Losy moich Rodziców. Pierwsza praca Mamy w powojennej Polsce i pierwsza miłość mojego Brata.

 

W czasie trzymiesięcznej  podróży do Polski , pociąg sapie, sypie iskrami i zmęczony kilkakrotnie zatrzymuje się  w polu.

Wygnańcy już wiedzą, już się dowiedzieli, że w takiej sytuacji należy się zrzucić na alkohol dla maszynisty. Ktoś zachomikował sporo spirytusu i teraz sprzedaje. Mama wyciąga z supełka resztki moniaków, które pewnie i tak są już bez wartości.

Ale to wystarcza , napojony maszynista odzyskuje werwę i ochoczo rusza w dalszą podróż. Ta sytuacja się regularnie powtarza, ale w końcu dobijają do Krakowa.

 Tam przenoszą ich do przejściowego obozu dla wygnańców.

Mama jest jak zwykle bardzo aktywna, nie może siedzieć bezczynnie.

Pragnie pracować , tym bardziej, że nie wiadomo jak długo będzie czekała na transport do Godziszki bo tam jeszcze jest niespokojny czas wojenny. Postanawia więc poszukać pracy. W tym celu podąża na spotkanie ze starostą , które niestety jest  niesympatyczny. Zaraz na wstępie zapytał co ona tutaj robi, po co przyjechała ze wschodu. Poczuła się co najmniej dziwnie , może tego nie okazała jak bardzo zabolało serce. Przecież ten urzędnik był Polakiem, a ona tak bardzo tęskniła za Polską. Całe długie lata wojenne zaborcy, obce władze , szkoła, gdzie język rosyjski potem niemiecki i znowu rosyjski i tylko konspiracyjne nauczanie dzieci polskich . Jednak w końcu starosta coś zrozumiał, może jednak Mama próbowała wyjaśnić, a może ktoś mu zwrócił uwagę , bo w krótkim czasie zawiadomił Mamę, że jest praca w Rybnej pod Krakowem.

Oczywiście od razu skorzystała z tej propozycji i przeniosła się z Zenonem z obozu przejściowego do Rybnej. Tam zamieszkali w pałacu zabranym przez władze komunistyczne właścicielom. Poznali miłych młodych ludzi z córeczką Zosią. Okazało się, że łaskawie pozwolono im zostać, oferując mieszkanie w oficynie. A byli to dawni właściciele tegoż pałacu… Równolatek Zosi,  Zenon , który miał wtedy 11 lat, zapraszał dziewczynkę na spacery i ona chętnie z nim przebywała. Była podobno piękna i mądra .

Ta sielanka nie trwała długo, bo po niespełna roku zawiadomiono Mamę, że może już bez przeszkód podróżować dalej. I wkrótce opuściła gościnne progi pałacowe, pożegnała się z uczniami , starała się nie widzieć smutnej miny Zenona, który przeżył rozstanie ze swoim pierwszym zauroczeniem….Gdy po dwóch latach się urodziłam, Zenon wyprosił Rodziców, by nazwali mnie Zosią….

Losy moich Rodziców. Powrót do Polski.

Jest maj 1945 roku.

Radość z końca wojny zostaje zmącona informacją, że tutaj będzie ZSRR.

Jakże można się cieszyć w pełni, gdy teraz wszystko będzie inne.

Spotykają się miejscowi Polacy, dyskutują co robić.

Władze chętnie pozbywają się miejscowych. Niebawem zaludnią te tereny swoimi obywatelami. A ci, którzy pozostaną pewnie będą mieli ograniczone prawa.

Znaczna większość mieszkańców Smorgoń podejmuje decyzję wyjazdu na tereny, gdzie teraz będzie Polska.

Mama się waha, przecież w Smorgoniach jest grób jej synka- Wacusia.

Ale żyje pierwszy syn- Zenon i Matka chce, by dorastał w ojczyźnie.

Takie myślenie przeważa. Mama oznajmia swojemu kierownikowi szkoły, że wyjeżdża, ten reaguje śmiechem. Kpiąco pyta, czy Ona naprawdę wierzy, że tam będzie inaczej. Przecież wszędzie ma być ten sam ustrój. Ale Mama odpowiada, że zdaje sobie z tego sprawę , ale przynajmniej będzie słyszała język polski.

