Opowieści mojej Mamy. Marianna.

Skrzyczne, widok ze zbocza Skalitego

 

 

Wieść o planowanym przybyciu z sąsiedniej miejscowości bogatego wdowca  w wiadomym celu roznosi się szybko po wsi. Dziewczyna się dowiaduje na końcu, nie dowierza , jest przerażona . Przybiega do matki, klęka u jej kolan, i pyta . Matka potwierdza wiadomość. Być może bez czułości, bo tam , na tej gliniasto kamienistej ziemi, wśród gór czułość już dawno umarła, a może się w ogóle nie urodziła. Jest tylko walka o przetrwanie

Wszyscy wiedzą , że  dziewczyna  jest zakochana w urodziwym młodym chłopcu  z dalekiej chałupy, ukrywającej nędzę pomiędzy górami. To właśnie bieda jest przeszkodą nie do przebycia. Jej  rodzice nigdy się nie zgodzą  na  to małżeństwo.

Nieszczęśliwa  miłość. Te oschłe słowa nie oddają dramatu, który rozgrywa się w duszy Marianny.

Wyobrażam sobie, jak dziewczyna wymyka się ukradkiem z domu. Biegną do siebie przez pola i  górskie bardzo pachnące łąki . I tylko góry są niemym świadkiem jak biją ich serca , dłonie dotykają dłoni, oczy płoną i usta szukają ust. Kochają się gwałtownie i rozpaczliwie. A może tylko wtuleni w siebie nieruchomo patrzą na swoje okrutne góry …

Dni Marianny mijają jak paciorki różańca, który codziennie odmawia , gdy nadchodzi wieczór . . Aż wreszcie, pewnie to było w niedzielę , zapanowało nagłe  ożywienie we wsi. Radziechowy .  Ludziska wylegli przed domy i wypatrywali, bo właśnie z daleka nadjeżdżała piękna bryczka  zaprzężona w  rącze konie . Zatrzymuje się przed domem Marianny. Wysiada rosły, barczysty mężczyzna. Jest przystojny dojrzały i co widać po świetnie utrzymanych i ozdobionych koniach , bogaty  .

Marianna chce uciekać , ale rodzice ją zatrzymują. Ona  posłuszna ich rozkazom powoli wraca do chałupy i siada w najciemniejszym kącie izby. Siedzi cichutko, przyczajona i przypomina ptaka, który do tej pory szybował nad górami. I został  zniewolony , zamknięty w klatce i  tylko czuje jak szybko bije wystraszone serce…

Rodzice wychodzą przed dom, witają się ulegle i zapraszają do domu. Do izby wchodzi Michał.  .  Od wejścia patrzy na  dziewczynę , domyśla się , że to ona jest mu przeznaczona.  Ogląda ją starannie . Bo przyjechał w określonym celu.   Marianna  biernie się poddaje ocenie. Chciałaby wyć z bólu . Ale nie wolno , więc siedzi wyprostowana i  z całej siły  zaciska dłonie złożone na kolorowej spódnicy. Bo przecież ją wystroili świątecznie . W śnieżną bluzkę , wyszywany serdak, spódnicę rozłożystą w barwne wzory kwiatowe. Matka oddała jej swoje prawdziwe korale, które pulsują czerwienią w ciemnej izbie.

Marianna myśli, że jest na targowisku, gdzie sprzedają konie . I jest poddawana ocenie, czy się nadaje.

Stopniowo łagodnieją  gniewne i bardzo brązowe oczy Michała . Widocznie pozytywnie ocenił  urodę  dziewczyny oraz  jej przydatność w jego chałupie i gospodarstwie.

Jest tak jak uznali sąsiedzi,  dziewczyna może być jego żoną.

Zdecydowany, prosi ojca o rękę jego córki,  przedstawia jakieś propozycje majątkowe.

To  transakcja.

Wszyscy wiedzą , że ma pięcioro małych dzieci. Ale  czy rodzice Marianny o tym myślą? Prawdopodobnie to dla nich nie ma znaczenia.  Tutaj panują brutalne życiowe prawa. Ważne, że dla ich córki jest to poważna partia.

Rodzice podejmują decyzję , nie zwracają uwagi na córkę, na jej nieśmiały protest. A może ona w ogóle nie protestuje, biernie się poddaje woli rodziców. Nie podejmuje walki, bo już jest przegrana. Musi być uległą dobrą córką. Takie  to czasy…

A może jednak któreś z rodziców, matka  czy  ojciec, mają wątpliwości. I jest  im żal, że oddają taką młodą i to oddają właściwie na stracenie.

Jest to prawdopodobne ,  przecież wtedy , nawet w tych surowych górach ludzie mają serca.

Czy można sobie wyobrazić co czuje Marianna, gdy finalizuje się  umowa  poślubienia wdowca z pięciorgiem małych dzieci.

Może szczęśliwie jeszcze sobie nie zdaje sprawy,  z tego co ją czeka.

Jeszcze ostatnie spotkanie z ukochanym. Rozstanie i ostatnie łzy.

