Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (7)

I nadszedł dzień naszego wyjazdu. Mama zapakowała jakieś wędliny własnego wyrobu i przepyszne ciasta, z wypieków których słynęła na cały Raków.

Wszak nie wypadało przyjeżdżać z pustymi rękami.

Stefa nakupowała prezentów dla rodziców i wszystkich dzieci.

Mój ojciec powiózł nas na stację kolejową i wpakował do przedziału pociągu zmierzającego do Wilna. Pewnie w duchu nam błogosławił i modlił się za powodzenie naszej wyprawy. Moja Mama uczyniła to już wcześniej żegnając nas znakiem krzyża i przytuleniem ze swoim śpiewnym – „dziateńki wy moje….”

 

Śladami mojego Taty. Sielanka ….

 

Raniutko żegnała woźnicę, sanie i znajome konie. Czuła ucisk w okolicy serca, bo oddalał się ostatni znajomy fragment jej dawnego życia.

Ale szybko otrząsnęła się z nostalgicznego nastroju, wróciła radość z bliskości Bolka. Zasiedli jak zwykle w kuchni, przy stole specjalnie ustawionym blisko okna. Bardzo lubiła te wspólne poranne chwile, gdy dzień się dopiero zaczynał, rozmawiali wtedy o tym, jakie mają codzienne plany, pytała o to, co chciałby zjeść na obiad. Cieszyła się, bo zawsze z uśmiechem wybierał niespodziankę. Boże, jak ona kochała jego uśmiech, spokój, ramiona. Zawsze siadała naprzeciwko Bolka, by widzieć jego oczy. Pomiędzy nimi unosił się wonny obłoczek dymiącej kawy, specjalnie kładła ręce na stole i zawsze czuła, jak Bolek nakrywa je swoimi dużymi silnymi i bardzo ciepłymi dłońmi. Czuła wielkie zjednoczenie, pulsowanie krwi w jego tętnicach i wzajemne przenikanie ciepłych fal biegnących z ich ciał .

Długo siedzieli przy oknie kuchennym, obserwując widok zaśnieżonych drzew w pięknej ramie okiennej ozdobionej kwiatami, które malował mróz na szybie.

Po porannej kawie, Bolek niechętnie wychodził z domu, bo nie lubił opuszczać ukochanej. Przy niej czuł się tak dobrze, jak nigdy dotąd nie było… I ona pragnęła by zatrzymać na zawsze takie piękne poranne chwile.

Ale dzisiaj było inaczej. Dość szybko przypomniała Bolkowi o czekających obowiązkach, zaczęła zbierać talerze i kubki, aż niespokojnie popatrzył na żonę. Ale lubił ją zawsze, wtedy gdy leniwie poddawała się nastrojom i też wtedy, gdy krzątała się po domu.

Tak więc tego dnia, Bolek ociągając się, pomaszerował do Kościoła na poranną mszę.

Ona tylko na to czekała, upewniwszy się, że zniknął za zakrętem, szybciutko wbiegła na schody wiodące na strych…