Jej przyjaciółka od serca , Konopielkowa z synami już wyjechała. Zaopiekowali się nią kuzyni i przyjaciele.

Mama tutaj nie ma nikogo z rodziny, wszyscy mieszkają w Rakowie i tamtych okolicach. Zresztą nie jest to Jej prawdziwa rodzina, a rodzina jej męża. Przez ubiegłe lata oddalili się od siebie. Zenon bardzo chce jechać do Polski.

Pakują toboły, tapczan na którym urodził się Paweł Konopielko ładują obcy ludzie do wagonu bydlęcego i wkrótce pociąg wyrusza. Z Mamą wyjeżdża jej bliska koleżanka z pracy, namawia do ulokowania się we Wrocławiu, bo ma już informację, że są tam niezniszczone poniemieckie domy i możliwość pracy.

Jednak Mama woli do Godziszki.

Oschła ta Jej Godziszka, ale w końcu najbliższa, bo rodzona. …

Losy moich Rodziców. Milczące statki.

Milczące statki na morzu

 

Jeszcze muszę wspomnieć o tym słynnym marszu śmierci.

Otóż po wyzwoleniu, a grupę w której był Tato , wyzwolili dopiero pod Lubeką Amerykanie. Tak więc nie dotarł do celu, czyli nad morze.

Wówczas opowiadano o pierwszych grupach więźniów, które zdziesiątkowane, osłabione, ledwie żywe ujrzały morski brzeg. Chyba nikt nie wiedział co im jeszcze zgotowali oprawcy. Nie wiem o czym myśleli katowani.

Wpędzono ich na pokłady statków handlowych , a następnie przegnano pod pokład. Nieszczęsni usłyszeli tylko, jak Niemcy ryglują włazy. Żaden z nich nie został z więźniami, bo zresztą po co. Wkrótce zamknięci pod pokładem w ciemności,  duchocie smrodzie brudnych ciał i fekalii poczuli  kołysanie. Początkowo grał silnik statku, ale potem umilkł. Fala szarpała , ludzie chorowali na chorobę morską, może wzywali ratunku, może wzywali milczącego Boga- nikt nie wie i się nie dowie.

Bo alianci, widząc płynące statki dawali sygnały świetlne i dźwiękowe , by się poddali.Pewnie słyszeli to ci pod pokładem, wtedy zrozumieli, że nikt nie kieruje statkami, że Niemcy jak szczury opuścili statki skazując swoich więźniów na niechybną śmierć.

Nie wiem, jakiż szaleniec to wymyślił….

JNa sygnały aliantów na statkach nikt nie reagował. Nie wywieszano białej flagi. Na ponawiany sygnał odpowiadała morska cisza.

Wówczas rozpoczęto ostrzeliwanie tych obiektów.

I wtedy z uszkodzonych statków zaczęły się wysypywać  pasiaki.

Alianci długo nie mogli zrozumieć, ale w końcu zrozumieli czyn Niemców.

Ostatnią ich straszliwą zbrodnię.

Ludobójstwo w najczystszej postaci…..

 

Losy moich Rodziców. Pasiak obozowy Taty

 

 

 

 

Oglądam zdjęcia w starym rodzinnym albumie. To mój Tato, sam wkleił i opisał własną ręka te fotografie. Na pierwszej ma 24 lata, na drugiej- 37- jest po pobycie w obozie koncentracyjnym. Wymizerowany, chudy, chory z wyblakłymi zapadniętymi oczami- ale żyje….Na trzecim zdjęciu już zdrowy 45 latek…

 

 

 

 

 

W Szkole , gdzie uczyła moja Mama, w Gorzowie przy ul. Estkowskiego powstała Izba Pamięci. Wówczas Tato oddał tam swój pasiak , odzienie z obozu koncentracyjnego z naszytym numerem obozowym. Jakże dobrze go pamiętam i jeszcze czuję w palach dotyk tej tkaniny. Szorstkiej, grubo i rzadko tkanej  nieomal z okami przez które można było widzieć co jest po drugiej stronie. Ileż przeżyła, przetrwała widziała marsz śmierci i próbował ratować przed zimnem wiatrem i mrozem. To niesamowite, że ochroniła Tatę, a może to zadziałał tylko jego silna wola….

