List od Jacka. Studia.

hp_scanDS_78151321735.jpeg

Nie mam zdj Jacka z okresu kiedy opuszczał Polskę. Jeszcze wtedy nie wiedział, że spełni się jego marzenie i zostanie operatorem oraz reżyserem. To zdjęcie, dzięki poczcie mailowej dostałam od Jacka niedawno….i nie muszę udawać, że jestem z Niego dumna….

W rozdziale  ” Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza” pisałam o nim, Jego Rodzicach „. Dzięki temu, niespodziewanie i ku mojej wielkiej radości ponownie nawiązaliśmy kontakt a z kolei Jego listy które zamieszczam w rozdziale ” Listy od Jacka” znalazł Jego dobry  licealny kolega z którym od lat nie mieli kontaktu ….i tak świat się kręci….

Jacek mnie prosił, bym Jego opowieści listowne zamieszczała tu nadal, bo myślał o ich papierowej publikacji, tzn myśleliśmy, ale jest zajęty nowym filmem. Więc ….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

” Studia.

 

Kolebka mojej młodości, to czteropiętrowy budynek Liceum VII w Zielonej Górze. Architektura z lat pięćdziesiątych z pomnikiem Korczaka na pierwszym tle. Jakiś taki bezręki im wyszedł ustawiony na baczność, ale ważna idea, bo lekko przygarbiony z pogodnym wyrazem twarzy w zacisznym uśmiechu martyrologicznym.

Dwa piętra to klasy,  trzecie piętro radiowęzeł i na górze aula. Oprócz różnych wymyślnych uroczystości, tudzież akademii, aula była synonimem tortur maturzystów.  Podczas matur na drugim piętrze siedział woźny, a toaleta była na tym samym piętrze co radiowęzeł.

Na drugim i trzecim roku prowadziłem radiowęzeł z moim przyjacielem Tomkiem. Różne imprezy itd. Po jakimś czasie zaczęliśmy sprzedawać dla wtajemniczonych papierosy oraz piwo, tudzież coś mocniejszego dla spragnionych studentów . Wtajemniczeni znali kod pukania do drzwi. Podczas matury siedzieliśmy przez cztery dni w radiowęźle i maturzyści spokojnie wpadali do nas po ściągi pod pretekstem wyjścia do toalety. Tak więc wszyscy byli zadowoleni. 

Jakoś w maju na trzecim roku siedziałem sam w radiowęźle puszczając w eter muzykę z serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”. Paliłem papierosa popijając piwem. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Znany kod. Spokojnie otwieram. W drzwiach stoi postrach Liceum – Henryk Sikora – opiekun naszej klasy i wykładowca fizyki, dla którego wszyscy studenci mieli ksywę “dziadostwo”. Chowam papierosa, radiowęzeł zadymiony, itd.

– dzień dobry panie profesorze….

Sikora pociągnął nosem i ogarnął wzrokiem cały ten browar.

– no, dziadostwo….pięknie tu pachnie.

Wszedł do środka i odsłonił zielone płótno na biurkach kryjące nasza kontrabandę. 

– co chcesz studiować po maturze, Łukaszewicz?

– jeszcze nie wiem, panie profesorze….

– a ja wiem, dziadostwo….jesteś zawieszony w prawach ucznia i trója na maturze za sprawowanie….wiec nie męcz się, tylko przygotuj się na dwa lata wojska polskiego….

– panie profesorze, to praca społeczna….

– ta wódka też społeczna, Łukaszewicz, co? 

– może pan profesor się poczęstuje….

– dość, Łukaszewicz, do domu….ja tu zostanę….

Ktoś nas zdradził i tak skończyła się moja kariera licealna. Nie nadaję się do wojska, bo nie lubię idiotycznych rozkazów idiotów, więc wtedy narodził się pomysł wyjazdu. To nie jest próba rozgrzeszenia samego siebie, ale wydawało mi się, że nie mam wyjścia. I wyjechałem.”

 

Listy od Jacka.” Australia”.

IMG_0831.jpeg

To zdjęcie dostałam teraz od Jacka. Wprawdzie to nie Czerwony Maluch, ale jakoś się komponuje z treścią listu…..

