Śladami mojego Taty . Staśka walczy o czystość rakowskich dzieciaków…

Dzieci rakowskie codziennie rano pojawiały się pod domem Michaliny i Bolka.

To było już takie niepisane prawo, umowa, że mają w tym domu zajęcia, a ich rodzice mogą zajmować się swoimi sprawami.

Po zajęciach teatralnych, malarstwa i lepienia z gliny wracały do swoich domów z ociąganiem, dopiero wtedy, gdy ich rodzice zabierali je do siebie….

Staśka z uporem i cierpliwością  stawała rano w drzwiach wernady i obserwowała przychodzące dzieci. Gdy miały katary, co nie było rzadkością, zmuszała dzieciaki , by wysmarkiwały nosy, i likwidowały wiszące  spod nosa „ sople” , które  dotychczas wycierały rękawem albo po prostu zlizywały.

Staśka usiłowała im to obrzydzić i zmienić zwyczaje.

Któregoś dnia znalazła stare prześcieradło, pocięła je starannie na niewielkie kwadraty , które ułożyła w koszyczku, na stoliku przed wejściem na schody. Każde z dzieci, po pokazaniu z dumą czystych nóg, musiało wziąć tą szmatkę i starannie wysmarkać nos. Potem wyrzucały ją do przygotowanego wiaderka. Staśka codziennie prała te zabrudzone chustki . Nie brzydziła się nawet, co było zadziwiające. Pokazywała dzieciakom, że chusteczki są codziennie  świeże i czyste. Może zapamiętały tę lekcję. Może nie.

Staśka znakomicie uzupełniały się ze swoją matką- Michaliną .

Michalina dbała o rozwój wyobraźni dzieci i ich edukację, a Staśka o naukę codziennych zabiegów higienicznych.

Już wiem, po kim mój Tato miał duszę artysty co nie bardzo korespondowało z jego wielkim zamiłowaniem do porządku i czystości !

 

Śladami mojego Taty. Michalina i obce dzieciaki.

 

Kogucik z Portugalii. Zbiory własne.

 

I gdy Michalina zobaczyła rozpłaszczone noski na szybie, postanowiła zwabić dzieciaki do swojego pokoju. Nie były tutaj w zwyczaju  wchodzenia do cudzych domów, więc użyła podstępu. Postanowiła oswoić dzieciaki,

Długo nie reagowała na to, że zaglądają do pokoiku.

Któregoś dnia podniosła głowę i się do nich uśmiechnęła.

Nie drgnęły, zapatrzone na teatrzyk. 

Najpierw zniknęła pod sceną, ale potem zostawiła lalki i cichcem wyczołgała się z pokoju. Zabrała ze sobą dwie kukiełki , które w międzyczasie uszyła , myśląc o obdarowaniu dzieci. Stały nieruchomo, wpatrzone w jej pokój.

Cichutko zawołała dzieci po imieniu, wcześniej bowiem dowiedziała się, jak się nazywają. Drgnęły, popatrzyły na nią niepewne, czy nie popełniają winy , wtedy wysunęła rękę  i podawała lalkę dziewczynce, a chłopakowi  szmacianego konika.

Niedowierzająco i niepewnie podeszły do Michaliny, ale pokusa była silniejsza niż ich opory. Złapały podarunki i uciekły do swojego domu. Nie była pewna, czy wrócą.

Ale cierpliwie czekała, po dwóch dniach przyszły.

Były za oknem, pokazywały ofiarowane przez nią lalki. Wtedy wyszła przed próg i zaprosiła je do swojego pokoju.

Magia teatru działała, zaraziły się tę magią i czuły przyciąganie silniejsze od lęku i woli.

Wkrótce siedziały przed teatrzykiem, a Michalina spod sceny udawała beczenie kozy, drugą ręką prowadziła babuleńkę i płynęła bajka o kozusze  kłamczusze…

.Od tej pory, przybywało dzieciaków, już bez lęku wchodziły do pokoju Michaliny , ssały cukierki, które ugotowała specjalnie na tę okazję mama Michaliny i godzinami spędzały czas przed teatrzykiem.

Potem brat Michaliny zbił z desek stół i wniósł do pokoju Michaliny.