Nie wiem, jakie były dalsze losy tej Izby Pamięci, co się z nią i eksponatami stało. Pewnie wszystko już zniknęło z powierzchni ziemi i tylko pozostała moja pamięć…..

Losy moich Rodziców. Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

W kwietniu 1945 roku, gdy Niemcy czuli już na plecach oddech Rosjan i aliantów, wpadli na szalony pomysł .

Bali się , że zostaną odkryte ich zbrodnicze działania w obozach i zarządzili wymarsz więźniów, zwany marszem śmierci. Pewnie też  stale mieli nadzieję, że ludzie ci będą potrzebni w niemieckim przemyśle zbrojeniowym jako tania siła robocza. Marsze te , przemieszczania z innych obozów koncentracyjnych odbywały się już w końcu 1944 roku. 

 

Gdy byłam w Sachsenhausen z dziećmi, na obrzeżach obozu odnaleźliśmy głaz, ustawiony tam po wojnie z napisem, że tutaj się rozpoczął ów  marsz śmierci.

Głaz nic nie mówi, zamyka w sobie tę niewielką treść.

Jest niemym symbolem.

Ale dla nas to było coś więcej. Od razu mieliśmy przed oczami jakby film utkany z kadrów, które na przekazywał Tato. Prawdziwy film, przerażający….

Oto opowieść Taty:

Pod koniec 1944 roku, w obozie panował dziwny nastrój, Niemcy mieli spłoszone niespokojne oczy. Niektórzy znikali i więcej już ich nie widziano.

Pomiędzy więźniami krążyły  informacje, które powodowały szybsze bicie osłabłych  serc. Bo oni , pomimo, że byli ludzkimi cieniami mieli żywe serca i umysły jasne, wyposzczone dietą trocinowo- brukwiową . U zmarłych nie znajdowano na sekcjach ani śladu blaszek miażdżycowych, ani w nerkach kamieni – taka to była wspaniała dieta. Lekarze więzienni się dziwili, a nawet to potem opisali.

Te informacje, które powodowały dreszcz emocji wśród więźniów,  to były przeciekające wieści z frontów, które jednoznacznie potwierdzały, że zbliża się koniec wojny. Po 6 długich latach mroku pojawiał się ślad nadziei. Wszyscy czekali, wyobrażali sobie to rychłe uwolnienie.

Ale  zachowania Niemców i wieści z innych obozów wskazywały, że jeszcze coś się wydarzy złego, że wszystkich czeka jakaś dramatyczna niespodzianka.

Tak, wszystkich czekała wielka niespodzianka. Na szczęście nie zdawali sobie w pełni sprawy z tego co będzie dalej.

Wiadomo było tylko, że z innych obozów już wyszły kolumny odziane w cienkie pasiaki, pędzone w niewiadome miejsce i w niewiadomym celu.

I w tym obozie więźniowie powoli sobie  uświadomili , że czeka ich przeniesienie w inne miejsce. Ale jak miało wyglądać to przeniesienie., nikt nie wiedział. Mówiono, że niektórych przewożono pociągami i prawdę mówiąc wszyscy trochę na to liczyli.

Był kwiecień 1945 roku. Przełom zimy i nieprzyjaznej wiosny. Ci, najbardziej przezorni , przewidujący różne możliwości, z wędrówką pieszą włącznie rozglądali się za czymś, czym mogliby ocieplić swoje grzbiety.

Tato i jego koledzy  wypatrzyli gdzieś stare opony. Z nich uszyli sobie podeszwy do starych drewniaków a wierzchy pokryli kolejną warstwą starych szmat, ukrywając pod nimi stare gazety,  znalezione w biurze projektowym. Resztę starych gazet lokowali pod pasiakiem, by ocieplić plecy. W ten sposób byli nieomal przygotowani do tego ostatniego etapu.

Jednak w duchu każdy liczył, że wkrótce nadejdzie wyzwolenie i ich los się zmieni.  