 

 

 

I przyfrunął do mnie na skrzydłach internetu  kolejny filmopodobny list od Jacka. Moja skrzynka mailowa się nasyca , lubi takie teksty, oj jak lubi…..

Był rok 1981. Pierwszy poranek matki- Gerty Fajger- Łukaszewicz i 18 letniego syna, a mojego bratanka-  Jacka na obczyźnie. Zamierzonym celem tej ucieczki- wycieczki z kraju jest Australia . Już wiem dlaczego wyjechali z Zielonej Góry, już list czeka , potem będzie o tym …

A na razie ich Czerwony Maluch obudził się pod dworcem w Wiedniu….

 

<<

“Australia”

 

Obudziło mnie olśnienie, czyli jak kiedyś napisał poeta Słońce, które świeciło jasno nad Franz Joseph Banhoff. Z przymrużeniem oka spojrzałem na mamę. Już nie spała. 

– Jacek, ja chcę do domu…

– zawsze zdążymy, na razie idę na spacer….

W ogóle nie wiedziałem jak to ugryźć. Mieliśmy być w obozie, a dla mnie obóz to namioty, więc połowa Czerwonego to czteroosobowy namiot zakupiony w składnicy harcerskiej.  

Na skrzyżowaniu stał policjant kierujący ruchem porannym. Podchodzę.

– do you speak english?

– etwas….

– I want to go to Australia….

Spojrzał na mnie jak na nienormalnego, ale widząc moją poważną minę odparł machając lizakiem.

– me too want to go Australia….

– let’s go together then….

Zaśmiał się i napisał jakiś podejrzany adres na karteczce.

– you go there…

Spojrzałem na kartkę – Prefektura policji i adres. Nagle zgrzyt hamulców.

– ferfluchten….

Policjant ogłuszył mnie gwizdkiem i odszedł w kierunku malej stłuczki na skrzyżowaniu. Podszedłem do Czerwonego. Mama siedziała wystraszona.

– ja chcę do domu…

– najpierw pojedziemy na policje….

– żadnej policji, wracamy…

– zobaczymy.

Czerwony obudził się niechętnie, ziewnął, zakaszlał i zawiózł nas na adres prefektury. Kolejka jak za mięsem przed Świętami. Sami peerelowcy. Stanęliśmy w kolejce. Po kilku minutach wyszła wiedźma jak z Buchenwaldu i skrzeczącą polszczyzną zaszczekała.

– azylandów przyjmiemy – rerzda nach hause, zu rig, nach Polen….

Spojrzałem na przerażoną mamę.

– wir wollen nach Australie…

Wiedźma spojrzała na mnie spod oka.

– szaden Australia, tylko azyl polityczny…

Mama pociągnęła mnie za rękaw.

– Jacuś, bój  się Boga, jaki azyl, ja chcę do Polski…

– Ich arbaiten fur Solidarność…mówię…

– ja, ja alles fur Solidarność…name und passporten bitte….

Dałem jej paszporty i czekamy. Po kilku godzinach wyszła zszopeniała wiedźma.

– alles fahren nach oboz – tam wrzysdko na fas dzega…dam wrzysdko wam sprachen…alles clar?

–  ja, ja , naturlish…kaleczę niemiecki.

I pojechaliśmy,  kawalkada maluchów, trabantów, wartburgów, vokswagenów i mercedesów do obozu.

– no widzisz mamo, przyda się ten namiot…

– jaki namiot, Jacek – wracamy….

Podjechaliśmy do obozu. Były to stare posowieckie baraki wojskowe w Traiskirchen pod Wiedniem. Patrzę na ten obóz – brakowało mi tylko napisu Arbacht Macht Frei.

– masz racje, mamo, trzeba sprzedać ten namiot.

Zanim tam weszliśmy, przypomniały mi się fragmenty opowieści Dziadka o obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen…..>>

 

 

Listy od Jacka. Przypadek.

IMGP1900.jpeg

Jedyny syn mojego Brata- Jacek…ciepło w sercu jakoś… To zdjęcie m.in. teraz mi przysłał.  Nie znam daty.

