czwartek, 19 stycznia 2012 6:45
Babia Góra….
Stoję na zboczu Skrzycznego. Widok jest przepastny i cudny. Przede mną otwiera się wielka Kotlina Żywiecka.
Daleki horyzont zamykają niezbyt wysokie pasma Beskidu Małego, na południu jak zwykle siedzi wysoka , kształtem podobna do Fuji Babia Góra. Dalej Pilsko, Romanka i inne szczyty Beskidu Żywieckiego, za mną rozpościera się Beskid Śląski.
W dole wsie rozrzucone jakby na wielkiej makiecie. Niektóre linijnie ułożone wzdłuż linii kolejowej, która biegnie wzdłuż pasma gór do Zwardonia i dalej za granice państwa. Domy jak paciorki nanizane na grzbietach wzniesień , sznureczkach dróg i wzdłuż strumyków .
Najwyraźniej widzę dużą wieś, która opiera się o zbocze Skrzycznego .To Godziszka. W tej wsi urodziła się moja Mama . W miejscu , gdzie stała chałupa mojego Dziadka- Michała Jakubca wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku duże jasne domy . Są to domy moich kuzynów.
Mimo , że miałam wtedy może pięć lat , zapamietałam ten stary dom rodzinny , jeszcze tam był .
Chałupa ta , posadowiona przy drodze do Łodygowic, za kościołem i małym cmentarzem była duża i przysadzista , zbudowana ze sczerniałych bali drewanianych . Miała dwuspadowy dach o dużym kącie nachylenia gontowych połaci. W odróżnieniu od stromych tatrzańskich , tutaj budowano domy o bardziej płaskich dachach . Przez niewielkie okna wpływało maleńkie dzienne światło . Wejście do domu było niskie, i należało wielkim krokiem przejść przez bardzo wysoki próg…
I teraz , gdy rozmyślam , stojąc na zboczu Skrzycznego przychodzą dawne historie ożywione kiedyś opowieściami mojej Mamy .
Może jest rok 1900. Właśnie w tej chacie mojego Dziadka. rozgrywa się dramat. Jego żona rodzi piąte dziecko . Poród jest trudny .
Słyszę krzyk rodzącej, potem już tylko słaby jęk i ciszę . Jacyś ludzie wybiegają z domu, Dziadek zaprzęga konie do bryczki i pędzi w dal tratując swoje pola, które kończą się daleko na horyzoncie. Po pewnym czasie przywozi jakąś kobietę . Wbiegają do domu z nadzieją , przecież ona jest wprawiona w przyjmowaniu porodów. W izbie pełno krwistych płócien . Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.
Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i patrzy na swoje góry.
Po jego policzku , czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.
Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.
Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić., bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …
Potem maleńkie łapki czworga dzieci , które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .
Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.
A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że właśnie to dobro umarło. A może tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?
Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość ….