Ale wyzwolenie nie nadchodziło. Któregoś dnia zarządzono wymarsz.

Po raz ostatni zebrali się na placu apelowym. Potem ustawieni czwórkami rozpoczęli swój marsz, dla niektórych ostatni.

Ruszyli  powłócząc zbolałymi wychudzonymi nogami. Padał deszcz ze śniegiem a oni szli. Maszerowali drogami leśnymi, na postojach szukając wyłaniającej się maleńkiej pokrzywy, z której w starych puszkach gotowali zupę. Ci, którym zabrakło sił, zostawali po drodze, wkopywani buciorami Niemców do przydrożnego rowu.

Mijały dni i noce spędzane na trawie otulającej drogę marszu. Wydawało się, że nie będzie końca udręki. Już nikt nie wydawał z siebie głosu, nawet nie jęczał. Ludzie padali bez słowa i już się nie podnosili i trwał ten zda się surrealistyczny marsz…

Któregoś beznadziejnego dnia , nagle zapanował jakiś ruch i ożywienie.

Wszystkie kolumny zostały zatrzymane. Niemcy stali z niepewnymi minami.

 Więźniowie ujrzeli  szereg eleganckich motocykli i samochody z proporczykami Czerwonego Krzyża. Z jednego z nich wysiadł, jak się potem okazało hrabia Bernadotte. Był to Szwed, przedstawiciel tej organizacji, który przywiózł jedzenie dla więźniów. 

Osłupiali Niemcy zadawali mu pytanie, jak ich znalazł.

Odpowiedział płynnie po niemiecku, że nie miał problemów, bo  jechał śladem trupów przydrożnych. Tato słyszał to na własne uszy….

Ale niestety panowie ci wkrótce odjechali, bo pewnie takie były zasady ich działania.

Przed odjazdem, dopilnowali tylko, by Niemcy przekazali więźniom  puszki z konserwą mięsną, kawę i nieco chleba. Uczynili to niechętnie, z ociąganiem, pod przymusem spojrzeń ludzi z Czerwonego Krzyża.

Wszyscy byli skrajnie wygłodzeni, ale  niektórzy nie wytrzymali , rzucili się na to jedzenie i natychmiast wszystko skonsumowali. Może byli nieświadomi albo nie słuchali rad innych by jeść po odrobinie. Niestety ich wygłodzone żołądki, z zanikami powierzchni trawiennych tego nie wytrzymały. Jedzenie okazało się zabójcze.  Po niedługim czasie wili się z bólu.  Wielu z nich skończyło życie w straszliwych męczarniach.

Tato zawsze był ostrożny i umiarkowany w jedzeniu- o piciu nawet nie wspomnę.

Podzielił więc otrzymany kawał chleba na dzienne porcje, zapakował i tego się trzymał. Oczywiście po wojnie zapadł na chorobę żołądka, wymiotował po każdym posiłku, był bardzo osłabiony i lekarze opuścili ręce. Wówczas uwierzył w profesora Biernackiego, znanego w Poznaniu homeopaty i bardzo wolno, dawkując jego leki , wrócił do zdrowia. Trwało to wiele lat i wymagało sumiennego brania tych leków- pamiętam szafkę w kuchni a w niej to rzędy buteleczek, kroplomierzy i jakiś proszków.

Konieczna była też rygorystyczna dieta i tutaj moja Mama była głównym generałem leczenia. Nie zapomnę, jak codziennie gotowała świeże zupki, pulpeciki ze zdobywanej niełatwo cielęciny i ziemniaczki z masłem. Zero innych tłuszczów, smażenia itp. Ponadto, gdy z powodów zawodowych- a to wykolejenie pociągu, pękanie szyn, czy jakieś inne awarie – Tato nie przybywał na obiad w oznaczonej godzinie, Mama wszystko wylewała i gotowała nowe. Nic nie mogło być odgrzewane nie mówiąc o przechowywaniu do następnego dnia. Nie wytrzymałabym takiego reżimu- nie mam anielskiej cierpliwości i samozaparcia jakie miała Mama.