 

To było bardzo dawno, gdy w dalekiej Australii odeszła z tego świata druga żona mojego brata- Zenona, Gerta i  urwał się kontakt z moim bratankiem a ich synem- Jackiem.

Już kiedyś pisałam,  że do Australii wywędrowali w końcu lat 80 ubiegłego wieku. Ona, Gertruda Fajger, była znaną radiową zielonogórską dziennikarką. Mój brat już dawno opuścił rodzinę, więc byli wolni i mogli zrealizować marzenia poznania świata. Tak więc Matka i Syn najpierw pojechali do Austrii a stamtąd dalej, na owe antypody…..

Przedtem Jacek bywał u moich Rodziców w Gorzowie a potem w Warszawie. Gdy zachorowała Gerta , zapadła cisza…..

     Po bardzo wielu latach , w 2011 roku wybrałam się z Mirkiem do Zielonej Góry na grób Brata  . I nagle  okazało się , że dokładnie w tym samym czasie do Zielonej przybył Jacek. To był Przypadek, zupełnie niesamowity. Jakby zaaranżowany przez kogoś , kto ogląda nas z góry, jakby figiel mojego Brata z zaświatów. Zjawiliśmy się niespodziewanie, nikt nie mógł przekazać Jackowi informacji, że będziemy ani nam, że On leci z dalekiej Australii.

Po prostu zjawiliśmy się dokładnie w tym samym miejscu i w tym samym czasie. I się po prostu spotkaliśmy …

„Przypadek”-  podkreśla teraz Jacek delektując się tym słowem z jakimś wewnętrznym skupieniem i namysłem

Po kilku dniach spotkań w Zielonej Górze, przyszedł czas pożegnania. Po powrocie do  domu   napisałam maila na podany przez Niego adres, ale list wrócił.

    Spasowałam więc i poświęciłam się spisywaniu wspomnień rodzinnych zamieszczając je w tym blogu. Jeden rozdział zatytułowany Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza zawiera to co zapamiętałam z Jego dzieciństwa, ze spotkań z Jego Mamą ….

Pisałam sobie i pisałam te listy bo przede wszystkim  chciałam  utrwalić dawne czasy, uratować wspomnienia z nadzieją, że może kiedyś wrócą stale żywe do naszych dzieci czy wnucząt .

Tak sobie właśnie myślałam, właściwie nie spodziewając się, że adresat je przeczyta.

      Aż tu nagle, wyobraźcie sobie , nagle zadzwonił telefon. Tu Jacek…oczywiście serce zadrżało, wszak to moja krew .

Zapytałam skąd dzwoni. Odpowiedział , że zdobył  numer mojego  telefonu a dzwoni z antypodów, czyli z Australii …Można się domyślić, jak długa była ta  rozmowa jaka serdeczna . Tyle nas łączy – On zachował ciepłe wspomnienia o dziadkach -moich Rodzicach- Stefanii i Wacławie od którego otrzymał nie tylko nazwisko. Ale o tym potem….

W pierwszym  mailu po tej rozmowie, Jacek  tak pisał:

 „ Witam Ciociu,

Nasze spotkanie w Zielonej Górze było jak bajka Andersena, tudzież kłania się Kornel Makuszyński podczas wakacji z duchami innego autora…..Prawdziwość słów, to jest prawda czasu, prawda ekranu, prawda…..

Przypadek- ciekawe- szukałem poetów zielonogórskich, a znalazłem Cioci listy do mnie….”

 

Odpisałam, prosząc  Go o jakieś opowieści z życia, bo spodziewałam się, że jest barwne…

Na to Jacek :

<< Skoro Ciocie to interesuje, coś tam będę pisał. Zresztą fajnie, bo na przykład moich chłopców w na razie jakoś nie interesuje cały ten zgiełk ( mówi o synach i Internecie – mój przyp.), a może to jest właśnie forma przekazu dla potomnych…>>

 

I tak się zaczęło…….

.

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 10 )

Jacku!

