środa, 18 stycznia 2012 7:32
Wróciłam do rodzinnego, wygodnego gniazda.
Spotykałam się z koleżankami z LO, odkrywając uroki miejscowych kawiarni. Nadganiałyśmy czas, gdy z powodów niejasnych, nie chodziłyśmy do knajp. Może to tylko ja, zapóźniona w rozwoju nie chodziłam, może nie było wolno, może nie było takiej mody…
Czasami wylegiwałam się na działkowej trawie pod starymi drzewami w których buszowały osy, pszczoły i jakieś muszki. Wszak był to czas letniego dojrzewania owoców. Zbierałam czarne i czerwone porzeczki, które pięknie płonęły dojrzałym lipcem na swoich krzakach.
Dni spalone upałem przewalały się leniwie łapiąc w objęcia skrawki cienia.
A nad moim światem była tylko pokorna i spokojna cisza.
Nocami przychodziły sny inne niż dotychczas. Spadanie ze schodów ciasnej klatki gorzowskiej kamienicy zastąpił sen o skoku z samolotu. Gdy gwałtownie koziołkowałam w powietrzu nagle otwierał się mój spadochron. I potem już tylko kołysał mnie dobry wiatr, przytulały obłoki a ziemia z siatką błękitnych wodnych szlaków i burzową zielenią czekała…
Mama nie zadawała pytań nt egzaminu. Ja nie opowiadałam. Wydawało się, że porzuciłam myśl o medycynie.
Wreszcie któregoś dnia Mama powiedziała, że się cieszy, bo pewnie zostanę z nimi w Gorzowie. Dowiadywała się o miejsce w Studium Nauczycielskim. I że zrealizuję Jej marzenie, by zostać, tak jak Ona nauczycielką.
Aż po 2 czy 3 tygodniach zadzwonił telefon…
