Powrót do Japonii. W hotelu i na ulicy.

SAM_9187.JPG

Typowa pokrywa studzienki kanalizacyjnej

 

 

SAM_9295.JPG

Dzieci są wszędzie jednakowo niesforne.

 

 

SAM_9271.JPG

Sklep z pamiątkami. Wszechobecne koty

 

 

SAM_9290.JPG

Typowa japońska brama oddzielająca „świat skończony i nieskończony”

 

 

 

W metrze panowała cisza. Zresztą byłyśmy już przyzwyczajone do tego, że u nas też w środkach komunikacji nikt nie rozmawia. Inaczej było w innych krajach- Włoszech, Francji, Anglii itp. gdzie zwykle sąsiad nas zagadywał, pytał skąd jesteśmy, informował, chciał pomagać i czasem nawet opowiadał o sobie. Tu było milczenie. Młodzi  od razu wyjmowali telefony komórkowe i mailowali namiętnie, co wtedy dla nas było nowością. Ale teraz i to do Polski przyszło, jak zresztą wszystkie mody czy zwyczaje z pewnym opóźnieniem wprawdzie z coraz mniejszym ale przychodzą.

Nie obejrzałyśmy się, gdy zapowiedziano naszą stację.

Wysiadłyśmy , dobrze, że profesor poinformował, że należy zachować bilet, bo przy wyjściu należało go ponownie zatwierdzić w bramce. Zwykle cżłek  tak dobrze go chowa, że gdy jest potrzebny w czasie np. kontroli, zajmuje dużo czasu, by znaleźć.

Tak więc udało się wyjść.

Wyjechałyśmy na powierzchnię i faktycznie od razu zauważyłyśmy nasz Hotelik. Skromny był,  ale ujutny ( określenie naszego przyjaciela oznaczające przytulny). Rejestracja, informacja o której  śniadanie, klucze. Przedpokoik  miniaturowy, maleńki pokoik, miło.

Po złożeniu walizek, z wyborem łóżka nie było jak zwykle problemów. Z Kaśką dogadywałyśmy się bez słów, miałyśmy już doświadczenie kilku wspólnych wyjazdów. Dobrze było nam z sobą, bez konfliktów, z podobnym zainteresowaniem zawodowym i krajopoznawczym. Kaśka nawet mówiła, że gdyby nie medycyna to chciałaby organizować podróże a ja oczywiście preferowałabym pracę w bibliotece.

Zaglądamy do łazienki. A tam za drzwiami zawieszone jakby plastikowe pudełko , do którego należy się nieomal wdrapywać. Oczywiście w tym miejscu przesadziłam nieco, ale faktycznie całość zaczynała się na wysokości naszych kolan. Łazienka miała kolor kości słoniowej i była wylana z jednej plastikowej formy. Jednorodnie wymodelowana wanna, umywalka, wc, podłoga i ściany. Zaskoczenie. Wchodzę do tego plastikowego pudełka, tam bez przesadnej liczby tajemniczych przycisków więc wszystko znajome, ulżyło. To co potem zobaczyłyśmy w łazience w domu profesora to prawie fabryka.  Ale o tym później . Na razie wszystko działało na takich samych zasadach jak u nas. Wanna głęboka, krótka, taka do siedzenia. Ale wanna, nie kabina prysznicowa, do której przywykliśmy. Krany i spłuczki wc na szczęście bez problemów.

Mając bilet komunikacyjny całodzienny  od razu wybrałyśmy się w Nagoję. Nawet gdybyśmy tego biletu nie miały, też byśmy oczywiście wybyły.

Na ulicach  poza lewostronnym ruchem o czym wspomniałam, zadziwiali rowerzyści i przechodnie zwykle z zasłoniętymi ustami i nosem zwykłymi białymi maseczkami chirurgicznymi. Miałyśmy wrażenie, że to ochrona przed wirusami, ale dziś, gdy wreszcie u nas podnosi się problem zapylenia i też wspomina o maseczkach przychodzą tamte japońskie obrazki.

