstan…

Po kilkunastu dniach pociąg się zatrzymał. Wypędzono wszystkich, brudnych, podduszonych smrodem i wynędzniałych .

Rozdzielano na rampie .

Pewne grupy zabierano dalej ciężarówkami, by osadzić w barakach dawnych łagrów pamiętających jeszcze czasy carskie.

Ciocia z Janią i brzuchem, w którym poruszało się przerażone jak matka dziecko zapakowano na fury i wywieziono do osiedla miejscowych Kazachów. Bo tak, byli w Kazachstanie. Oglądam mapę świata- widzę tę krainę, obecnie odrębne państwo. Mapa milczy obojętnie ale wołają tam duchy przeszłości. Tysiące Polaków , którzy tam umarli i zostali w tej ziemi. I tysiące , które cudem przetrwały i potem musiały żyć normalnie. Jak to było możliwe po tym, co przeszli?

Śladami mojego Taty . W tiepłuszkach…

 

Omdlewającą ciotkę z wyraźnie już zaznaczonym ciężarnym brzuchem wyprowadzono z domu popychając kolbami , obok biegła 12 letnia Jania. Zdążyła zabrać kilka sztuk odzieży, kawałek słoniny i bochenek chleba.

Po napełnieniu wszystkich wagonów pociąg powoli ruszył. Ludzie stłoczeni pod ścianami wypatrywali przez szczeliny w ścianie  szukając świeżego powietrza. Zaduch bowiem był przeogromny. Potrzeby fizjologiczne załatwiano przy obecności współwywożonych , w warunkach uwłaczających godności ludzkiej.

Nie wiem, czy wystarczyło łez by opłakiwać sytuację.

Śladami mojego Taty . Tiepłuszki.

Moja ciocia, jego żona nie wiedziała co się stało z mężem. Stale miała nadzieję, że któregoś dnia wróci. Wypatrywała na drogę przez okno i tęskniła. Jej córka Jania, opowiadała nam o tym okresie w ich życiu.

Długo jednak nie trwało to oczekiwanie, bo któregoś dnia pojawiły się na stacji tzw. tiepłuszki. Były to wagony towarowe- do przewożenia bydła, z żeliwnym małym piecykiem i rurą kominową na zewnątrz.

Początkowo ludność nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia.

Ale wkrótce okazało się, że rozpoczęły się nocne napaści na domy , zabieranie rodzin  i upychanie do tych wagonów.

Zorientowano się, że sowieci mieli  już przygotowane listy ludzi przeznaczonych do wywozu. Oczywiście pierwszymi osobami były żony  i dzieci już wcześniej aresztowanych.

Śladami mojego Taty . Aresztowania i wywozy…losy brata mego Taty- Witolda

Wkrótce rozpoczęły się wywozy Polaków  w głąb Rosji.  Starannie zaplanowano kolejność wywożenia mieszkańców.

Losy polskich wojskowych są dobrze nam znane.

Równolegle zabierano urzędników i nauczycieli. Perfidne działania Rosjan zmierzały do ostatecznej eliminacji polskiej inteligencji. Mój wuj, Witold znalazł się w pierwszej grupie aresztowanych. Dotarłam do ośrodka informacji Karta. Znaleziono tam jedynie zapiski, że w 1940 roku został osadzony w więzieniu w Wilejce, pod Wilnem. O dalszych losach nic nie wiadomo.  Podobno rodzina posiada list człowieka, który po wojnie zamieszkał  w Anglii i był współtowarzyszem niedoli wuja Witolda. Sowieci sfingowali proces, ustawili świadków , którzy zeznawali, że wuj jest wrogiem władzy radzieckiej. Otrzymał wyrok 10 lat łagru. Podobnie było w przypadku tego znajomego , który napisał list. Razem wylądowali na katordze w głębi Rosji , w  okolicach Wiatki. Pracowali na budowie. Mimo, że  mieli wyrok jako więźniowie polityczni, byli więzieni z różnymi bandytami. W warunkach skrajnego głodu, każda kromka chleba była na wagę złota. Któregoś dnia, do mojego wuja podeszło dwóch bandytów i zażądali by oddał im swoją porcję. Odmówił, i wtedy zaczęli go kopać. Stracił przytomność i wówczas ci współwięźniowie  wdeptali go w błoto, które było przepastne w tych i nie tylko tych rejonach.  Jego kolega cudem ocalał i dzięki temu mógł po wojnie zdać relację  rodzinie.

 

Śladami mojego Taty . Dzieje brata mojego Taty Witolda

Witold zdobył wykształcenie, cieszył się, bo dostał dobrą pracę w magistracie. Po latach ożenił się z przystojną dziewczyną-  Anną . Gdy urodziła się córka- Janina, obserwowali jak dorasta. Zapowiadało się, że będzie piękną mądrą pannicą. Zaplanowali drugie dziecko.  Moja ciocia zorientowała się , że jest w ciąży i nic nie mogło zmącić radości tych młodych ludzi.

