Czas ślubu minął jak mgnienie oka.
Po mszy młodzi dość długo pozostali na swoich klęcznikach. Nie wiemy , o czym rozmawiali z Bogiem, jakie modlitwy Mu zanosili.
A może nie modlili się w ogóle, a jedynie potrzebowali chwili milczenia, skupienia. Zawsze lubili takie wspólne milczenie.
W końcu podszedł do nich ojciec Michaliny, szepnął coś Bolkowi do ucha , a ten natychmiast się podniósł, zbliżył się do Michaliny, delikatnie ujął jej rękę . Podniosła się wolno, jakby była urodzoną aktorką świadomą swej urody, z uśmiechem i gracją unosiła welon i długą suknię .
Wierni , trochę zniecierpliwieni długością modlitwy, odetchnęli z ulgą i wpatrywali się w młodych , zadowoleni z widowiska.
Chór odśpiewywał swoją najpiękniejszą pieśń. Gasły świece, ludziska rzucili się tłumnie za młodą parą , by nie stracić żadnej chwili spektaklu.
Przed kościołem już czekali ludzie grzecznie ustawieni w kolejce, by tak, jak kazała odwieczna tradycja, składać życzenia młodym i rodzicom. Trwało to długo, bo każdy chciał uścisnąć nowożeńców i rzucić kilka słów mniej lub bardziej oryginalnych , których i tak nikt nie zapamiętał.
W pewnej odległość od młodożeńców stała grupka dzieci, o zadziwiająco czystych buziach i wysmarkanych nosach, każde trzymało jakąś zabawkę . Gdy już wszyscy dopełnili powinności wyściskania młodych , Michalina spojrzała przytomnie na ową grupkę , ależ ona ma kondycję, pomyślał Bolek. Podbiegła do dzieciaków , objęła te, które stały najbliżej . Po chwili wszystkie przytuliły się do jej sukni. Gdy to zauważyły ich matki, szybko zaczęły odciągać swoje pociechy od śnieżnej sukni Michaliny, jednak już zauważyły na niej pięciopalczaste brudne ślady.
Teraz to nie było ważne, suknia miała za sobą najważniejszą uroczystość i już nigdy nie miała być używana .
Bo suknia ślubna żyje jak motyl, tylko przez jeden dzień….jeden najpiękniejszy dzień w życiu
zdjęcia własne


