
Uciekają z planu zdjęciowego , spiesząc w sobie tylko znanym kierunku
Tak jak zaplanowaliśmy, przybyliśmy do Buska pod pensjonat Gosia.
Jest on położony jest bardzo ładnie i wygodnie. Naprzeciwko znajduje się wejście do okazałego Parku Zdrojowego , tylko małą uliczkę przekroczyć trzeba. Na skraju parkowej alejki znajduje się kiosk z gazetami, na czytanie których nawiasem mówiąc czasu braknie, potem Kapliczka Św. Anny a następnie otwiera się szeroki widok na urodziwe Sanatorium Marconiego.
Ale wracam do tematu.
Otóż pensjonat Gosia okazał się troszkę nagryzionym zębem czasu obiektem, ale ogólnie fajnym.
Po przyjeździe od razu obejrzałam całe obejście. Był tam dość zaniedbany ogród, ale może to typowe dla tej kwietniowej pory roku, jakieś porozrzucane narzędzia i całość sprawiała wrażenie raczej przygnębiające.
Ale nagle zobaczyłam coś niezwykłego w takim miejscu, coś co mnie od razu zniewoliło i radośnie porwało.
Pod ścianą budynku spokojnie i leniwie leżały sobie kury z równie leniwym kogutem. Bractwo kurkowe było kolorowe, pierzaste, nie zamknięte za jakimś ogrodzeniem. Wylegiwały się razem z rudym kotem, z którym były w wyraźnej komitywie.
Spodziewałam się piania koguta o 4 rano, ale to nie nastąpiło. Widać że towarzystwo zostało dobrze wychowane, by nie przeszkadzać kuracjuszom.
Gdy następnego dnia odbywałam poranny spacer ujrzałam to stadko na chodzie , już ożywione i bardzo aktywne. Radośnie gnało wzdłuż ogrodzenia , zręcznie lawirując pomiędzy zaparkowanymi samochodami.
Gromadka była tak pogodna, że nie sposób było się do nich nie uśmiechać.
Rozprężyłam się zupełnie i od razu wszedł mi do głowy tytuł komedii Wiliama Shakespeare’a „ Wesołe kumoszki w Windsoru”. Tak mi ten tytuł zagrał w głowie i sercu , że nadal tak nazywam owe kurki, które spotykam w różnych miejscach uzdrowiska. Po prawdzie jeszcze nigdy nie widziałam, by kury wędrowały sobie tam gdzie im dusza zagra, po ulicach i podwórkach zwłaszcza miejscowości kurortem zwanej . Gdzie pełno kuracjuszy, często poważnych a nawet pompatycznie poważnych, czasem nadętych, czasem kokieteryjnych ale zawsze odświętnych….
I pomimo tego, że treść wspomnianej komedii ( poczytałam w necie by ją przypomnieć) nie koresponduje z moimi kurami, ale tytuł tak. W tej komedii rubaszny szlachcic sir John Falstaff postanawia uwieść równocześnie dwie zamężne mieszczki . Jednak przyszły nieszczęśnik nie wie, że one są przyjaciółkami i nie mają przed sobą tajemnic. Obie panie układają plan działania, by ukarać podrywacza. Realizują go z dobrym efektem. Zemsta ich nie jest krwawa ale dość zabawna .M.in. ów podrywacz – Falstaff kończy w Tamizie , gdzie zostaje wyrzucony razem z brudną bielizną …
Zmieniam więc tytuł . I zamiast „ Wesołe kumoszki z Windsoru” nazywam moje stadko
” Wesołe kokoszki z Buska”. Też fajnie…