Wczoraj jeszcze napisałam , że zupełnie nie wiem co robisz ( oczywiście w życiu zawodowym, bo o prywatne pytać nie będę). I tego samego dnia zaprzyjaźniona ze mną osoba przysłała mi link, który otwierał ten tekst. Pozwoliłam sobie skopiować …dziękuję Ci, moja gorzowianko…To na razie tyle, Jacku, podumam nad Twoim losem i zajmę się swoimi sprawami, a jak wiesz czwórka dzieci i ósemka wnucząt , to wyzwanie dla babci nie lada. Tym bardziej, że jutro i w niedzielę przybędą na obiad ( na szczęście nie wszyscy na raz) bo w piątek córka organizuje u siebie w domu świąteczne pieczenie ciasteczek i zaprasza wszystkie dzieci naszych dzieci…pozdrawiam Ciebie, Jacku ciocia zosia

 

 

 

Pałac Kultury I Sportu w Żaganiu

 

Z A P R A S Z A
NA
Wystawę fotografii – autorstwa Jacka Łukaszewicza
„ A TASTE OF AUSTRALIA” /Smak Australii/

Pochodzący z Zielonej Góry artysta w  1981 wyjechał do Sydney w Australii. Przez pierwszych  kilka lat kręcił krótkie metraże oraz filmy dokumentalne. Po ukończeniu Australijskiej Szkoły Filmowej zaczął pracować jako operator i producent. Ma na swoim koncie niezliczoną ilość seriali telewizyjnych, reklam, klipów muzycznych, filmów dokumentalnych i przygodowych.


Podróżując wokół Australii nakręcił serie filmów dokumentalno – przygodowych. Cześć materiałów sfilmował używając klasycznej, francuskiej filmowej kamery 35mm marki Eclair. Z tego powstały oryginalne i jedyne w swoim rodzaju fotografie. Autor wracając do tradycyjnej fotografii, w pewnym sensie zrewolucjonizował ją jako sztukę, która w dobie cyfrowej manipulacji obrazem zanika jako naturalny zapis fragmentów naszego życia.

Filmując życie Aborygenów z szybkością 32 klatki na sekundę, Jacek Łukaszewicz zarejestrował fragmenty ich życia niepowtarzalne i nie do uchwycenia w dzisiejszej konwencjonalnej sztuce fotografii.

Każda z prezentowanych na wystawie prac jest unikatowym, optycznym powiększeniem z oryginalnego negatywu ze świadectwem autentyczności.

Kamera filmowa pozwoliła na utrwalenie ulotnych chwil i wszystkiego co nas otacza, ale co w dzisiejszym w świecie jest mało zauważalne.

Wystawa otwarta od 8 listopada do 30  listopada 2008r;
od poniedziałku do piątku, w godzinach od 10:00 do 18:00
w soboty i niedziele od  12:00 do  18:00.

 

 

 

 

 

List do bratanka,Jacka Łukaszewicza.( 3 )

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 3 )

Jacku!

 

Byłeś drugim dzieckiem mojego ukochanego, choć niepokornego i nieodgadnionego  Brata.          Nie od razu przygarnęliśmy  Ciebie i twoją Mamę do naszej rodziny. Sytuacja była specyficzna, dla nas trudna i dobrze, że tego nie pamiętasz. Ale czas uleczył rany, pozwolił zapomnieć o tym co złe było i dla nas trudne. I wreszcie stało się pojednanie, pełna akceptacja i pokochanie Was całym sercem. A droga ta zaczęła się tak.

Nasza znajomość zaczęła się bardzo dawno. Tak dawno, że może nie powinnam pamiętać. Był rok  1965 . Ale widzę w jasnym świetle ten czas, jakby to było zaledwie wczoraj. Pewnie  to właściwość ludzi starzejących się, że przeszłość jest stale żywa. Ale tak było też wtedy, gdy jeszcze pracowałam intensywnie zawodowo i wychowywałam gromadkę dzieci. Zachowałam pamięć przeszłości, może z lukami, ale jak na razie nikt tego nie weryfikuje. Bo Bliscy odeszli….