Nagoja, zniszczona całkowicie w czasie wojny, odbudowana w stylu typowym dla całej Japonii, bardzo dużo betonu, bez jakiegoś klimatu. Większość okien ze szczelnie zasuniętymi zasłonami, by obcy nie zaglądał, co jak się dowiedziałyśmy potem, jest typowe dla tego kraju. Jedynie barwne wystawy z plastikowymi modelami proponowanych posiłków lub innych sprzedawanych produktów no i przede wszystkim plansze , napisy z japońskimi literami czy wyrazami, starannie malowane, cyzelowane, ozdobne zachwycały. Oczywiście obok napisy w języku angielskim. Niestety nie mam zdjęcia tych wystaw, ale za to jest foto pokrywy  studzienki kanalizacyjnej ( chyba ), która  pięknie ozdabia chodnik i wnętrza sklepu z pamiątkami . To tu spotkałyśmy się ze zwyczajem, że wchodząc do środka należy zdejmować buty. Tak też uczyniłyśmy, właściwie nie mając wyboru, bo wymowne a zarazem groźne spojrzenie sklepowego nieco nas przeraziło. Dobrze, że miałyśmy skarpetki na stopach. Na każdej półce uśmiechały się wszechobecne w Japonii figurki kotów.

     Na tym tle nagle otwierający się park z charakterystyczną bramą prowadzącą do świata pozaziemskiego , świata bogów w nim bajkowa świątynia to był inny świat.  O tym  za chwilę….

Wróciłyśmy nasycone, zmęczone, bo łaziłyśmy pieszo chłonąc wrażenia gdyż  żal było zagłębiać się w czeluściach metra i tracić widoki.

Wieczorem przejrzałyśmy nasze prace, referaty, które miałyśmy wygłosić następnego dnia. No cóż, należało wrócić do szarej rzeczywistości.

Powrót do Japonii. Do hotelu.

SAM_9296.JPG

W Japonii jest ruch lewostronny.

 

SAM_9276.JPG

Wsiadamy do metra. Po prawej człowiek w białych rękawiczkach

 

 

 

Wytaszczyliśmy się z samolotu, rękawem powędrowaliśmy do lotniskowego pawilonu więc ominęło nas pierwsze niuchanie powietrza by zauważyć jak pachnie Japonia. Jednak pomimo utrudnienia, wolę  gdy wychodzi się z samolotu bezpośrednio na płytę lotniska . Jest wtedy możliwość zaczerpnięcia pierwszego oddechu krajem do którego się przybyło i potem ten zapach zostaje w pamięci.

Poszliśmy więc grzecznie owym rękawem, przez jakiś czas oczekiwaliśmy  na bagaż, jeszcze odbyła się sprawna odprawa paszportowa i  znaleźliśmy się w holu. Nieustannie pilnował nas profesor Stefan, choć wyraźnie zmęczony lotem i chyba drinkami był czujny i opiekuńczy.

Oznajmił, że żona już czeka, widocznie zadzwoniła, nie musiał jej wypatrywać, bo sama do nas podbiegła.         

Osłupiałyśmy, bo była ładna, kształtna  i wydawała się młodziutką dziewczyną co stanowiło kontrast z jej mężem. Oczywiście Japonki tak mają, że nie sposób zgadnąć w jakim są wieku. Pięknie się starzeją, nie ma co.

Profesor nie był zbyt urodziwy, chociaż zyskiwał w rozmowie a ona po prostu cudna japońska laleczka. Przywitała się z nim ciepło a z nami też miło choć z pewnym dystansem.

     Wyszliśmy na zewnątrz i czekaliśmy na samochód. Po chwili podjechała duża miejsko- terenowa Honda w niej miniaturowy prostoczarnowłosy  kierowca z grzywką, który uśmiechając się zaprosił do środka. Początkowo nie bardzo wiedziałyśmy kim jest ów kierowca, ale szybko poznałyśmy, że to żona Stefana. Wszak dla nas byli i nadal są wszyscy Japończycy niezależnie od płci i wieku jednakowi.

Wgramoliłyśmy się do samochodu, a ona pewnie prowadziła  ten ogromny jak na jej posturę pojazd, zręcznie lawirując wśród mnóstwa samochodów.

Oczywiście ruch lewostronny powodował w naszych głowach pewien zamęt, jak zwykle bywa, gdy  człek się znajdzie w kraju o takim systemie ruchu komunikacyjnego.  Najgorsze jest uczucie na rondach, bo chce się złapać kierowcę za rękę i zatrzymać, by nie wjeżdżał w naszym mniemaniu pod prąd…

Jak zapowiedział profesor, wysiadłyśmy  na końcowej stacji metra, piękna Japonka została w samochodzie, a Stefan pognał do kas. Po chwili wrócił z biletami, oznajmiając, że są całodniowe na całą komunikację w Nagoyi. Oczywiście o zwrocie pieniędzy nie chciał słuchać. Powiedział na której stacji mamy wysiąść, by znaleźć się w naszym hotelu, usadowionym nieomal nad wyjściem z metra. Przepraszał, że nas do hotelu nie dowiozą, bo metrem łatwiej i ponowił zaproszenie do swojego domu.  Podziękowałyśmy, jednak bez pewności, czy starczy czasu sił i entuzjazmu do takiej wizyty.