A potem już nie płacze,  tylko przychodzi do niej wielki smutek i jest stałym mieszkańcem jej oczu.   Ten smutek jest wszechogarniający   i tak trwały , że po bardzo wielu latach jeszcze go znajduję  w spojrzeniu mojej Mamy i jej rodzeństwa

Na dnie oczu dzieci Marianny i Michała zawsze się czaił smutek…

 


 

 

Opowieści mojej Mamy. Samotność Michała.

Bardzo stara kapliczka cmentarna w Godziszce, gdzie podobno jest XVII wieczny obraz.W opisywanych czasach jeszcze nie było sąsiadującego z nią kościoła.

 

 

Dziadek Michał zostaje sam. Ani jego dobry Bóg ani ukochane góry nie odpowiedziały na pytanie – dlaczego. Może się pogodził z wolą nieba, może przestał  ufać Bogu. Tego nigdy się nie dowiemy.

Ale czas leczy rany, więc zmarła żona powoli przechodzi w smugę cienia  . Ale czy można zapomnieć. ?  Jego córki pięknie rosną. Chyba są wiernym odbiciem swojej matki  bo bardzo wyraźnie  różnią się wyglądem i  zachowaniem od moich   prawdziwych ciotek.  

Czas płynie… Dziadek kocha konie, ma ogromne połaci pola. Jest bardzo zajęty, zresztą praca jest najlepszym lekarstwem. Kto mu pomaga w domu, nie wiadomo . Pewnie dzieci  opiekują się sobą nawzajem. Już dojrzewa najstarsza córka – Teresa. Ma naturę despotyczną dodatkowo utrwalaną przez ogrom obowiązków domowych. Maluchom zastępuje matkę  , pomaga ojcu w prowadzeniu gospodarstwa.

Ale Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną , potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę . Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać  , a życie płynie dalej . Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy , w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę , już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

 

Godziszka , nasza ul. Południowa.Od lewej zbocze Skrzycznego z Niesłychanym Groniem, przełęcz Siodło i Skalite.Za górami jest Szczyrk. Skalite to magiczna góra, wydaje z siebie mnóstwo strumyków a wodociąg godziszczański od ponad 50 lat czerpie z niej wodę . Od strony Szczyrku na jej zboczu jest skocznia narciarska.

Opowieści mojej Mamy. Pierwsza żona mojego Dziadka.

czwartek, 19 stycznia 2012 6:45

Babia Góra….

 

Stoję  na zboczu Skrzycznego. Widok jest przepastny i cudny. Przede mną otwiera się wielka Kotlina Żywiecka.

Daleki horyzont zamykają niezbyt wysokie pasma Beskidu Małego, na południu jak zwykle siedzi wysoka , kształtem podobna do Fuji Babia Góra. Dalej Pilsko, Romanka i inne szczyty Beskidu Żywieckiego, za mną rozpościera się Beskid Śląski.

W dole wsie rozrzucone jakby na wielkiej makiecie. Niektóre linijnie ułożone wzdłuż linii kolejowej, która biegnie  wzdłuż pasma gór do Zwardonia i dalej za granice państwa. Domy jak paciorki nanizane na grzbietach wzniesień , sznureczkach dróg  i wzdłuż strumyków .

Najwyraźniej widzę dużą wieś, która opiera się o zbocze Skrzycznego .To Godziszka. W tej wsi urodziła się moja Mama . W miejscu , gdzie stała chałupa mojego Dziadka- Michała Jakubca  wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku duże jasne domy . Są to domy moich kuzynów.

Mimo , że miałam wtedy może pięć lat , zapamietałam ten stary dom rodzinny , jeszcze tam był .

Chałupa ta , posadowiona przy drodze do Łodygowic,  za kościołem i małym cmentarzem była duża i przysadzista , zbudowana ze sczerniałych bali drewanianych . Miała  dwuspadowy dach o dużym kącie nachylenia gontowych połaci. W odróżnieniu od stromych tatrzańskich , tutaj budowano domy o  bardziej płaskich dachach . Przez niewielkie okna wpływało maleńkie dzienne światło . Wejście do domu było  niskie, i należało  wielkim krokiem przejść przez bardzo wysoki próg…

I teraz , gdy  rozmyślam , stojąc na zboczu Skrzycznego przychodzą  dawne historie ożywione kiedyś  opowieściami mojej Mamy .

 

Może jest rok 1900. Właśnie w tej chacie mojego Dziadka. rozgrywa się dramat. Jego żona rodzi piąte dziecko . Poród jest trudny  .

Słyszę krzyk rodzącej, potem już tylko słaby jęk i ciszę . Jacyś ludzie wybiegają z domu, Dziadek zaprzęga konie do bryczki i pędzi w dal tratując swoje pola, które kończą się daleko na horyzoncie. Po pewnym czasie przywozi  jakąś kobietę . Wbiegają do domu z nadzieją , przecież ona jest wprawiona w przyjmowaniu porodów. W izbie  pełno krwistych płócien . Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku  , czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić., bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …

Potem maleńkie łapki czworga dzieci , które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .

Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.

A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że  właśnie to dobro umarło.  A może  tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?

Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość  ….