Wydawało się, że nic nie zaburzy ich poukładanego życia. Aż nagle przyszła druga wojna światowa. Świat zwykłych ludzi runął w gruzach.

Niemcy napierali nasz kraj. Wydawało się, że podwileński zaścianek   pozostanie w spokoju, gdzieś na granicy wydarzeń. I wtedy okazało się, że Polska otrzymała cios w plecy. 17 dni po uderzeniu Niemców , od wschodu zaatakowali nas Rosjanie. Co przeżywali ludzie w tym czasie, trudno sobie wyobrazić. Żadna opowieść , książka czy film nie może oddać ich lęku rozpaczy i  przerażenia. Bo to wszystko działo się w ich sercach.

Śladami mojego Taty . Najstarszy brat Ojca- Witold

 

Rodzice Taty( Stanisława i Tomasz) z dziećmi. Po lewej Witold, ciocia Ancia w pięknej sukience ( podobnie jak jej mama) , a ciocia Bronia to rozkoszne bosonogie niemowlę. Jest początek XX wieku. Zdjęcie ma ponad 100 lat !

 

Najstarszy brat mojego Taty , Witold , urodził się w 1896 roku. Był chyba miłym ciepłym chłopcem. Wzruszyłam się, gdy obejrzałam pocztówkę, którą wysłał w 1911 roku do swojej babci Michaliny Rodziewicz i właściwie podobnej treści, w 1916 roku  do swojej mamy- Stanisławy Łukaszewicz.  Pamiętał o kobietach swojego życia i to było miłe. Wyrósł na wielkiego bardzo tęgiego mężczyznę. Aż dziw bierze, że ten szczupły chłopiec u boku swojej mamy na 1 zdjęciu to ten sam ogromniasty człowiek  u boku swojej żony.

 

Śladami mojego Taty . Rzeźby od Józka…

Józek lubił majsterkowanie, o czym już pisałam. Ale nie pisałam o tym, że lubił rzeźbić. W ich domu było dużo różnych figurek. Nigdy się nimi nie interesowałam.

Już po śmierci Jadzi, odwiedził nas Józek z synem Marianem. I wówczas ofiarował nam trzy figurki wykonane z ciemnego drewna, a może polakierowane czarnym lakierem, ale to w sumie nie jest ważne. Najważniejsze jest to że, jak mówił,  przedstawiały one jego ukochaną żoną. Pierwsza figurka to ciężarna kobieta, druga z dzieckiem na ręku a trzecia z dwojgiem maluchów u nóg. Nazwał tę serię” Macierzyństwo”. Może nie są to dzieła sztuki , ale stoją sobie w Michałowickim domu na pięterku i gdy je oglądam, przewija mi się film o Ludziach wielkiego dobra, ciepła i miłości. O Jadzi i Józku…..

 

Śladami mojego Taty . Ćwiczenia woli…

Od wczesnego dzieciństwa uwielbiałam Józka. Był zawsze pogodny , wyluzowany i dość dużo mówił, ale zawsze ciekawie. 

Gdy dorastałam i bywałam w poznańskim domu Jadzi i Józia, opowiadał mi o swojej działalności w AK, o przedwojennym harcerstwie, w którym działał.

Zapamiętałam harcerskie zalecenia zachowań. Jednym z nich było ćwiczenie silnej woli. Podobno należało położyć na stole garść pięknych czereśni i kilka razy dziennie je oglądać, łykać ślinę, ale czereśni nie można było  nawet dotykać. W ciągu kolejnych dni już było wolno zjadać po jednej czereśni , ale zaczynać od najbrzydszych a  najładniejsze zostawić na koniec.

Tak dalece się przejęłam tymi harcerskimi zaleceniami, że zawsze tak postępowałam, myśląc o Józku.

Ale  gdy wyszłam za mąż czar prysł. Otóż w naszym żoliborskim mieszkaniu postawiłam na stole talerz pełen czereśni. I zamierzałam powtarzać harcerskie- Józkowe zalecenia. Gdy przyszedł po pracy Mirek, zjadł przygotowany obiad i rzucił się na te czereśnie wyjadając najpiękniejsze. A ja smętnie skubałam wg swojej zasady- najpierw najbrzydsze. I w ten sposób zostały dla mnie tylko te maleńkie blade i kwaśne…po paru nieudanych próbach wdrażania harcerskich ćwiczeń woli, spasowałam. I od razu dzieliłam czereśnie na talerzyki , każdemu odrębny talerzyk. By unikać sytuacji, którą przeżyłam na początku małżeństwa ten zwyczaj stosowałam gdy przybywało nam dzieci. Wówczas pojawiały się na stole kolejne talerzyki z porcjami owoców czy słodyczy. Sprawiedliwie dzielone….Ot, taka sobie historyjka, może trochę śmieszna, ale utkwiła mi w pamięci i chciała przedostać się do tego blogu0:-)

 

Śladami mojego Taty . Jadzia wróciła?

