Moja Mama i ja pod gorzowską kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106
Pewne ostatnie wydarzenia sprowadziły moje myślenie na jedną z naszych rodzinnych cech. Widzę ją nie tylko u siebie, ale też z odległej perspektywy odnajduję u mojego Taty , który odszedł w 2002 roku i u jednej z naszych Córek ( ¼ dzieci) . Kto jeszcze czeka w tej rodzinnej sztafecie ? nie wiem . Pożyjemy, zobaczymy….
Cechą tą jest spieszenie z pomocą innym – czasem pomimo braku wołania o pomoc a bywa- co dociera niestety czasem po fakcie – wbrew oczekiwaniom i potrzebom tej drugiej osoby .
Czasami też nasza pomoc wynikająca z wewnętrznej potrzeby i uczucia „ tak trzeba „ jest błędnie interpretowana przez wybrany „ target” i stanowi podstawę do wrogości nie tylko osoby otrzymującej pomoc ale też grona jej znajomych .
I oto wkrótce już krąży powszechna opinia, że ktoś z nas ( wiem o sobie) wtrącając się w cudze życie choć najczęściej zdrowie, robi to w jakimś celu. I zawsze przy okazji słychać pytanie – w jakim celu do robi ? Może np. chce istnieć przydając sobie sławy – czyli z pobudek czysto egoistycznych ?
Każda próba tłumaczenia się, pogarsza sytuację nie wpływając na opinię osób którzy ją wyrażają – pewnie tak czują. I tak porozumienie się z takimi osobami w tym szczególnym temacie okazuje się całkiem niemożliwe.
Jak mawiał mój wspaniały zmarły tragicznie przed wielu laty kolega z CZD- Jurek Kryński – „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później „.
Coś w tym jest. Czytałam, że osoby którym udziela się pomocy , nawet kiedy o nią proszą, wcale nie czują wdzięczności ale czasem mają nie zawsze wyrażaną wrogość w sercu – chyba z kompleksów, że np. same nie mają pieniędzy a ty masz, albo tobie to dobrze w życiu a mnie nie etc…..Ten rzucony temat wymaga podparcia w literaturze fachowej lub choćby konsultacji naszego domowego psychologa.
I tak to jest , że pomimo „ sparzenia się „ w przeszłości , chęć pomocy, zaangażowania jest we mnie przemożna. Oto jeden z ostatnich przykładów :
Któregoś dnia, bardzo zapragnęłam zorganizować kolegów z AM, na spotkanie poświęcone pamięci jednego z nas, śp. P. J. Szczegółowo opisałam je w poprzednim wpisie blogowym, byłam tam jedynie on- line, ale tak bardzo emocjonalnie , wyraziście i tak głęboko przeżywałam, że w końcu byłam pewna, że wszyscy tak czuli i że byłam naprawdę. Może ten temat tak bardzo mną wstrząsnął, bo stale miałam w oczach moją Matkę, która od bardzo wielu lat była coraz bardziej niesprawna…. Dlatego powtarzam to, co już napisałam poprzednio. Bo to jest tak Mocne i tak głęboko we mnie, że muszę, prosząc o wybaczenie ew. czytelnika …
Ten nasz kolega, Chłopak z rodziny w której od pokoleń zajmowano się wyrobem sprzętu ortopedycznego , został lekarzem i od razu z jasnym jednoznacznym przekazem wewnętrznym, wyraźnie budowanym przez przykład rodziny zajął się rehabilitacją dzieci z niepełnosprawnością .
Warto przypomnieć, że były to wczesne lata 70 ub. wieku i patrząc na ulice czy będąc w miejscach publicznych można było uważać , że w Polsce ludzi niepełnosprawnych po prostu nie ma. Nic bardziej mylącego, jak już wiedzą następne nasze pokolenia – dla których normą jest widok osoby gorzej poruszającej się czy nawet inaczej zachowującej się na ulicach, w szkołach czy urzędach.
W tamtych czasach ludzie z niepełnosprawnością, nazywani wtedy kalekami, po prostu nie opuszczali swoich mieszkań czy ośrodków, a dzieci zamykano w komórkach , szopach a w najlepszym wypadku w izbach własnych domów.
