W lipcowy poranek siedzę w kącie tarasu, pod parasolem, bo daszku nie ma a kapie z wielkiej lipy wczorajszy deszcz. Niestety wyczerpały się możliwości łapania internetu przez moje stareńkie urządzenie mobilne a zamówione nowe nie dojechało przed weekendem. Ale dobrze, że chociaż w tym dość niewygodnym miejscu mam kontakt ze światem. Dzisiaj postanowiłam opowiedzieć o bardzo ciekawym krzewie spotykanym w cieplejszym klimacie…..

Zdjęcie lantany przywiezione z Sardynii…
Wokół wszystko zielone, kwitnące, szalejące pszczołami zmierza do nieuchronnego końca barwnego sezonu . Tak mamy klimat…
A ja oglądam zdjęcia różnych kwiatów które wykonałam przez ostatnie lata i znajduję dziwny krzew. Zawsze gdy byłam w krajach basenu Morza Śródziemnego mnie zadziwiał. Bowiem na jednym pędzie zakwitały równocześnie dwie barwy podczas gdy obecne były także owocki jednolitego eleganckiego granatowego koloru. Taki fajny barwny melanż.
Zajrzałam więc w końcu do netu w poszukiwaniu nazwy i informacji o tym niewielkim krzewie. I znalazłam….
Krzew ten a właściwie jak Wikipedia go nazywa- półkrzew został nazwany lantana , należy do rodziny werbenowatych ( Verbenaceae) pierwotnie zamieszkujących Amerykę Środkową. Tam osiąga wysokość do 3 m, a miękka, słabo zdrewniała łodyga pokryta jest nielicznymi haczykowatymi cierniami. Liście są pomarszczone i owłosione, jajowatego kształtu, a po roztarciu nieprzyjemnie pachną i drażnią skórę.
Roślina ta uwielbia upalne lato, w porze chłodniejszej i deszczowej marnieje. Kwiaty są początkowo żółte , potem zmieniają barwę na pomarańczową a potem czerwonopurpurową. Owoce są granatowoczarne. Jednak nie napisano tam, że wszystko to można zaobserwować na jednym pędzie .
Tak więc poznałam roślinę, na której są wszystkie barwy roku w jednakowym czasie.
Aż żal, że u człeka czas zaciera ślady młodości i nanosi swoje stygmaty by ostatecznie bezpowrotnie zmieść nas z ziemi . No , cóż nie jesteśmy lantaną ….