 Stefan odprowadził nas na peron metra. Wkrótce nadjechało. Czekało kilkanaście osób , ale ruchem dyrygował pan elegancko ubrany w jakiś uniform i co zadziwiające – miał śnieżno białe rękawiczki.  Joanna Bator we wspomnianej na wstępie książce, która stała się powodem tego, że wróciłam wspomnieniami do Japonii, opisuje sceny widziane w metrze i innych środkach transportu. W porze tzw. szczytu komunikacyjnego wielkie tłumy ludzi wpycha podobny pan w białych rękawiczkach i zda się, że ani jedna osoba już się nie zmieści, ale okazuje się, że za jego sprawą wsiada dwa razy więcej  ludzi niż pozorna pojemność wagonu.

     My miałyśmy szczęście, albo nieszczęście J bo nie było tłoku i nie byłyśmy upychane do wnętrza. Obie jesteśmy słusznej postury i mamy dużą masę ciała, więc nie wiem jak by to się skończyło. Jednak nie było nam dane się przekonać. Może szkoda?

     Na peronie został nasz profesor.  Metro ruszyło, widziałyśmy jak nasz nowy znajomy nieruchomo tkwi na peronie  macha nam na pożegnanie pozornie radośnie, z ciepłem , czułością ale i smutną tęsknotą w dużych oczach. Aż zniknął nam z widoku.

Ten obrazek Polaka jakby zagubionego w dalekiej Japonii  pozostał w pamięci na zawsze…

 

Powrót do Japonii. Lądujemy.

SAM_9325.JPG

 

 

SAM_9323.JPG

Widoki z okna samolotu. Góry Japonii. Na drugim zdj. stożek Fudżi. Za chwilę lądowanie…

 

 

 

 

Obudziły nas stewardessy, oznajmiając, że już dzień. Zdjęliśmy gustowne opaski z oczu, które nam przedtem wręczono, wysupłaliśmy się z koców i przydzielonych  skarpet, bo noc była zimna, wszak za oknem minus 50 stopni bywa a może nawet poniżej. Podnieśliśmy zasłonki z okien , buchnęła jasność  słoneczna.

Noc została w kraju a tu  był dzień.

W świetle dnia wszystko stało się przejrzyste, spokojne i miało inny wymiar.

Z Kaśką spotkałyśmy się pod toaletą i ustaliłyśmy, że jednak warto pogadać z poznanym Polakiem.

Tak też zrobiłyśmy, zagadując gdzie mieszka etc. Ucieszył się ogromnie i chętnie opowiadał. Jego egzotyczna uroda w świetle dnia nieco zbladła,  wyjaśnił, że urodził się na południowej granicy polsko- ukraińskiej, w czasie akcji Wisła jego rodzinę przesiedlono do Górowa na Warmii. Tam część pozostała a on z matką wyjechał do Kanady. Ot, taki często spotykany szlak ludzi stamtąd wypędzonych.

Studiując w Kanadzie, dostał stypendium do Tokio. I tam poznał swoją obecną żonę, która z miłości  ale jak twierdzi z nagłego natchnienia porzuciła swoją religię shinto i została bardzo pobożną chrześcijanką.

Stefan, bo tak miał na imię nasz profesor oznajmił, że się nami zaopiekuje w swoim rodzinnym teraz mieście  Nagoi. Wprawdzie miałyśmy już opracowaną trasę dojazdu z lotniska do hotelu, ale chętni przystałyśmy na propozycję  już zaciekawione nową sympatyczną znajomością. Profesor dał nam swoją wizytówkę z numerami telefonów, obiecałyśmy zadzwonić po obradach kongresowych.

    Tymczasem za oknem samolotu zniżającego swój lot, pojawiły się góry Japonii , przez moment przesunął się samotny stożek najwyższego szczytu Fudżi ( 3776 m.n.p.m).  

Byliśmy już nad wschodnim krańcem Azji, nad zachodnim Pacyfikiem a czułyśmy się jakby to był sam kraniec świata.

Za chwilę staniemy na tej egzotycznej , dziwnej, niepokojącej ziemi. W kraju leżącym na styku płyt tektonicznych, osaczeni zasięgiem „ ognistego pierścienia Pacyfiku” z  trzęsieniami ziemi, falami tsunami, wybuchami wulkanów i sierpniowo wrześniowych wizytami tajfunów. Na szczęście był kwiecień, miesiąc tu najspokojniejszy , więc czekałyśmy na spotkanie z Japonią bez lęku, coraz bardziej zaciekawione i właściwie radosne.