Wiązało się to z myśleniem rodziny, że dzieci takie są przyczyną ich problemów życiowych ale też ze wstydem- by ktoś się nie obejrzał z miną litościwą lub z obrzydzeniem, nie zaśmiał pogardliwie lub nie nazwał głośno dziwnego wyglądu lub zachowania ich dzieci . Także warunki – w których mieszkali – co niestety do dziś ma miejsce, choć może trochę rzadziej – nie były przystosowane do nie tylko w miarę swobodnego poruszania się po mieszkaniu, czy choćby korzystania z łazienki ale też problemem było pokonanie pięter oraz brak odpowiedniego sprzętu rehabilitacyjnego. A młodym warto przypomnieć, że wtedy nie było też pampersów. Tak więc dzieci z niepełnosprawnością zamknięte w czterech ścianach zatopione w fetorze własnych ekskrementów i w samotności przeżywały swoją wielką tragedię .
Nasz Kolega Piotr, który pracował też w Pogotowiu Ratunkowym zawsze zaglądał do chlewików, stodół i wielokrotnie wydobywał stamtąd te biedactwa. Od tej pory rozpoczynało się dla nich i ich rodzin prawdziwe życie – czasem pełniejsze, bo bardziej upragnione niż rodzin bez takich problemów. …uczestniczyły one w różnorodnych zajęciach , koloniach, obozach a Piotr grał im na gitarze, podnosił na wózki i organizował organizował organizował. Jego dwie córki od maleńkości były wychowywane wśród dzieci z niepełnosprawnością i uczyły się empatii ….
I ponownie na to wszystko nakłada się obraz mojej Matki – a może to Ona stale jest w tle – stale jest w oczach, zapamiętaniu moim i myśleniu – gdy przestała samodzielnie się poruszać, jeszcze ok. lat 80 ub. wieku – zamknęła się w domu i żadna siła czy przekonywanie, że warto, że wózek – nie wpłynęła na jej decyzję. Przez ponad 20 lat nie opuściła progu swojego mieszkania To był wstyd dawnej wiejskiej dziewczyny jaką pozostała pomimo upływu lat…to był wstyd tamtych dzieci którymi zajął się Piotr… to był wstyd wiejskiej dziewczyny z bardzo błękitnymi jarzącymi się oczami i smutkiem na ich dnie…..
Wracając do tematu wyjazdu kolegów na film poświęcony zmarłemu koledze.
Na mail z informacją wysłany do wszystkich przez kolegę współorganizatora corocznych zjazdów koleżeńskich , nadeszła tylko jedna odpowiedź od dziewczyny, że chciałaby ale ma problemy ze zdrowiem i od kolegi , który pracuje za granicą i jak napisał przyjaźnił się ze zmarłym . Wymieniliśmy z Nim kilka drobnych listów – rozżalona napisałam, że śp. Piotr, tak zasłużony, w dodatku kolega z naszych niezapomnianych studiów a nikt nie odpisał. Zero zainteresowania, obojętność . Podczas gdy ok. 40 osób jeździ na coroczne zjazdy koleżeńskie.
H. odpisał, że już kiedyś przeżył rozczarowanie i czuł się podobnie , gdy zaprosił kolegów do siebie i spotkał się z obojętnością lub nawet niechęcią innych . Gdy to mocno przeżywał, jego pragmatyczna żona poradziła mu, żeby przestał cierpieć na syndrom pomocnika ( ostatnio bardzo modny w tym kraju ) i pomyślał tylko o sobie, o tym co tylko jemu sprawia przyjemność. Nie wiem, czy coś się w Nim zmieniło , ale mnie tymi kilkoma słowami pouczył – otworzył mi oczy i jest jakby łatwiej. Założyłam wewnętrzne okulary z filtrem ograniczającym widzenie innych. I co ? i nic, bo dalej brnę w kierunku swojego, choć na razie poronnego zespołu pomocnika – no, może z mniejszą energią. Krok po kroku a dam radę, choć do finału życia coraz bliżej J No cóż, niełatwo jest walczyć z genami –jak wspomniałam miał ten gen mój tato, druga córka … i lepiej nie rozpatrywać kto jeszcze w kolejce J
Tak więc zapoznawszy się z tym zespołem , zwanym także przez psychologów syndromem ratownika – umieściłam siebie w odpowiednim przedziale zrozumienia własnego ja .
Tak , cierpię na ten syndrom, choć nie spełniam wszystkich warunków – tzn . pomaganie innym nie wykreśla działania dla siebie – chyba coś też robię dla siebie ? – muszę się zastanowić J – na pewno nadal opiekuję się rodziną, co jest naturalne ….
Tak więc rozpoznaję u siebie zespół pomocnika w postaci może tylko szczątkowej, tak zresztą jak gen pisania oddziedziczony po kuzynce babci – Marii Rodziewiczównie J

