
Typowa pokrywa studzienki kanalizacyjnej

Dzieci są wszędzie jednakowo niesforne.

Sklep z pamiątkami. Wszechobecne koty

Typowa japońska brama oddzielająca „świat skończony i nieskończony”
W metrze panowała cisza. Zresztą byłyśmy już przyzwyczajone do tego, że u nas też w środkach komunikacji nikt nie rozmawia. Inaczej było w innych krajach- Włoszech, Francji, Anglii itp. gdzie zwykle sąsiad nas zagadywał, pytał skąd jesteśmy, informował, chciał pomagać i czasem nawet opowiadał o sobie. Tu było milczenie. Młodzi od razu wyjmowali telefony komórkowe i mailowali namiętnie, co wtedy dla nas było nowością. Ale teraz i to do Polski przyszło, jak zresztą wszystkie mody czy zwyczaje z pewnym opóźnieniem wprawdzie z coraz mniejszym ale przychodzą.
Nie obejrzałyśmy się, gdy zapowiedziano naszą stację.
Wysiadłyśmy , dobrze, że profesor poinformował, że należy zachować bilet, bo przy wyjściu należało go ponownie zatwierdzić w bramce. Zwykle cżłek tak dobrze go chowa, że gdy jest potrzebny w czasie np. kontroli, zajmuje dużo czasu, by znaleźć.
Tak więc udało się wyjść.
Wyjechałyśmy na powierzchnię i faktycznie od razu zauważyłyśmy nasz Hotelik. Skromny był, ale ujutny ( określenie naszego przyjaciela oznaczające przytulny). Rejestracja, informacja o której śniadanie, klucze. Przedpokoik miniaturowy, maleńki pokoik, miło.
Po złożeniu walizek, z wyborem łóżka nie było jak zwykle problemów. Z Kaśką dogadywałyśmy się bez słów, miałyśmy już doświadczenie kilku wspólnych wyjazdów. Dobrze było nam z sobą, bez konfliktów, z podobnym zainteresowaniem zawodowym i krajopoznawczym. Kaśka nawet mówiła, że gdyby nie medycyna to chciałaby organizować podróże a ja oczywiście preferowałabym pracę w bibliotece.
Zaglądamy do łazienki. A tam za drzwiami zawieszone jakby plastikowe pudełko , do którego należy się nieomal wdrapywać. Oczywiście w tym miejscu przesadziłam nieco, ale faktycznie całość zaczynała się na wysokości naszych kolan. Łazienka miała kolor kości słoniowej i była wylana z jednej plastikowej formy. Jednorodnie wymodelowana wanna, umywalka, wc, podłoga i ściany. Zaskoczenie. Wchodzę do tego plastikowego pudełka, tam bez przesadnej liczby tajemniczych przycisków więc wszystko znajome, ulżyło. To co potem zobaczyłyśmy w łazience w domu profesora to prawie fabryka. Ale o tym później . Na razie wszystko działało na takich samych zasadach jak u nas. Wanna głęboka, krótka, taka do siedzenia. Ale wanna, nie kabina prysznicowa, do której przywykliśmy. Krany i spłuczki wc na szczęście bez problemów.
Mając bilet komunikacyjny całodzienny od razu wybrałyśmy się w Nagoję. Nawet gdybyśmy tego biletu nie miały, też byśmy oczywiście wybyły.
Na ulicach poza lewostronnym ruchem o czym wspomniałam, zadziwiali rowerzyści i przechodnie zwykle z zasłoniętymi ustami i nosem zwykłymi białymi maseczkami chirurgicznymi. Miałyśmy wrażenie, że to ochrona przed wirusami, ale dziś, gdy wreszcie u nas podnosi się problem zapylenia i też wspomina o maseczkach przychodzą tamte japońskie obrazki.
Nagoja, zniszczona całkowicie w czasie wojny, odbudowana w stylu typowym dla całej Japonii, bardzo dużo betonu, bez jakiegoś klimatu. Większość okien ze szczelnie zasuniętymi zasłonami, by obcy nie zaglądał, co jak się dowiedziałyśmy potem, jest typowe dla tego kraju. Jedynie barwne wystawy z plastikowymi modelami proponowanych posiłków lub innych sprzedawanych produktów no i przede wszystkim plansze , napisy z japońskimi literami czy wyrazami, starannie malowane, cyzelowane, ozdobne zachwycały. Oczywiście obok napisy w języku angielskim. Niestety nie mam zdjęcia tych wystaw, ale za to jest foto pokrywy studzienki kanalizacyjnej ( chyba ), która pięknie ozdabia chodnik i wnętrza sklepu z pamiątkami . To tu spotkałyśmy się ze zwyczajem, że wchodząc do środka należy zdejmować buty. Tak też uczyniłyśmy, właściwie nie mając wyboru, bo wymowne a zarazem groźne spojrzenie sklepowego nieco nas przeraziło. Dobrze, że miałyśmy skarpetki na stopach. Na każdej półce uśmiechały się wszechobecne w Japonii figurki kotów.
Na tym tle nagle otwierający się park z charakterystyczną bramą prowadzącą do świata pozaziemskiego , świata bogów w nim bajkowa świątynia to był inny świat. O tym za chwilę….
Wróciłyśmy nasycone, zmęczone, bo łaziłyśmy pieszo chłonąc wrażenia gdyż żal było zagłębiać się w czeluściach metra i tracić widoki.
Wieczorem przejrzałyśmy nasze prace, referaty, które miałyśmy wygłosić następnego dnia. No cóż, należało wrócić do szarej rzeczywistości.