    Jak teraz doczytałam w Wikipedii , poza 4 dużymi wyspami (Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu), o czym wiedziałam, Japonia posiada jeszcze 6848 mniejszych wysp, tworząc łańcuch na długości 3,3 tys. km.  Wszystkie wyspy są   pokryte wysokimi górami . Dlatego połowa ludności mieszka w wielkiej ciasnocie na 13 % powierzchni kraju , zasiedlając  wąski nadmorski pas nizin rozciągających się od Tokio a Osaką i Nagoją, do której teraz zmierzaliśmy.

Jaka będzie dla nas Japonia w te siedem dni pobytu ? Czy chłodna jednakowym dla nas wyglądem ludzi, wiecznie zapędzonych czy znajdziemy jakieś ciepło? Spotkanie w samolocie napawało optymizmem, ale jak będzie naprawdę?

Z takimi pytaniami oczekując na lądowanie  usłyszałyśmy dyspozycję” zapiąć pasy” i po chwili  samolot usiadł lekko na płycie lotniska. cdn

 

 

Powrót do Japonii . Syberyjski sen.

SAM_9351.JPG

widok z okna samolotu, z wysokości ponad 10 tys m. Szyba w górze pokryta lodem ( temp na zewnątrz samolotu poniżej 50 stopni C), w dole zdj. fragment skrzydła a centralnie syberyjski pejzaż…

 

 

 

Gdy zapadłam w wymuszony sen nibynocy,  nadal śniłam to, co  niespodziewanie zobaczyłam przez okno samolotu.

 Otóż nasz samolot , jak zresztą inne zdążające  na Wschód  , by maksymalnie skrócić trasę, najpierw zmierzają na północ lub na południe, a stamtąd „ zjeżdżają” na zaplanowane lotnisko. W ten sposób lecą po najmniejszej krzywiźnie ziemi. Dowiedziałam się o tych zasadach dopiero  później.

A teraz byłam bardzo zdziwiona, bo najpierw Skandynawia się pokazała , pięknie wyrysowana jak plastyczna makieta w całości swojego oryginalnego kształtu czasem z dyskretnym makijażem pogodnych białych skrawków  plaż.

I nagle  krajobraz widziany z okienka samolotu oknie zmienił się diametralnie. Pojawił się szeroki śnieżny bezkres , czasem poprzecinany liniami rzek. Przyszła  powaga i narastała groza zwłaszcza wtedy , gdy kapitan oznajmił, że lecimy nad Syberią.

Syberia.

Straszliwe dla nas skojarzenia.

Wszystko co miałam w duszy zapamiętane ożyło.

I widziałam tam naszych bliskich skazańców- katorżników. Jana- mojego Teścia, który w przejmująco prosty sposób opisał swoje syberyjskie losy , widziałam też śmiertelnie wdeptywanego w błoto nad Morzem Białym brata mojego Taty- Witolda  i tłumy ludzi bezimiennych, skrajnie wyniszczonych, właściwie już szkielety ludzkie i ich rodziny gdzieś wywożone i nie mające już łez by opłakiwać i groby, których nikt nie odwiedzał i może których nawet nie było, bo nie miał kto ich wykopać ani nie miał sił wykopać. Wszyscy niewinni byli, polityczni jak ich nazwali sowieci, a oni byli tylko wykształceni , byli nauczycielami, urzędnikami,. Skazani  wyrokami po sfingowanych procesach lub  aresztowani i zesłani bez procesów….

 I przemykały w tumanach śniegu carskie kibitki takie jak kiedyś  widziane w warszawskiej Cytadeli .

Cała historia naszego nie tylko naszego kraju dobrze zna to skądinąd piękne melodyjnie brzmiące romantyczne słowo Syberia.

Syberia to straszliwe słowo dla naszego pokolenia, które na własne uszy słyszało opowieści sybiraków a obecne młode pokolenia mogą o tym  jedynie czytać.

I tak na początku naszej wyprawy do Japonii niespodziewanie stanęliśmy oko w oko z Syberią.

I gdy potem przysnęłam, w czasie tej zaimprowizowanej przez stewardessy niby nocy, miałam jeszcze pod powiekami widziany niedawno krajobraz z rzekami zmierzającymi do Oceanu Lodowatego przecinającymi bezkresną śnieżną równinę.….

 

Powrót do Japonii.

