Śladami mojego Taty. Najmłodsze dziecko Bolka i Michaliny, wymarzony syn Edward

Michalina i Bolek Rodziewiczowie, moi pradziadkowie,  z radością witali kolejne swoje dzieci i wprowadzali je w swój świat. Świat pełen miłości, radości i wzajemnego szacunku.

Gdy  urodziło się  najmłodsze  dziecko, radość rodziców nie miała granic. Bo był  to wymarzony potomek męski. Dano mu na imię  Edward .

Wszystkie cztery córki były wrażliwe i trochę rozpuszczane przez rodziców, więc po urodzeniu syna, rodzice nie demonstrowali zachwytów nad tym , że pojawił się „ następca tronu”.

Ale wieczorami, gdy dziewczyny już spały, Michalina i Bolek  wyobrażali sobie jakie będzie miał życie i byli pewni , że zostanie jakąś ważną personą . Oj te nadzieje, marzenia rodziców, chyba znane wielu ludziom i jakże często płonne….

I tak mijały lata, dzieci rosły niespodziewanie szybko, jak to zwykle w życiu bywa.

Pojawiali się adoratorzy córek, dom był radosny,  pełen młodzieży .  Co tydzień odbywały się potańcówki, wtedy Bolek grał na fortepianie a młódź zapamiętale tańczyła .

Lwów….

I znaleźliśmy się we Lwowie…..

Lwów…Lwów.

Od razu wydał się ciepły i bliski. Pewnie to sprawka dobrych duchów, które mieszkają w starych polskich kamienicach a tłumnie spotykają się na Cmentarzu Łyczakowskim.

 A może tutaj ziemia wydziela dobre fluidy. 

To obecnie jest duże miasto, ma 850 tys. mieszkańców, czerwone tramwaje i trolejbusy. Ludzie i samochody na ulicach są tacy jak my. Gdzieś pędzą, potem siedzą na ławkach w parkach, albo bawią swoje dzieci na huśtawkach ogródków jordanowskich.  Młode pary w ślubnych strojach krążą po Rynku i zaczarowanych uliczkach . Spotykamy ich też w Operze. Wszędzie towarzyszą im tłumy rodzinne, gapiów i fotografów.

Jezdnie pokryte kostką bazaltową,  jeszcze pamiętającą czasy galicyjskie. W niektórych miejscach się zapadają , ale i tak wytrzymały bardzo długie lata w niezłej kondycji.

Autobus podskakuje, Mirek narzeka. Ale mnie się podoba to podskakiwanie, jedziemy wolno , dostojnie i hałaśliwie.

Oglądamy uliczki wąskie, biegnące dół lub wspinające się w górę, okolone  rzędami wysokich secesyjnych  kamienic. Nie czytamy ich nazw , ukraiński Polak, przewodnik podaje nam stare Polskie nazwy. Tak się z nami umówił. Że jest to podróż w przeszłość , w czas, który bezpowrotnie minął.

 Miasto rozłożone jest na siedmiu wzgórzach i tonie w  zieleni poprzecinanej wieżami i kopułami świątyń różnych wyznań.

Na medycznej ścieżce. Niby w kołchozie.

 

Po drugim roku medycyny ciocia Bajki  uznała, że pokoik, który zajmowałyśmy, może wynająć robotnikom uzyskując znacznie większy czynsz. Bajka zdecydowała się na zamieszkanie w akademiku.

 A mnie zaprosiła koleżanka z grupy, Marylka Durkiewicz do swojego lokum przy ul. Siewierskiej. Oczywiście Marylka nie była właścicielem domu, ale mnie zachęcała i zaprotegowała.

Mieszkałyśmy na pięterku, w pokoju, gdzie znajdowały się 4 łóżka i niewielkie biurko. Dodatkowym” walorem „tego pokoju, był  fakt, że stanowił przejście do kolejnego dwuosobowego.

Tak więc mieszkało tam razem ze mnę 6 dziewczyn. Dla dopełnienia tych komfortowych warunków miałyśmy do dyspozycji łazienkę z wielką wanną. Na szczęście z kranów zwykle płynęła zimna woda, więc poranna kolejka przed drzwiami posuwała się szybko.

 Na Siewierskiej czułam się bardzo dobrze, bo uwielbiałam takie życie,  nieomal zbliżone do kołchozowego,  bo  przypominało mi słodkie czasy kolonijne.

Po zajęciach na uczelni, każda z nas zajmowała miejsce postoju , rozkładając się na łóżku , jak na tratwie unoszonej wielką wodą .  I w tej pozycji, otoczone książkami , zakuwałyśmy , zakuwałyśmy….

Ponieważ  ja dobiłam do owego „okrętu jako ostatni majtek”,  przydzielono mi miejsce najbardziej strategiczne. Moje  łoże znajdowało się na rozdrożu,  tuż obok   drzwi wejściowych oraz drzwi do drugiego pokoju, więc miałam świetne warunki dla  trzymania ręki na pulsie naszej ekipy podróżującej po meandrach wiedzy….