„Sońka” z miłości utkana…

PB270127.JPG

 

 

 

 Nie przepadam z czytaniem książek, które są jeszcze ciepłe po wydaniu, szeroko omawiane, chwalone lub ganione, ale będące w kręgu ogólnego zainteresowania. Lubię, gdy już znajdą się w bibliotece i tam, zmęczone minionym szumem , spokojnie czekają na kogoś, kto weźmie  do ręki, wypożyczy , poczyta lub tylko przekartkuje. Czasami są zapomniane, opuszczone niepewne losu. I takie lubię. To jak odwiedziny u osoby samotnej.

   Tym razem, pomimo tego, że nieomal wczoraj przebrzmiały echa wypowiedzi licznych krytyków literackich nad niedawno wydaną „ Sońką” Ignacego Karpowicza, nad wielkością i niezwykłością autora a już pani w bibliotece podała mi tę powieść. I na przekór zasadom przyniosłam ją do domu. Może ulegałam, bo tytuł był mi bliski, a może zwyciężyła ciekawość tego, co może zawierać ta niewielka , bo licząca zaledwie 198 stron, ładnie wydana książka. Rozłożyłam się zwyczajowo na kanapie, otworzyłam i wpadłam. Piękny język, wprawdzie dużo słów ale potrzebnych dla oddania klimatu i tekst nieczęsto spotykany. I tu pozwalam sobie na liczne cytaty, bo nie da się tego streścić.

„Sonia wolniutko ruszyła….za krasulą…Potem pod górę- trzeba przystanąć ze trzy razy, ażeby oddech dogonił człowieka, oddech albowiem, twierdziła Sonia, człowiekowi kroku nie dotrzyma, a jak człowiek za bardzo pędzi, to potrafi swój oddech zgubić…”. Tak sobie rozmyślając podążała do obejścia. I nagle ujrzała, że nieopodal jej chałupy, jednej z nielicznych zamieszkałych w Królowym Stojadle na Podlasiu, zatrzymał się elegancki samochód na białostockich lub warszawskich numerach. Sońka przystanęła a Krasula –

 „ Łaciata mleczarnia, samobieżna i nabrzmiała w wymionach, spojrzała na Sonię najbrązowszym brązem swoich oczu…”

Z samochodu  wysiadł młody człowiek, który bardzo się spodobał staruszce i bezradnie, bezskutecznie usiłował złapać zasięg telefonu komórkowego. I zaprosiła go do siebie na świeże mleko . Jeszcze nie wiedziała i chyba nigdy się nie dowiedziała, że on, „Igor Gryfowski cierpi, i to głęboko jak jaskinia i szeroko jak ocean…cierpi na twórczą impotencję …Nie widzi sensu w świecie, nie widzi w życiu celu, mimo aplikacji pomocowych : narkotyków, pornografii, literatury filozoficznej”. Można się domyślić, że autor się z nim utożsamia, bo w rozmowie z Sońką wraca do swojej przeszłości i staje się na powrót Ignacym.

Zrezygnowany zamknął pilotem zepsuty samochód i spojrzał w twarz babinki.  „ I aż oniemiał….twarz Soni bowiem to jest twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy już się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony….a zmarszczek ma chyba pierdylion, mieliby chirurdzy plastyczni zajęcie….wystarczyłoby im niepotrzebnej skóry na przynajmniej trzy nowe twarze”,  „ pojął w ułamku sekundy, iż stoi przed nim istota, na którą czekał całe życie….Sonię nieodkrytą i zapomnianą…gdy niebiesko oko staruszki na nim , choć skroś Igora, spoczęło..”.

Wszedł, zdjął buty i obejrzał wnętrze chałupy. Ładne wnętrze było.  „ Pani nie ma kanalizacji?- zapytał.- Po szto?- odpowiedziała – Żeby mi chałupa zgniła od zlewu w kuchni? Żeby spać pod jednym dachem z własną kupą?”.

Popatrzyła raz jeszcze na gościa.

I wtedy zrozumiała, że to anioł śmierci : „że będzie mogła opowiedzieć  swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważenie”.

„…szczęśliwa, nalała mleka do emaliowanego kubka, na stole postawiła ahładki, smażone rano mączne placki, pyszki, z kredensu wyciągnęła swój największy skarb…metalowe pudełko z czekoladkami….kupiła bombonierkę trzy lata temu…a wcześniej patrzyła i wyobrażała sobie, że znajdzie ona miejsce u niej w kredensie, na szydełkowanej serwetce, obok zębów”.