640px-Japan_on_the_globe_(claimed)_(Japan_centered).svg.png

Z Wikipedii

 

SAM_9180.JPG

Na lotnisku we Frankfurcie. Japoński personel i napis na tablicy odprawy Nagoya- szkoda, że zdjęcie marne….

 

Przez kilka minionych  dni przebywałam w Japonii. Oczywiście nie w realu, ale tak jakby.  A wszystko za sprawą ciekawej, ładnie napisanej i łatwej w czytaniu książki Joanny Bator pt. „ Japoński wachlarz. Powrót” i pani bibliotekarki, która mi tę książkę podsunęła. Chwała Paniom Bibliotekarkom-  pewnie nie są w pełni świadome, ile wnoszą do życia ludzi podając im odpowiednią książkę w odpowiednim czasie. Dziękuję im wszystkim a szczególnie paniom z Michałowic!

Oj wpadłam w japoński ton kwiecistych grzeczności, ukłonów, wielosłowia uroczego znad tych dalekich wysp na Pacyfiku.

Bo w tej książce , napisanej po dwukrotnym pobycie , pracy i mieszkaniu w Japonii, książce nie zawsze docenianej przez krytyków odnalazłam echa mojej dawnej zaledwie 7 dniowej podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wzmocnionej nadal trwającą znajomością z polskim profesorem Stefanem Kostykiem – wykładowcą uniwersytetu w Nagoyi jego piękną żoną Japonką i trzema synami .

A zaczęło się tak. Znalazłyśmy się z koleżanką K. G. w samolocie pełnym  jednakowych dla nas , ładnych , poważnych , spokojnych, nie rozgadanych i tajemniczych twarzy Japończyków. My  podążałyśmy  na kongres nefrologiczny. Ponieważ siedziałyśmy w pewnej odległości, przemieszczałam   się do K. , stałam przy jej fotelu i gadałyśmy.

Nagle z poprzedniego rzędu wychyliła się kudłata czarna głowa która się odezwała – o, słyszę język polski. Popatrzyłam zadziwiona, bo wydawało się, że poza nami są tylko Japończycy w tym samolocie.

Zapytałam tego pana o nieco egzotycznej urodzie- a skąd pan zna język polski. Usłyszałam odpowiedź, bo jestem Polakiem ale mieszkam w Japonii.

Pan chciał nadal rozmawiać,  ale budził w nas niejaki lęki, nieufność , kim on jest i czy warto się bratać, na co miał wyraźną ochotę, więc nie podjęłyśmy dalszej z nim konwersacji.

Problem rozwiązały  panie stewardessy, które ogłosiły, że właśnie będzie noc i mamy pójść spać, by już na miejscu nie odczuć dramatycznie różnicy czasu. Nocy nijakiej za oknem nie było widać, ale pokonując odległość w tym czasową do tego dalekiego kraju, gubiliśmy noc. Więc wróciłam pokornie na swoje miejsce, zasłonięto okna, zgaszono światło i kazano spać . Grzecznie  wykonałyśmy polecenie.

A przedtem miły młody sąsiad Japończyk  oznajmił z radością, że mamy szczęście, gdyż właśnie zakwitają w jego kraju wiśnie. Jakoś nie przygotowałam się odpowiednio do tej podróży, pochłonięta pracą zawodową, rodzinką miłą i przygotowywaniem pracy, którą miałyśmy przedstawić na owym kongresie. Tak więc nawet nie wiedziałam, że w Japonii właśnie zakwitły wiśnie, tym większa była niespodzianka i udzielona od sąsiada radość.  Potem jeszcze , gdy podawano kolację – tak tak, w tamtych latach w samolocie podawano posiłki, zaproponował bym wybrała danie japońskie. Tak uczyniłam i z pewna rezerwą sięgnęłam po mikropakuneczek , małą torebkę, w której jak się  okazało było prawdziwe sushi. Nigdy przedtem tego nie jadłam i właściwie nie słyszałam, pewnie też się nie interesowałam takimi problemami. Od tego czasu minęło ponad 15 lat i nawet dziecko w Polsce wie co to za potrawa. Samolotowy sąsiad objaśnił, że jest to surowa ryba z ryżem  zawinięta w płaski długi liść wodorostu i jest pyszna. Zachęcona w tak miły sposób, spałaszowałam ów liść z lepką treścią. Nawet  okazało się to smaczne. Podziękowałam chłopakowi, który wracał do domu po jakiejś uczelnianej praktyce w Europie.

Potem jak wspomniałam zapadliśmy w sen….cdn