W rezultacie Tato pozbył się problemów zdrowotnych, ale do końca życia jadł skromnie, zawsze lekkostrawne potrawy , długo żuł i przestrzegał godzin posiłków.

Pewne zdarzenia nawet wydawały mi się humorystyczne. Otóż kiedyś zdobyłam smaczny żółty ser- a były to czasy, gdy jedzenie się zdobywało- przyniosłam Ojcu i zaproponowałam, by spróbował. On popatrzył na zegarek- i powiedział jeszcze nie ma 11, więc nie pora na serek. Taki był- wspominam to z rozrzewnieniem….

 

 

Losy moich Rodziców. Marsze śmierci.

Marsze śmierci – informacje z internetu

W latach 1944- 45 zbliżał się koniec  II wojny światowej  i  wojska alianckie a przede wszystkim Armia Czerwona zaciskały pętlę na nazistowskiej szyi, Niemcy zorganizowali marsze ewakuacyjne więźniów obozów koncentracyjnych. Pomysł był straszliwy i zupełnie nieracjonalny..

Więźniowie nazwali je marszami śmierci, nazwę tę później przejęli historycy.

Kilkanaście dni przed nadejściem frontu, z różnych obozów wypędzano skrajnie wyniszczone cienie ludzkie i gnano w głąb Rzeszy. Planowano zatrudnienie ich jako darmowej siły roboczej na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego.

Tak napisano w Wikipedii, ale opowieści Taty wskazują na możliwy też inny powód. Chyba w panice chcieli zatrzeć ślady swojej zbrodniczej działalności i pozbyć się więźniów- świadków i uczestników tych tragedii.

Była to dramatyczna chwila w historii więźniów hitlerowskich obozów. Większość marszów odbywała się na mrozie, zimą 1944/1945.

Dziennie przemierzano 20- 30 km, noclegi były improwizowane najczęściej pod gołym niebem.

Więźniowie ubrani w cienkie pasiaki często zamarzali na śmierć, a racje żywnościowe były nikłe.

Każda próba wyłamania się z maszerującej  kolumny traktowane były jako ucieczka bądź niezdolność do dalszej drogi i karane natychmiastową śmiercią.

Śmiertelność była ogromna.

Jednak dość licznym udawało się uciec, korzystając z zamieszania i niezwykłej sytuacji.

Pierwsze marsze na ziemiach polskich miały miejsce w 1944 roku z Majdanka.

W styczniu 1945 roku przesiedlono 66 tys. więźniów Auschwitz – rozdzielono ich po obozach Gross Rosen, Buchenwald, Dachau i Mauthausen. W trakcie marszu zmarło z wycieńczenia lub zostało rozstrzelanych 15 tys. osób.

Więźniarki z Prus Wschodnich pędzono do Palmicken( obecnie Jantarnyj) , gdzie rozstrzelano ok. 3000 osób.

Również:

 – w styczniu 1945 r. ewakuowano część obozu Stutthof i obóz Blechhammer,

–  w lutym  1945 r.Gross Rosen, w kwietniu Dora-Mittelbau, Flossenburg, Sachsenhausen, Neuengamme, Magdeburg, Mauthausen, Ravensbruck,

– w maju 1945 r.– Reichenau.

Ewakuacje w kwietniu i maju  często kończyły się masowymi egzekucjami. Oblicza się, że z blisko 700 tysięcy osób, które zostały wysłane do Niemiec, 1/3 zginęła.

 Na terenie Rzeszy więźniów przewożono również pociągami.

W opustoszałych obozach naziści pozostawili najbardziej wyczerpanych więźniów oraz ciężko chorych, którzy nie byli w stanie wymaszerować. Planowano zgładzenie ich, ale nie zdążyli, gdyż front zbliżał się bardzo szybko i uciekali szeregowi SS- mani. Po wyzwoleniu obozów, większość więźniów zmarła z wyczerpania. .”

 

Losy moich Rodziców. Obozowe biuro projektowe.

Obozowe biuro projektowe

 

Pod koniec wojny, Niemcy wymyślili, że muszą wybudować nową bocznicę kolejową do obozu. Ułatwiałoby to transport cegieł.