Przy tym stole dzieciaki zasiadały kręgiem i same rwały się do produkowania lalek. Miały tysiące pomysłów, przynosiły z domu resztki kolorowych gałganków, małe guziczki  jakieś paciorki.

Potem same układały niezdarne wierszyki i śpiewały wymyślone przez siebie piosenki. Bo ten naród był rozśpiewany, miał cudnie skonstruowane krtanie, które umożliwiały wydawanie pięknych dźwięków a ich mowa była zaśpiewna, miękka która sama układała się w pieśń. Najpiękniejsze były wieczory i dni kiedy deszcz śpiewał za oknem a wiatr mu wtórował.

W czasie wakacji, rodzice mogli spokojnie wychodzić do żniw, bo ich dzieciaki były pod dobrą opieką i miały ciekawe zajęcie.

Powoli dorastały kolejne dzieci, czasami już dwulatki przychodziły z rodzeństwem. Pasja Michaliny została przekazana kolejnym pokoleniom. Najstarsze, te pierwsze , które nieśmiało rozpłaszczały nosy na szybie, zaglądając do bajkowego świata, same stworzyły swój teatrzyk. Tak więc gdy opuszczała swoje miasteczko, była spokojna, że duch nie zaniknie w pozostawionych dzieciakach.

Teraz miała zamiar kontynuować swoją pasję, miłość i zarazić tym dzieci Rakowskie.

Bolek słuchał tej opowieści z zapartym tchem, czuł jak rośnie jego serce i podziw dla swojej młodej żony. Był pewien, że wszystko się uda…..

Śladami mojego Taty. Michalina i dzieciaki

 

Lalki przywiezione z Kuby. Zbiory własne.

 

Któregoś dnia, gdy Michalina zajmowała się swoim teatrzykiem kukiełkowym, zobaczyła spłaszczony i bardzo zasmarkany mały nosek przylepiony do szyby okienka w  jej pokoiku. Maluch trwał nieruchomo, ona nie poruszała się, obserwowała go jedynie kątem oka, bojąc się, że się wystraszy i ucieknie. Następnego dnia zobaczyła dwa noski rozpłaszczone na szybie.

Nie reagowała, ale nadal układała swoje lalki, potem wpadła na pewien pomysł, który konsekwentnie realizowała.

Ale tymczasem niektórym lalkom przymocowała patyki i w ten sposób powstały kukiełki. Pozostało jeszcze zbudować maleńką scenę. Starszy brat w tajemnicy przed siostrą, w szopie przygotował dla niej niespodziankę. Przez kolejne dni gromadził nieprzydatne ojcu deski, coś tam poprzycinał, piłował, szlifował, dopasowywał i wkrótce przyniósł do jej pokoju prawdziwy miniteatrzyk. Nie było końca radości.

Brat zaplanował specjalne miejsce za i pod sceną, ukryte przed widzami, gdzie mogła nawet siedzieć i tylko unosząc w dłoniach lalki na patykach, poruszać kukiełkami. Stamtąd też mogła śpiewać, recytować lub udawać różne głosy, pozostając nierozpoznawalna.

Gdy rozpoczęła uruchamianie lalek, zaśmiewali się z bratem tak głośno, że nadbiegła matka odrywając się od lepienia pierogów. Stanęła w drzwiach i wkrótce cała trójka pokładała się ze śmiechu.

Była to w ogóle wesoła rodzinka.

Po paru dniach Michalina po powrocie ze szkoły zobaczyła, że jej teatrzyk jest pokryty ładną zieloną tkaniną a scenę zamyka najprawdziwsza kurtyna. To była niespodzianka od mamy, szczególny prezent na przyszłe imieniny Michaliny.

Śladami mojego Taty . Tajemnica Michaliny zostaje odkryta .

 

 

Michalina nie mogła już dłużej ukrywać swojej tajemnicy. Wprawdzie wielokrotnie znikała na stryszku, ale wreszcie nadszedł dzień, kiedy wszystko się wydało.  

Któregoś dnia Bolek wyjechał do Wilna, miał wrócić wieczorem, ale szybko zrealizował zakupy, odbył zaplanowane spotkania i spieszył do żony. W efekcie znalazł się pod domem, gdy jeszcze słońce stało wysoko.