 

Po kilku wojennych latach, Jadzia z Rodzicami przyjechała do Trzcianki Lubuskiej. O domu Cioci Broni, jej mamy już pisałam wcześniej.

Wkrótce poznała chłopaka, który mieszkał w poznańskim , ale potem przeniósł się z rodzicami do Gorzowa Wielkopolskiego. Gdzie się spotkali, nie pomnę. Ale na pewno było to wzajemne wielkie zauroczenie i jak się potwierdziły ich wspólne długie lata , byli chyba dla siebie stworzeni.

Jadzia umarła kilka lat temu na chorobę nowotworową.

Niedawno odwiedziliśmy samotnego Józka w Poznaniu. Opowiadał, zresztą on w ogóle pięknie opowiada , że pod koniec życia nosił ją na rękach, była lekka jak piórko, ale umarła godnie w swoim mieszkaniu w ramionach męża.

Gdy urodziła się najmłodsza córka Tadka, ich syna , Józek odkrył, że jest wiernym odbiciem urody jego nieżyjącej Jadzi. Opowiada teraz o wnuczce z czułością i ciepłem. Może myśli, że Bóg zesłał ją w zamian. No cóż, niezbadane są wyroki boskie. Może to Jadzia wróciła na ziemię…

 

Śladami mojego Taty . Wielka miłość Jadzi

Moja Mama, która przed wojną zamieszkała w Rakowie , opowiadała mi o losach Jadzi. Mama bywała w domu cioci Broni, która była ulubioną siostrą mojego Taty.

Jadzia, jej najstarsza córka była śliczną, pełnokrwistą dziewczyną. Miała ciemne długie włosy, zwykle gładko uczesane, miłą twarz o śniadej cerze i wielkie , niebieskie, trochę zdziwione oczy okolone ciemnymi długimi rzęsami. Pięknie się uśmiechała, rozchylała ładnie wykrojone karminowe, nigdy nie malowane wargi, ukazując śnieżnobiałe zęby i robiąc nieco frywolną łobuzerską minkę. Do  starości zachowała tę urodę. Podziwiałam jej gładką twarz, naturalną czerwień ust i ten uroczy uśmiech.

Gdy dorosła, chłopaki ją uwodziły, ale ona była wierna swojej pierwszej miłości. Był to przystojny , wykształcony chłopak z sąsiedztwa. W czasie wojny zaczął pracować w granatowej policji. Oczywiście większość mieszkańców Rakowa patrzyła na to niechętnie. Mama też miała wątpliwości do czasu….

Do czasu, gdy późnym ciemnym wieczorem ktoś zapukał w okno domu, w którym mieszkała moja Mama sama z dwoma synami. Mój Ojciec od początku wojny  był w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen koło Berlina.

Słysząc pukanie do okna Mama się wystraszyła , ale z bijącym sercem podeszła do okna i wyjrzała zza firanki. Za oknem stał chłopak Jadzi. Uchyliła lufcik i zapytała o co chodzi. Poprosił, by cichutko otworzyła drzwi. Po chwili siedział z Mamą przy stole. Ale przedtem wniósł naręcze długich wąskich przedmiotów zapakowanych  w kapy służące do nakrywania łóżek. Poprosił o przechowanie i oddanie ludziom z lasu, tj. partyzantom, którzy zgłoszą się po odbiór następnej nocy. Była to broń. Mama ją schowała w łóżku Ojca. Okazało się, że chłopak celowo podjął pracę w policji granatowej, by pomagać chłopakom ze swojej organizacji. Był doświadczonym AK- owcem. Dzięki tej oficjalnej pracy zdobywał informacje i broń dla partyzantów. Opowiadał, jak bardzo  wyczerpująca jest ta praca i działalność, ale kochał Polskę nad życie  i pragnął jej służyć. Kochał Ojczyznę, ale chyba bardziej kochał Jadzię. Spędził tę noc na rozmowie z Mamą. Snuł marzenia o wolności i poślubieniu Jadzi.

Po pewnym czasie  do Mamy wpadła Jadzia. Była zrozpaczona, rozdygotana i drżąca. Przytuliła się do Mamy i długo szlochała. Potem opowiedziała o tym, co stało się z jej umiłowanym.

 Gdy zrobiło się wokół jego działalności gorąco, pewnie ktoś doniósł na gestapo, uciekł do swoich chłopaków do lasów. A okoliczne lasy były ogromne i przepastne.

Nie walczył tam zbyt długo. W jakiejś akcji został ranny w obie nogi. Groziła mu amputacja. Musiał zostać gdzieś na skraju lasu. Wobec tego, że mógł narazić chłopaków z lasu na ujawnienie ich miejsca pobytu, ale bardziej z powodu lęku przed inwalidztwem, wyjął pistolet i sam sobie skrócił życie…

Jadzia została z wielką raną w sercu. Ale cóż, nawet najstraszniejsze rany leczy czas. Stary. Cierpliwy to lekarz….