Na apelu zwrócili się z pytaniem do więźniów, kto się zna na pomiarach w terenie i pracach w pracowni projektowej.

Tato aż drgnął. Wreszcie coś znajomego. Zapalona iskierka nadziei.  Wszak to była jego specjalność , przecież ukończył Wileńską Szkołę Techniczną ze specjalnością dróg i mostów kolejowych.

Od razu się zgłosił.

Niemcy wyrazili zgodę, by go zatrudnić na próbę.

W założonej już pracowni projektowej już pracowali  fachowcy, pracownicy cywilni , oczywiście Niemcy.

Oni to poddali Tatę licznym testom sprawdzającym, które zdał celująco i został tam zatrudniony jako jedyny z więźniów.

Otrzymał polecenie, by wytyczyć w terenie przebieg nowej trasy . Wiedział, że do tych celów będzie niezbędny  aparat niwelacyjny. Dobrze znał te przyrządy i lubił się nimi posługiwać.  Już go dostrzegł  kątem oka, rozpoznawał. Zapakowany w skrzyneczce koloru kości słoniowej, czekał. Tato uśmiechał się do niego w duchu, gdyż wiedział, że ma jeden z najlepszych w świecie układów optycznych produkowanych w Jenie.

Do realizacji przydzielonego zadania  potrzebował pomocników.

Zgłosił ten problem Niemcom . Wyrazili zgodę, by wybrał do pomocy współwięźniów, o których wie, że potrafią wykonać przydzielone zadanie.

To był duży kredyt zaufania, ale pewnie pracownicy cywili nie mieli ochoty łazić po terenie, często w błocie i na deszczu. Dodatkowo należało dźwigać dość ciężką deskę niezbędną do pomiarów, zwaną łatę.

Tato zaproponował pracę dwóm kolegom. Spotkali się w obozie, mieli sąsiednie prycze, dobrze się poznali i zaprzyjaźnili.

Jeden kończył też szkołę techniczną i znał ten zawód ( zresztą po wojnie został wiceministrem komunikacji ) , a drugi –niefachowiec, ale był człowiekiem uczciwym, dobrodusznym pedantycznym ale przede wszystkim znajdował się w bardzo trudnej sytuacji.   Otóż on,  Adaś Moszczyński, uroczy niedźwiedziowaty pan, którego poznałam po wojnie – mieszkał z rodziną w Bielsku- spotykaliśmy się często- miał potężną  wadę wzroku. Nosił bardzo grube okulary, przez które ledwie widział. W dodatku często spadały mu z nosa w pył ceglany i błoto i ledwie się trzymały pomimo skrzętnego drutowania, w czym pomagał mu Tato. Miałby nikłe szanse przetrwania, gdyby nie ta niespodziewana praca w zespole Taty.

Pomiary w terenie trwały długo a potem należało wyniki nanieść na pergamin i wykonać kreślenia, którymi zajął się Tato. W ten sposób powstał projekt nowej bocznicy kolejowej z miasta Oranienburga do obozu Sachsenhausen.

Po latach, w czasie naszych odwiedzin  w tym miejscu, widzieliśmy te opuszczone teraz tory….

 

Losy moich Rodziców. Pierwsza i ostatnia choroba Taty w obozie.

Pierwsza i jedyna choroba Taty w obozie..

 

W obozie Tato początkowo został zatrudniony przy produkcji , ładowaniu i transporcie cegieł.

 

Pracowali w pyle, zimnie i na deszczu. Ubrani w cienkie pasiaki, drewniane buty często godzinami stali na apelu. Przedłużane apele oprawcy fundowali często. Zwykle przyczyną była próba ucieczki któregoś z więźniów, drobne uchybienia w pracy czy nierówno zaścielona szmatą imitującą prześcieradło  prycza…Bywało, że apel trwał cały dzień i noc. Czasami te szkielety ludzkie polewano za karę zimną wodą wydobywającą się z gumowego węża…

Któregoś dnia  wieczorem Tato poczuł  charakterystyczne dreszcze, ziębnięcie kończyn. Skulił się na pryczy i dygotał pod cienkim kocem. Już wiedział, że jest chory. Miał doświadczenie z poprzednich lat, jeszcze młodzieńczych, spędzanych na wolności i był pewien, że to angina.

