Na medycznej ścieżce. Malowane pończochy.

Gdy piszę te słowa o moich ” paradnych „ kreacjach w 1965 roku, to jednak nagle przypominam sobie, że nie zawsze tak było. Nie zawsze było byle jak, zgrzebnie i bez fantazji.

Otóż miałyśmy z Moniką jako chyba nieliczne w Poznaniu studentki, niezwykłe pończochy.

To Monika a może jej starsza siostra – Baśka, studentka 3 roku AM, kiedyś wymyśliła, by tzw. patentki najzwyczajniej w świecie pomalować. Były one z natury bawełniane, zwykle miały cudaczny szew, skręcający się na łydce i „znakomity”, zawsze ten sam beżowobury kolor.

Ale od czego była fantazja i sklepy z farbami. Odkryłyśmy tam cudny świat. Kupiłyśmy farby różnego koloru i zapaćkałyśmy całą łazienkę w domu Moniki.

Dobrze, że jej mama, chodząca łagodność nawet tego nie komentowała.

Jednak poza zapaćkaną łazienką, nasze zwykłe pończochy przeistoczyły się w inne, bajkowe zjawiskowe wytworne .

Moje miały łagodnie spływające w dół pasy, rozmazujące się nieco, ale o nieprawdopodobnych kolorach. Były na nich wszystkie kolory ziemi. Od ciemnego brązu, poprzez odcienie rudości i cudną zgniławą zieleń.

Monika wybierała ostre barwy jak czerwień, żółć i granat które układała pędzlem  w geometryczne wzory .

Okazało się, że po wyschnięciu całość naprawdę była piękna.

Paradowałyśmy po Poznaniu z dumą , a nawet zaczepiały nas jakieś dziewczyny z uniwersytetu, które były wyroczniami mody studenckiej, z pytaniem, skąd pochodzi nasza zdobycz.

Już wtedy niektórzy wyjeżdżali za granicę, skąd przywozili piękne ciuchy, ale takich pończoch nigdzie nie widziały…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *