Dzieci rakowskie codziennie rano pojawiały się pod domem Michaliny i Bolka.
To było już takie niepisane prawo, umowa, że mają w tym domu zajęcia, a ich rodzice mogą zajmować się swoimi sprawami.
Po zajęciach teatralnych, malarstwa i lepienia z gliny wracały do swoich domów z ociąganiem, dopiero wtedy, gdy ich rodzice zabierali je do siebie….
Staśka z uporem i cierpliwością stawała rano w drzwiach wernady i obserwowała przychodzące dzieci. Gdy miały katary, co nie było rzadkością, zmuszała dzieciaki , by wysmarkiwały nosy, i likwidowały wiszące spod nosa „ sople” , które dotychczas wycierały rękawem albo po prostu zlizywały.
Staśka usiłowała im to obrzydzić i zmienić zwyczaje.
Któregoś dnia znalazła stare prześcieradło, pocięła je starannie na niewielkie kwadraty , które ułożyła w koszyczku, na stoliku przed wejściem na schody. Każde z dzieci, po pokazaniu z dumą czystych nóg, musiało wziąć tą szmatkę i starannie wysmarkać nos. Potem wyrzucały ją do przygotowanego wiaderka. Staśka codziennie prała te zabrudzone chustki . Nie brzydziła się nawet, co było zadziwiające. Pokazywała dzieciakom, że chusteczki są codziennie świeże i czyste. Może zapamiętały tę lekcję. Może nie.
Staśka znakomicie uzupełniały się ze swoją matką- Michaliną .
Michalina dbała o rozwój wyobraźni dzieci i ich edukację, a Staśka o naukę codziennych zabiegów higienicznych.
Już wiem, po kim mój Tato miał duszę artysty co nie bardzo korespondowało z jego wielkim zamiłowaniem do porządku i czystości !