I noc przyszła i czas rozmów, a raczej opowieści Sońki. A on słuchał i już widział swoją przyszłą sztukę , którą realizuje na deskach teatru z Sońką w roli głównej i dojrzewał i posuwał w wieku.  A ona, młodniejąc,  ciągnęła opowieść o przerażającym dzieciństwie,  wojnie i  losach letniej sukienki w błękitne kwiatki teraz wydobytej z kufra ze zbrązowiałą plamą krwi. Opowieść ta okrutna, ale pozostająca w dziwnej dysharmonii z  poetyckim, czasem nieomal baśniowym duchem, który unosi się nad książką, jakby mniej przerażająca bo oglądana jak przez mgłę , zawoalowana. Bo nad nią góruje i tętni prawdziwym życiem historia jedynej pierwszej miłości Sońki.  Zakazanej miłości do esesmana, który pewnego dnia wojny pojawił się we wsi…

i jest jeszcze  mądra, zniewalająca czytelnika takiego jak ja, miłość męża Sońki…

i trudno komentować, bo słów odpowiednich brakuje, opisywać, bo treść można znaleźć w necie albo po prostu przeczytać tę powieść. Przeczytać warto a nawet trzeba. Jestem pewna, że do tej lektury wrócę, gdy zimowe dni senne , gdy zatęsknię za pejzażem i białoruską mową, której sporo w książce, za podlaskim klimatem i Sońką, utkaną z miłości….

 

 

2007.05.19._Ignacy_Karpowicz_by_Kubik.jpg

 

Ignacy Karpowicz, 2007 r. Zdjęcie z Wikipedii

 

 

W jakimś wywiadzie  telewizyjnym Ignacy Karpowicz, opowiadał o  swojej ostatnio wydanej  książce zatytułowanej ” Sońka”. Dawno, dawno temu  jej ziarno zasiał jego wuj, malarz Leon Tarasewicz  opowieścią o  mieszkance sąsiedniej wsi, która w czasie wojny miała romans z Niemcem. I długo dojrzewała ta opowieść aż wreszcie urodziła się książka, długo jeszcze „ ociosywana” by uzyskać swoistą kondensację treści w niewielkiej objętości.

Ignacy Karpowicz to postać nietuzinkowa wśród pisarzy młodego pokolenia.

Urodził się w 1976 r., pierwsze lata dzieciństwa spędził we wsi Słuczanka, a potem przeniósł się  z rodzicami do Białegostoku. Ukończył Międzywydziałowe Studia Humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, zajmował się głównie iberystyką i afrykanistyką. Zadebiutował w 2006 r. powieścią „ Niehalo”, po roku wydał  „ Cud”, w 2009 r.- „ Gesty „,  w 2010 r.- „ Balladyny i romanse” , w zeszłym roku- „ Ości” a w 2014- „ Sońkę”. Jego powieści zdobywały Paszport Polityki i nagrody Nike. Poza tą niesamowitą płodnością literacką, jest tłumaczem  literatury pięknej z języka angielskiego, hiszpańskiego i amharskiego ( język semicki z grupy etiopskiej).

    Ale  wracam do „ Sońki”, muszę wrócić .Na 8 stronie pod tekstem autor pisze:

„ Jeszcze do niedawna na Podlasiu, zwłaszcza tym wiejskim i małomiasteczkowym, istniały obok siebie dwie rzeczywistości językowe: polska i białoruska. Trwały osobno, strzegąc swej odrębności, lecz równocześnie były dla siebie nawzajem doskonale zrozumiałe. Ten czas niestety nieodwracalnie dobiega końca. Dlatego zdecydowałem się w jednym miejscu, na końcu książki, zebrać słownictwo białoruskie, nie tyle dla objaśnienia, ile- i to jest chyba znacznie ważniejsze- aby dać okazję do zanurzenia się w innym, równoległym świecie językowym, egzotycznym, a jakże bliskim” . A oto kilka białoruskich zdań, przetłumaczonych przez autora:

„ Tfu, myśli Sonia, prystanuli i buduj scać”  ( tfu, zatrzymali się i będą sikać)

Gdy schował telefon i stał bez ruchu…” Musi jaki durak, bez struka”( Pewnie jakiś głupek, bez penisa), itd., itp.

 

Tak, kochani.” Sońka” to bliskość z powodu, że noszę to samo imię ale przede wszystkim klimat krainy wywołującej ciepło w  sercu, bo wszak cała rodzina Taty jak i On urodzili się  na tamtych ziemiach …tam są nasze  korzenie…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *