
Z Wikipedii

Na lotnisku we Frankfurcie. Japoński personel i napis na tablicy odprawy Nagoya- szkoda, że zdjęcie marne….
Przez kilka minionych dni przebywałam w Japonii. Oczywiście nie w realu, ale tak jakby. A wszystko za sprawą ciekawej, ładnie napisanej i łatwej w czytaniu książki Joanny Bator pt. „ Japoński wachlarz. Powrót” i pani bibliotekarki, która mi tę książkę podsunęła. Chwała Paniom Bibliotekarkom- pewnie nie są w pełni świadome, ile wnoszą do życia ludzi podając im odpowiednią książkę w odpowiednim czasie. Dziękuję im wszystkim a szczególnie paniom z Michałowic!
Oj wpadłam w japoński ton kwiecistych grzeczności, ukłonów, wielosłowia uroczego znad tych dalekich wysp na Pacyfiku.
Bo w tej książce , napisanej po dwukrotnym pobycie , pracy i mieszkaniu w Japonii, książce nie zawsze docenianej przez krytyków odnalazłam echa mojej dawnej zaledwie 7 dniowej podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wzmocnionej nadal trwającą znajomością z polskim profesorem Stefanem Kostykiem – wykładowcą uniwersytetu w Nagoyi jego piękną żoną Japonką i trzema synami .
A zaczęło się tak. Znalazłyśmy się z koleżanką K. G. w samolocie pełnym jednakowych dla nas , ładnych , poważnych , spokojnych, nie rozgadanych i tajemniczych twarzy Japończyków. My podążałyśmy na kongres nefrologiczny. Ponieważ siedziałyśmy w pewnej odległości, przemieszczałam się do K. , stałam przy jej fotelu i gadałyśmy.
Nagle z poprzedniego rzędu wychyliła się kudłata czarna głowa która się odezwała – o, słyszę język polski. Popatrzyłam zadziwiona, bo wydawało się, że poza nami są tylko Japończycy w tym samolocie.
Zapytałam tego pana o nieco egzotycznej urodzie- a skąd pan zna język polski. Usłyszałam odpowiedź, bo jestem Polakiem ale mieszkam w Japonii.
Pan chciał nadal rozmawiać, ale budził w nas niejaki lęki, nieufność , kim on jest i czy warto się bratać, na co miał wyraźną ochotę, więc nie podjęłyśmy dalszej z nim konwersacji.
Problem rozwiązały panie stewardessy, które ogłosiły, że właśnie będzie noc i mamy pójść spać, by już na miejscu nie odczuć dramatycznie różnicy czasu. Nocy nijakiej za oknem nie było widać, ale pokonując odległość w tym czasową do tego dalekiego kraju, gubiliśmy noc. Więc wróciłam pokornie na swoje miejsce, zasłonięto okna, zgaszono światło i kazano spać . Grzecznie wykonałyśmy polecenie.
A przedtem miły młody sąsiad Japończyk oznajmił z radością, że mamy szczęście, gdyż właśnie zakwitają w jego kraju wiśnie. Jakoś nie przygotowałam się odpowiednio do tej podróży, pochłonięta pracą zawodową, rodzinką miłą i przygotowywaniem pracy, którą miałyśmy przedstawić na owym kongresie. Tak więc nawet nie wiedziałam, że w Japonii właśnie zakwitły wiśnie, tym większa była niespodzianka i udzielona od sąsiada radość. Potem jeszcze , gdy podawano kolację – tak tak, w tamtych latach w samolocie podawano posiłki, zaproponował bym wybrała danie japońskie. Tak uczyniłam i z pewna rezerwą sięgnęłam po mikropakuneczek , małą torebkę, w której jak się okazało było prawdziwe sushi. Nigdy przedtem tego nie jadłam i właściwie nie słyszałam, pewnie też się nie interesowałam takimi problemami. Od tego czasu minęło ponad 15 lat i nawet dziecko w Polsce wie co to za potrawa. Samolotowy sąsiad objaśnił, że jest to surowa ryba z ryżem zawinięta w płaski długi liść wodorostu i jest pyszna. Zachęcona w tak miły sposób, spałaszowałam ów liść z lepką treścią. Nawet okazało się to smaczne. Podziękowałam chłopakowi, który wracał do domu po jakiejś uczelnianej praktyce w Europie.
Potem jak wspomniałam zapadliśmy w sen….cdn
