Na medycznej ścieżce. Histologia.

 

Jednym z ciekawych przedmiotów , które przerabialiśmy na pierwszym roku studiów była histologia. To nauka o budowie zdrowych tkanek.

Zakład Histologii mieścił się na parterze, w lewym skrzydle gmachu Anatomicum. Podręcznik w porównaniu z siedmioma tomami anatomii pod red Bochenka , był niewielki, wiedza skondensowana i przystępna.

Przygotowano dla nas preparaty mikroskopowe. I w tych szkiełkach był zaklęty dziwny, niewidzialny gołym okiem świat komórek. Komórki każdego narządu człowieka różniły się wyglądem. Np. te  w tkankach gruczołów były obładowane substancją, które produkował gruczoł. W miarę poznawania tych tajemnic, zachwycaliśmy się Wielkim Budowniczym, który stworzył takie dziwy natury i obdarował je logicznym uporządkowaniem.

Po porannych wykładach , następowała kilkugodzinna przerwa przed wieczornymi ćwiczeniami. Ten czas spędzałyśmy różnie. Na tym etapie zawsze z Moniką .Uczyłyśmy się w Palmiarnii, wdychając urzekające zapachy i nasycając udręczony nauką mózg wonnym tlenem. Czasami jechałyśmy tramwajem do wielkiego monumentalnego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej , gdzie wśród kurzu wydobywającego się z książek, wbijałyśmy łokcie w pulpity ogromnych lakierowanych stołów i zakuwałyśmy.

Przed ćwiczeniami z histologii upatrzyłyśmy sobie  inne ustronne  miejsce . Był to korytarz Zakładu Histologii. I tam w ciszy, siedząc na dużych drewnianych ławkach z wysokimi oparciami, oddychając odpowiednią atmosferą pogrążałyśmy się w lekturze podręcznika.  

Czasami przemykał niewysoki człowieczek, o którym krążyła legenda na uczelni. Był to Kazio M. , profesor, kierownik Zakładu. Zawsze się wpatrywałyśmy niedowierzająco , gdyż jak głosiła fama, pewnego dnia w ferworze badań naukowych obciął sobie jądra, by mieć świeży materiał do dociekań histologicznych. Nie wiadomo, czy to była prawda, ale zawsze widząc Pana Profesora o tym myślałyśmy. Gdy przebiegał obok nas, wstawałyśmy grzecznie, mówiąc dzień dobry. Z ręką na sercu mogę przyznać, że nasze zachowanie nie miało żadnego podtekstu. Nie miałyśmy nawet w zamyśle by podlizywać się profesorowi. Był tak roztargniony i jakby nieobecny, że nie było nawet cienia szansy, by zapamiętał te gorliwe, pracowite i grzeczne studentki.

Ale przyszedł dzień egzaminu. Najpierw asystenci rozdali nam szkiełka z preparatami. Każdy z nas zasiadł przy przydzielonym mikroskopie , miał określony czas na obejrzenie, rozpoznanie i przygotowanie się do odpowiedzi.

Potem zapraszano  nas kolejno do wielkiej Sali wykładowej, gdzie w głębi siedział maleńki człowieczek. Zbliżałyśmy się uroczyście. I powoli mogłyśmy już rozpoznać znajomą twarz profesora. Tym razem  na jego twarzy zamiast nieśmiałego uśmiechu gościła mina iście marsowa.  

Usiadłam przed stołem egzaminacyjnym i wówczas nastąpił cud. Na twarzy Profesora Kazia ukazał się wielki szeroki uśmiech. Aaa to jedna z moich gorliwych studentek.  Uśmiechnęłam się , ale w duszy siedział lęk, czy nie jest to podstęp i za chwilę łagodny prof. Kazio zamieni się w ryczącego lwa który poluje na zwierzynę szukającą protekcji. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Egzamin przebiegał w dobrym nastroju obu stron. Na zadawane pytania dotyczące obejrzanych wcześniej preparatów odpowiadałam spokojnie i pewnie. Potem jeszcze kilka pytań z całości materiału. Na wszystkie odpowiedziałam . Profesor Kazio wstał, podał  mi chłodną i wilgotną rękę i podziękował. I jeszcze dodał, że życzy dalszych sukcesów a teraz z czystym sercem stawia piątką. Wtedy nie było 6, więc ocena była maksymalnie dobra. Wybiegłam , unosząc swój czerwony indeks z  ciężko zapracowaną piątką.

W niedługą chwilę potem wyszła z sali  Monika,  równie zadowolona jak ja.  

Cieszyłyśmy się jak dzieciaki…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *