Na medycznej ścieżce. O naszym ślubie.

 

W żoliborskim Urzędzie Stanu Cywilnego.Za nami od lewej: mój Tato, moja Mama i Teściowie. Za Teściową fragment głowy Grani.

 

Ten rozdział miał się znaleźć w planowanym opisie naszego wspólnego małżeńskiego życia, ale jest mi tak miły, że chcę się teraz podzielić swoimi wspomnieniami.

 

Różni chłopcy pojawiali się w moim życiu. Ale żaden nie budził mojego zainteresowania. Po prostu nie przychodziła miłość.

Aż nagle, w grudniu 1967 roku, mój świat zawirował.

Bo spotkałam Mężczyznę swojego życia. Kiedyś o tym opowiem, bo ta historia zasługuje na odrębny rozdział.

Zaplanowaliśmy termin ślubu, tym bardziej, że był już mężczyzną dojrzałym do małżeństwa. Ponieważ uczelnie poznańskie kończyły zajęcia w końcu maja, by zwolnić akademiki dla gości targowych , ostatni egzamin miałam 27 maja. Była to farmakologia, wielka kobyła, mnóstwo materiału do zrozumienia i wkucia. Ale poradziłam sobie bez problemów, zdałam na 4, co dało mi szansę zwolnienia z zajęć na uczelni warszawskiej gdzie nauka tego przedmiotu w odróżnieniu do akademii poznańskiej trwała nie jeden rok, a 2 lata.

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłam do pociągu , którym już jechała z Gorzowa moja Mama , i wylądowałyśmy w Warszawie. Ślub miał się odbyć za 4 dni, tj 1 czerwca 1968 roku.

W ogóle nie była przygotowana do tej ceremonii, która wprawdzie była tylko tzw cywilna , tj przed urzędnikiem.

W ogóle się tym nie przejmowałam, a przecież nawet  nie miałam sukienki, butów etc. Chciałam tylko być razem i obok mojej Miłości.

Dobrze, że Grażyna – Bratowa Mirka, mojego przyszłego Męża, stanęła na wysokości zadania i przejęła opiekę nade mną, beztroską gapą .

Do tej pory , gdy wspominam ten okres, dziwię się sobie i jestem wdzięczna Grani.

Przez kolejne dni szlifowałyśmy warszawskie bruki, odwiedzając liczne sklepy, gdzie ja zachowywałam się jak beznadziejna ale radosna ofiara.

W rezultacie moja opiekunka zdecydowała, że pomarańczowa sukienka z pięknej żorżety , którą wypatrzyła w Modzie Polskiej, najelegantszym wtedy sklepie , będzie odpowiednia. Potem jeszcze wybrała buty w sklepie przy ul. Chmielnej, zamówiła najlepszego w Warszawie fryzjera, Gabriela .

Nie wiem co Grażyna sobie o mnie myślała, ale nie zasłużyłam na pochwałę.

I tak , w pomarańczowej sukience, z gerberowym bukietem  i lokach na głowie stanęłam u boku Mirka w Żoliborskim Urzędzie Dzielnicowym przy ul. Słowackiego.

Idąc tam, zauważyłam kątem oka, że na sąsiednich drzwiach wisiała tabliczka- rejestracja zgonów. Ale w ogóle się tym nie przejęłam, tak zresztą jak i ceremonią ślubną.

Grażyna i Mundek Niedziałek byli naszymi świadkami, i poza naszymi Rodzicami Mirek zaprosił paru swoich kolegów.

Przedtem wybraliśmy w ORNO ( kultowym wtedy sklepem , zakładem produkującym niepowtarzalne wyroby ze srebra) dość grube srebrne obrączki , które teraz założyliśmy sobie nawzajem i tym samym przypieczętowaliśmy nasz związek. Pewnie miały magiczny wpływ, bo przetrwaliśmy już razem 44,5 lata!!!

Potem wylądowaliśmy w Restauracji Hotelu Europejskiego, miejscu wytwornym, ale ogólnie dostępnym.

Szczęśliwie wydzielono nam ustronne miejsce i zasiedliśmy przy wspólnym stole.

Tańce odbywały się na parkiecie, gdzie tańczyli już inni ludzie.

Ale nam się zdawało, że jesteśmy tylko my i dla nas grają. Przytulałam się do Mirka, który był bardzo poważny i tańczył tylko ze mną.

Myślałam, że zawsze tak będzie. Ale szybko się przekonałam, że mój mąż jest osobą bardzo zabawową i towarzyską , lubi bawić się z różnymi kobietami.

Po początkowych dąsach, szybko się nauczyłam też takiego stylu zabawyJ .

A to niezwykłe zachowanie mojego męża w czasie bankietu ślubnego zrozumiałam po latach. Wtedy, gdy się przyznał, że bardzo źle się czuł z powodu ropnia na pośladku.

Chyba nie spędziliśmy typowej  nocy poślubnej, bo w jednym pokoju, który posiadał M. spali moi Rodzice. Ale potem nadrobiliśmy zaległości.

Następnego dnia pojechałam do Lidzbarka, gdzie rozpoczęłam praktykę studencką. Zadano nam bowiem takie zajęcia w szpitalu powiatowym. Wybrałam więc Lidzbark, gdzie mieszkali moi Teściowie, których znałam od dawna i uwielbiałam….

 

Śladami mojego Taty. Po ślubie.

 

 

Czas ślubu minął jak mgnienie oka.

Po mszy młodzi dość długo pozostali na swoich klęcznikach. Nie wiemy , o czym  rozmawiali z Bogiem, jakie modlitwy  Mu zanosili.

A może nie modlili się w ogóle,  a jedynie  potrzebowali  chwili milczenia, skupienia. Zawsze lubili takie wspólne milczenie.

W końcu podszedł do nich ojciec Michaliny, szepnął coś Bolkowi do ucha , a ten natychmiast się podniósł, zbliżył się  do Michaliny, delikatnie ujął jej rękę . Podniosła się wolno, jakby była urodzoną aktorką świadomą swej urody, z uśmiechem i gracją unosiła  welon i długą suknię . 

Wierni , trochę zniecierpliwieni długością modlitwy, odetchnęli z ulgą i wpatrywali się w młodych , zadowoleni z widowiska.

Chór odśpiewywał swoją najpiękniejszą pieśń. Gasły świece, ludziska rzucili się tłumnie za młodą parą , by nie stracić żadnej chwili spektaklu.

Przed kościołem już czekali ludzie grzecznie ustawieni w kolejce, by tak, jak kazała odwieczna tradycja, składać życzenia młodym i rodzicom. Trwało to długo, bo każdy chciał uścisnąć nowożeńców i rzucić kilka słów mniej lub bardziej oryginalnych , których i tak nikt nie zapamiętał.

W pewnej odległość od młodożeńców  stała grupka dzieci, o zadziwiająco czystych buziach i wysmarkanych nosach, każde trzymało jakąś zabawkę . Gdy już wszyscy dopełnili powinności wyściskania młodych , Michalina spojrzała przytomnie na ową grupkę , ależ ona ma kondycję, pomyślał Bolek.  Podbiegła do dzieciaków , objęła  te, które stały najbliżej . Po chwili wszystkie przytuliły się do jej sukni. Gdy to zauważyły  ich matki,  szybko zaczęły odciągać swoje pociechy od śnieżnej sukni Michaliny, jednak już zauważyły na niej pięciopalczaste brudne ślady.

Teraz to  nie było ważne, suknia miała za sobą  najważniejszą uroczystość i  już nigdy nie miała być  używana .

Bo suknia ślubna żyje jak motyl, tylko przez jeden dzień….jeden najpiękniejszy dzień w życiu

 

zdjęcia własne

Śladami mojego Taty. Ślub

 

Para młoda w chmurach.Zdjęcie własne.

 

 

Myśli Bolka jeszcze przez chwilę żeglowały  po nieznanym niebiańskim świecie, gdzie przebywali jego rodzice.

I wtedy z zadumania wyrwał go gest Michaliny.

Wyczuła przyczynę zamyślenia, wyciągnęła rękę i ze wszystkich sił objęła jego ramię. Jakby chciała powiedzieć, nie jesteś sam miły, jestem przy tobie, jestem z tobą.

Czuł ciepło jej ciała i  zrozumiał, że najważniejsze jest to, co tu i teraz. Odrzucił więc myśli o tym co było i nigdy nie wróci , a całkowicie oddał się chwilom szczęścia.

Radośnie przytulając  łokieć Michaliny do swojego boku, wyprowadził dziewczynę za próg domu i pomógł przy wsiadaniu do wielkich sań . Konie ozdobione specjalną świąteczną uprzężą oddychały mroźnym powietrzem, tworząc wielkie kłęby marznącej pary .

 Wszystko było bajkowe.

Wyjrzało słońce a cienie drzew kładły się błękitem na świeżym śniegu.

Ruszyli z kopyta i niebawem zniknęli za lasem, tylko długo było słychać dźwięk dzwonków..

Kościół był wypełniony tłumem ludzi. Chyba zebrało się  tam całe miasteczko. Uwielbiali  takie uroczystości, a Michalina była oczkiem w ich głowie.

Wokół ołtarza tłoczyły się perkatonose dzieciaki, dopiero kościelny musiał tam zrobić porządek i ustawić je w pewnej odległości, by stworzyć przestrzeń dla młodej pary.

Na chórze czekali ludziska, którzy śpiewali w miejscowym, słynnym na całą okolicę chórze. Powoli intonowali jakieś pieśni, a głosy mieli dźwięczne , bo  nawet ich mowa była miękka i śpiewna. Takich głosów jak na tych wschodnich rubieżach nie miała żadna inna okolica Królestwa Polskiego.

Ławki kościelne i ołtarz późnym wieczorem dnia poprzedniego udekorowano kwieciem wyciętym z doniczek, bo wszak w ten dzień grudniowy nie było polnych kwiatów.

Dla utworzenia specjalnego klimatu uroczystości, wcześniej zapalono kadzidło. Teraz najstarszy ministrant zapalał świece przy ołtarzu.

I wkrótce orientalny zapach mieszał się ze swojską wonią dymu świec i kwiatów skutecznie neutralizując  różne zapachy oddechów , odzieży i ciał wiernych . Niektórzy już poprzedniego dnia tęgo popijali, zagryzając kiełbasą gęsto nadziewaną czosnkiem, a ich kożuchy wydzielały prawdziwe bukiety woni. Kresowa higiena nie zawsze dorównywała czystości serc, urodzie myśli i pięknu mowy.

W zakrystii  miejscowy ksiądz  usiłował gawędzić z  opiekunem  Bolka, ale ten, siwy jak gołąbek , sztywno zamknięty w nowej sutannie, był chmurny i zamyślony. O czym myślał  ksiądz Eustachy można się było tylko domyślać.

Po chwilach oczekiwania na młodych, nagle tłum zafalował . Przez cały kościół przeleciał szmer przekazywanych informacji, że właśnie nadchodzą. Wszyscy wyciągali szyje , zwracając głowy w kierunku wejścia do kościoła . Zapanowała cisza, nieomal wstrzymywano oddech, w oczekiwaniu na spodziewany widok .

A oni powoli wyłaniali się ze światła słonecznego, przedostającego się z wysokich okien i wolnym majestatycznym krokiem zmierzali  do ołtarza.  Pan młody,  szczupły i wyprostowany  z chmurą ciemnych włosów odbijającą się od jasnej twarzy z wielką atencją  prowadził pannę młodą, drobną blondynkę o dziewczęcej urodzie, zawiniętą  w chmurę śnieżnej bieli.  Długi welon znaczył ich drogę i był silnym akcentem ich wyglądu.

Po chwili podniósł się szum głosów, dookoła szeptano. jaka piękna para .

Rozpoczęła się uroczystość zaślubin.

Chór śpiewał najpiękniej jak umiał.

Wyszli księża w ozdobnych ornatach poprzedzani  gromadką małych ministrantów w białych sukienkach.  

Miejscowy ksiądz wspólnie z księdzem Eustachym celebrowali mszę . W czasie słów ślubowania, ksiądz Eustachy przecierał chusteczką oczy.

Mama Michaliny popłakiwała a ojciec dziwnie poruszał wąsami.

Nie zdarzyło się nic, co w nocnych majakach wyobrażał sobie Bolek. Zresztą zdążył już o tym zapomnieć. Był rozluźniony i opiekuńczy, tylko w czasie składania przysięgi wpatrywał się w oczy ukochanej tak głęboko i namiętnie, że potem nie mógł sobie przypomnieć tego momentu w ogóle. Nawet nie bardzo kojarzył w jaki sposób  powtarzała te słowa Michalina. Zapamiętał jedynie piękną melodię jej miękkiego głosu.

A potem opowiadano , że obydwoje mówili z wielkim przejęciem, ale płynnie i zdecydowanie…

 


Zdjęcie własne

 

Śladami mojego Taty. Dzień ślubu- południe

 

 

 

Pocztówka z internetu- do rozpowszechniania. Nazwiska autora nie podano.

 

 

Bolek  do tego stopnia oddał się czynnościom kuchennym , że  nawet nie  zauważył  słońca, które już stało wysoko na niebie. Nadchodziło południe.

Nagle  ktoś z domowników  przypomniał sobie o panu młodym . Nie było go w saloniku., sypialni, bibliotece ani w żadnym sensownym miejscu. Rozpoczęto więc nawoływania i zintensyfikowano poszukiwania.

Wreszcie ktoś wpadł na pomysł , by zajrzeć do kuchni, gdzie bulgotała zawartość garów skutecznie zagłuszając głosy poszukiwaczy Bolka.

I wtedy to odkryli, że przyszły pan młody  siedzi sobie najspokojniej w świecie w rogu kuchni , przy dużym stole pokrytym blachą  i systematycznie sieka migdały.

W tej sytuacji bracia Michaliny oraz inni chłopcy z ich rodziny wpadli  w popłoch, że  nie zdążą przygotować młodego do ślubu. Bolek popatrzył na nich z wielkim zdziwieniem, pozwolił się oderwać od owego siekania, mimo, że jeszcze nie zakończył pracy i całkiem biernie przeszedł do pokoju gościnnego, gdzie czekała odzież weselna.

Jednak po chwili „złapał wiatr w żagle”, ożywił się  i bez problemów , bardzo sprawnie się ubrał a nawet samodzielnie zawiązał fular.  

I niebawem  już pięknie wystrojony czekał na Michalinę.

Gdy wyszła ze swojej komnaty oniemiał.

To nie była dziewczyna, to był anioł.

Przyfrunęła do niego piękna i szczęśliwa.

Nie miał odwagi by wziąć ją energicznie w ramiona, jedynie przytulił delikatnie i kilkakrotnie obrócił . Dobrze, że tren jej sukni był tymczasowo przypięty do  pasa a welon uniesiony i upięty do włosów. 

Tymczasem już w progu pokoju stanęli jej rodzice i uroczyście błogosławili młodym.

Bolek miał łzy w oczach, bo przyszła bolesna myśl, że jest sierotą. 

Ale nagle sobie wyobraził zmarłych rodziców jak żywych , gdy ze swojego domu  w błękitnych zaświatach patrzą na ziemię i przesyłają swoje tajemne błogosławieństwo.

I wtedy odczuł spokój ….

Śladami mojego Taty. Dzień ślubu- przedpołudnie.

 

 

W dniu swojego ślubu Bolek zbudził się bardzo wcześnie .

Zszedł na dół, zajrzał do kuchni, a ponieważ jeszcze nikogo tam nie było, usiadł pod oknem.

Był trochę zaspany i nastrój miał refleksyjny. Obserwował  wielkie gawrony, które spokojnie  wydłubywały spod śniegu jakieś robaki i myślał o życiu ptaków .  Zawsze mu się wydawało się, że nie mają takich problemów jak ludzie, ale  dzisiaj pomyślał, że właściwie to nic o nich nie wiemy.  A może tak jak my, mają swoje troski i zmartwienia. Ale na pewno  są obdarzone większą niż my wolnością , bo  nie muszą uczestniczyć w  specjalnie urządzanych , trochę sztucznych uroczystościach .

Oczywiście takie rozmyślania  były sprowokowane lękiem przed dzisiejszym dniem zaślubin. Obawiał się , czy wszystko się uda tak, jak zaplanowali.

Chyba nie spał tej nocy w ogóle, bo gdy  przewracał się na wąskim łóżku ,  przychodziły mu  do głowy  możliwe niespodziewane przypadki, np. wypadała mu z dłoni obrączka zanim włożył ją na palec ukochanej, nagle czuł suchość w jamie ustnej paraliżująca mowę w porze  powtarzania słów przysięgi małżeńskiej albo  przydeptywał długi welon Michaliny w momencie odwracania się od  ołtarza.  Aż dziw, że takie myśli miał organista, nawykły do występowania w kościele , wśród tłumów . Ale cóż, widocznie był nadwrażliwy , zwłaszcza, gdy chodziło o najważniejsze wydarzenie w jego własnym życiu.

Po chwili w kuchni zajaśniało. To wpadła Michalina, ożywiona i radosna. Podbiegła do zasępionego Bolka, rozejrzała się po kuchni, sprawdzając czy są sami i nagle przysiadła mu na  kolanach, przytulając się całym ciałem do jego piersi. Wtedy poczuł błogi spokój i odpłynęły wszystkie lęki. Jednak trwało to zaledwie jedną chwilkę, bowiem dziewczyna się zerwała,   pospiesznie wypiła kubek mleka i zniknęła  w swoim pokoju. Po pewnym czasie przyszły dwie kobiety z sąsiedztwa i zamknęły się w tym samym pokoju .