Noc jakoś przetrwał w majakach.

Gdy zabrzmiał sygnał zbiórki na poranny apel, zwlókł się z pryczy i podtrzymywany przez kolegów ustawił się w swoim szeregu.

Czując bliskie omdlenie zdobył się na odwagę. Już niczym nie ryzykował. Gdyby zemdlał, czekała kula w łeb albo podkuty bucior esesmana.

Wiedział, że tak czy tak czeka na niego śmierć.

W ostatnim przytomnym odruchu  słabym głosem zameldował, że jest bardzo chory na anginę.

O dziwo został wysłuchany, a nawet kapo spytał czy jest lekarzem że stawia takie rozpoznanie.

Tato łamanym niemieckim wyjaśnił, że lekarzem nie jest, ale zna tę chorobę.

Chyba lęk Niemców przed jakąś chorobą zakaźną, która mogłaby zagrażać miejscowej ludności spowodował, że  skierowano Go do rewiru.

Był to rodzaj szpitala więziennego, a raczej umieralnia.

Tam mogli postawić właściwe rozpoznanie i ocenić sytuację epidemiologiczną.

Jednak to Go uratowało.

Pozostał przez kilka dni w miarę ciepłym pomieszczeniu i na zwykłym łóżku, a nie deskach pryczy. Leczony był znanym sobie pędzlowaniem gardła jodyną, bo innego leczenia wówczas nie znano i o dziwo wydobrzał.

Była to jedyna choroba Taty w obozie.

Późniejsze przemoczenia, przemarznięcia i inne warunki sprzyjające zachorowaniu nie zagroziły Jego zdrowiu.

I jeśli ktoś uważa, że zahartowanie nie ma korzystnego wpływu na zapadalność na choroby , nie ma racji….

 

Losy moich Rodziców. Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć.

Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć

 

 

Mijały powojenne lata. Różaniec gdzieś tam sobie leżał, w jakiejś najmniej dostępnej szufladzie.

 Powoli zapomniany.

Ja, niewielka wtedy dziewczynka zakradałam się do tej tajemnej szuflady i brałam do ręki obozowy różaniec Taty. Może ja go nawet niechcący rozdarłam, był tak wątły i misterny. Leżał więc rozdarty.

Były tam też listy Taty z obozu.

Powoli tamte czasy zacierały się w myśli Rodziców.

Nowe problemy, zawodowe, domowe przysłaniały wspomnienia.

Może Mama widziała, że się bawię różańcem, może nie.

Pewnie w ogóle nie przywiązywała wagi do przedmiotów pomna swojej histerii po zniszczeniu przez sowietów białych kruków i delikatnej porcelany , swoich ukochanych zbiorów. Pisałam o tym w rozdziale do Pamiętnika Janaseniora zatytułowanego zapiski synowej. Nie wiem, co czuła.

Po latach dowiedziałam się, że Tata w zapale niszczenia przedmiotów zbędnych- wyrzucił szczątki tego różańca i większość swoich listów pisanych do Mamy.

Ale  tutaj przesadziłam w poprzedniej ocenie.

Jednak Mama te listy traktowała jak relikwie dawnych czasów. Były dla Niej bardzo ważne. Jeszcze wtedy myślała o swojej wielkiej miłości i były oznaką, że jest kochana.  

Przywiozła je z Wileńszczyzny, przetrwały pożary i wszelkie zawieruchy.

I teraz było Jej przykro , może upatrywała w tym geście wyrzucania jakiś oznak odchodzenia Taty od niej, od syna, chęć oderwania się od tego, co go łączyło z nimi. Może myślała, że ta miłość jest tylko dalekim wspomnieniem.

Oczywiście do końca nie wiem,  co wtedy czuła.

Ale żaliła się, że już nie ma tych listów.

Tak jakby odebrano  fragment Jej duszy.

 Jednak, gdy przeglądam dokumenty Rodziców,  Tato całkiem rozsądnie pozostawił  te najważniejsze obozowe listy- pierwszy, napisany w 1941 roku. kolejny z 1942 roku i z 1943 roku.