Już na ganku usłyszał jakieś śpiewy. Potem dziecięce głosiki coś głośno opowiadały, raz dziewczęcy cieniutki, za chwilę niewiele niższy, ale wyraźnie  chłopięcy. Naraz zaszczekał pies i wkrótce zapiał kogut. Wszystkie te odgłosy dobiegały ze stryszku.

Postanowił  się nie odzywać, jak zwykle przy powrocie do domu, tylko powoli, na palcach, wdrapywał się po drewnianych schodach. Ale nagle głośno zaskrzypiał wiekowy stopień i Bolek wstrzymał oddech.

Niestety, nie udało mu się ukryć swojej obecności, bo nagle na górze zapanowała cisza i chwilę później wyskoczyło troje małych dzieciaków, które nieomal zjechały po schodach, omijając osłupiałego Bolka i wkrótce zobaczył tylko ich gołe stopy.

Po chwili wyjrzała Michalina i zaprosiła go do wnętrza stryszku.

Była roześmiana, tuliła się przepraszająco do męża, a to wystarczyło, że poczuł się zupełnie rozbrojony.

Razem weszli do pomieszczenia na stryszku i wtedy Bolkowi się zdało, że znalazł się w krainie baśni.

W centralnym punkcie stała najprawdziwsza miniaturowa scena, teraz zakryta miękką czerwoną kurtyną ze zwisającymi z obu jej stron złotymi sznurkami zakończonymi miękkimi pomponami.

Pod ścianami siedziały dość duże , kolorowe , szmaciane lalki. Poubierane odświętnie, ze sznurkowymi włosami, w kapeluszach, chustkach lub wiankach na głowach przytulały się do szmacianych chłopaków o szczeciniastych rozwichrzonych włosach. U ich stóp leżały niewielkie, materiałowe pieski, koty, był też jeden wilk i najprawdziwszy kogut.

To było królestwo Michaliny….

 


Śladami mojego Taty. Po ślubie.

 

 

Czas ślubu minął jak mgnienie oka.

Po mszy młodzi dość długo pozostali na swoich klęcznikach. Nie wiemy , o czym  rozmawiali z Bogiem, jakie modlitwy  Mu zanosili.

A może nie modlili się w ogóle,  a jedynie  potrzebowali  chwili milczenia, skupienia. Zawsze lubili takie wspólne milczenie.

W końcu podszedł do nich ojciec Michaliny, szepnął coś Bolkowi do ucha , a ten natychmiast się podniósł, zbliżył się  do Michaliny, delikatnie ujął jej rękę . Podniosła się wolno, jakby była urodzoną aktorką świadomą swej urody, z uśmiechem i gracją unosiła  welon i długą suknię . 

Wierni , trochę zniecierpliwieni długością modlitwy, odetchnęli z ulgą i wpatrywali się w młodych , zadowoleni z widowiska.

Chór odśpiewywał swoją najpiękniejszą pieśń. Gasły świece, ludziska rzucili się tłumnie za młodą parą , by nie stracić żadnej chwili spektaklu.

Przed kościołem już czekali ludzie grzecznie ustawieni w kolejce, by tak, jak kazała odwieczna tradycja, składać życzenia młodym i rodzicom. Trwało to długo, bo każdy chciał uścisnąć nowożeńców i rzucić kilka słów mniej lub bardziej oryginalnych , których i tak nikt nie zapamiętał.

W pewnej odległość od młodożeńców  stała grupka dzieci, o zadziwiająco czystych buziach i wysmarkanych nosach, każde trzymało jakąś zabawkę . Gdy już wszyscy dopełnili powinności wyściskania młodych , Michalina spojrzała przytomnie na ową grupkę , ależ ona ma kondycję, pomyślał Bolek.  Podbiegła do dzieciaków , objęła  te, które stały najbliżej . Po chwili wszystkie przytuliły się do jej sukni. Gdy to zauważyły  ich matki,  szybko zaczęły odciągać swoje pociechy od śnieżnej sukni Michaliny, jednak już zauważyły na niej pięciopalczaste brudne ślady.

Teraz to  nie było ważne, suknia miała za sobą  najważniejszą uroczystość i  już nigdy nie miała być  używana .

Bo suknia ślubna żyje jak motyl, tylko przez jeden dzień….jeden najpiękniejszy dzień w życiu

 

zdjęcia własne