 Bolek przeszedł do salonu, usadowił się na małej kanapce w narożniku, wziął do ręki książkę i próbował czytać. Tak go zastała przyszła teściowa , przywitała się z nim i była  trochę zdumiona stoickim spokojem Bolka. Ponieważ od razu pomyślała, że to tylko pozory, krzątając się po kuchni, kątem oka spoglądała przez otwarte drzwi do salonu, obserwując  Bolka . A ten co chwilę  podrywał się ze swojej narożnikowej kanapki , siadał przy  fortepianie , zaczynał grać. Ale tym razem muzyka go nie uspokajała , może dlatego, że wybierał rzewne nokturny Chopina. Po chwili przerywał grę , wracał na swoją kanapkę i po raz kolejny otwierał książkę.

Widząc takie zachowanie chłopaka, mama Michaliny zaprosiła go na herbatę do siebie, do  kuchni. Poszedł tam chętnie, tym bardziej, że stamtąd buchał  wspaniały zapach ciasta drożdżowego. Ten zapach przyniósł mu dalekie przypomnienie domu rodzinnego, domu który już dawno nie istniał….

W ogóle to lubił kuchnię, jej zapachy, umiał i często pichcił sam różne potrawy, czym zachwycał się ksiądz Eustachy . Tak więc ochoczo przyjął zaproszenie a mama Michaliny widząc ożywienie chłopaka   wyznaczyła mu jakieś niezwykle pracochłonne zadania, któremu oddał się bez reszty.  Jak zwykle ta praca organiczna przyniosła mu  natychmiastowe uspokojenie…

 

 

zdjęcia własne

Śladami mojego Taty. Michalina szykuje się ślubu…

 

 

Rodzice Michaliny proponowali  by ślub się odbył  za rok, w okresie bujnego lata. Ale młodym się spieszyło, bo bardzo chcieli być razem. Tak więc ostatecznie uzgodniono termin przypadający na  czas Bożego Narodzenia. To  święto zawsze było magiczne  i obdarowane przez  kresową wschodnią naturę  cudnym śniegiem .

Oczywiście ceremonia i przyjęcie po niej miało się odbyć , jak kazała tradycja,  w domu  panny młodej .  Rodzice już dawno , bo od jej 15 roku życia  przygotowywali wyprawę. Była to piękna cieniutka i śnieżna bielizna pościelowa, obrusy i chusteczki . Teraz należało  wyszyć monogramy. Michalina sama zaprojektowała piękny układ dwóch  splecionych liter rozpoczynających jej imię i nazwisko panieńskie – M i D . Potem siadały z matką przy stole i w nikłym świetle  lampy naftowej nanosiły rysunek na płótno i wyszywały. Przygotowano też jej  odzież na wszystkie pory roku . To wszystko składano do ozdobnego kufra, do którego też włożono też kwiaty lawendy. Na samym dnie kufra mama ułożyła starannie zapakowany serwis obiadowy i cieniutkie filiżanki do kawy.

Ale przecież  najważniejsza była suknia ślubna. Dziewczyna  zdecydowała, że będzie  skromna, sięgająca wysoko na smukłą  szyję i zapinana na maleńkie guziczki, bez upiększeń, ale z długim trenem. Oczywiście niezbędny był długi welon. Delikatną tkaninę sprowadzono z całkiem niedalekiego Petersburga, a miejscowa krawcowa rozpoczęła pracę. Pomimo, że wszyscy mieli pół roku na przygotowania, rozpoczęli je  od razu po wyjeździe Bolka.

Michalina codziennie się witała z Bolkiem, całując maleńki pierścionek, który jej ofiarował. Był on w wielu pokoleniach Rodziewiczów, wręczany w dniu zaręczyn. Pierścionek był skromny, ale wytworny. Miał cienką złotą obrączkę a na niej niewielki brylant z przepięknym szlifem, w którym zawsze grało tajemne światło.

Dziewczyna zaczęła pakować jeszcze coś, o czym Bolek do tej pory  nie wiedział . Sama nie wie, dlaczego mu o tym nie opowiedziała, może  nie sądziła, że jest to dla niego  ważne a może po prostu się wstydziła ….

 

 

zdjęcia własne