Otóż zdarzyło się, że Twój Tato porzucił Gorzów i pierwszą rodzinę zostawiając nas w smutku , z raną w sercach, bo została osamotniona niespełna dwuletnia Iwonka, jego córeczka. Nie zapomnę sceny, gdy odchodził. Mieszkaliśmy wtedy w Gorzowie, przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i działo się to w korytarzu naszego dużego mieszkania. Gdy Zenon był już przy drzwiach wyjściowych, wzburzony jakąś awanturą, której właściwie nie słyszałam- pewnie Mama miała pretensje, wybiegła za nim Iwonka. Dzieciaczek z przeraźliwym szlochem rzucił się do nóg ojca, złapał go łapkami za podudzia i łkał rozpaczliwie.  Zenon w szale odchodzenia, odtrącił dziecko i wybiegł. Scena ta okrutna przerażająca została   wbudowana w moje oczy na wieki wieków…. Jak bardzo bolało serce, nie muszę pisać….  Więc trudno się dziwić, że  wszyscy mieliśmy problemy z akceptacją kolejnego faktu. Otóż po pewnym czasie Zenon w którymś z listów do Matki napisał o małżeństwie z Gertrudą Fajger ( znaną wtedy dziennikarką Zielonogórskiego Radia)  i urodzeniu się wspólnego Syna. Mama milczała, zapiekła w swoim bólu, nie chciała przyjąć do wiadomości i zaakceptować tej drugiej rodziny syna . Wszak dla niej ślub kościelny był wyznacznikiem jasnej drogi życiowej, wykluczała zdrady, rozwody i nowe związki. Trzeba pamiętać, że były to wczesne lata 60 XX wieku, więc nieomal wszyscy tkwiliśmy w tradycji. Od tego czasu minęła epoka w sensie czasowym i mentalnym. Ale chyba niezależnie od tego zawsze każda matka chce by jego dziecko nie miało w życiu żadnych zakrętów a tym bardziej niebezpiecznych wiraży, by było szczęśliwe i dawało to szczęście innym…

Ciężkie i smutne milczenie trwało dość długo.

 I oto któregoś dnia roku 1965, gdy rozpoczęłam edukację w LO , startowałam, jak zwykle bywało, w jakimś konkursie recytatorskim. Odbywał się w Międzyrzeczu. I zupełnie niespodziewanie zjawił się tam Zenon. Nie pomnę, czy był w jury, czy tylko znalazł moje – nasze, nazwisko na liście uczestników i postanowił przyjechać. Pewnie dzięki jego protekcji zdobyłam tam nawet pierwsze miejsce, zresztą nie przywiązywałam należnej wagi do wszelakich podobnych wydarzeń w moim życiu. Byłam zaskoczona i  szczęśliwa ze spotkania z Bratem, bo kochałam Go bardzo. Wszak był moim jedynym w dodatku starszym Bratem. Ale przeżyłam kolejne zaskoczenie, bo przedstawił mi swój plan. Otóż postanowił zabrać mnie do Zielonej Góry. Nie byłam pewna, czy Rodzice się zgodzą, więc grzecznie zadzwoniłam do nich z pytaniem . Mama obojętnym głosem odpowiedziała, bym robiła tak, jak chcę. Pewnie też Jej serce przyspieszyło, ale nie dała tego po sobie poznać. Prawdziwa z Niej góralka była, taka z krwi i kości, zapiekła i pamiętliwa. 

 Pojechaliśmy więc do Z.G. jakimś samochodem redakcyjnym …..

 

 To na razie tyle, ciąg dalszy w następnym liście. Nie chciałabym Ciebie nużyć przewlekłym czytaniem…

pozdrawiam bardzo serdecznie Ciebie i Twoją Rodzinkę – ciocia Zosia- siostra Twojego Taty

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 2 )

List do bratanka, Jacka ( 2)

Jacku!

W czasie naszego zielonogórskiego , jedynego takiego spotkania , kiedy to  żegnaliśmy Zenona,  z wielką przyjemnością słuchałam Twoich krótkich opowieści o Twoich Synach. Jaki dumny byłeś , że są dorośli, mądrzy i  świadomi swojego miejsca na tym łez padole. I ja słuchając , podwójnie dumna byłam, gdyż to Wnuki mojego Brata, ukochanego, chociaż jakże niepokornego. To moja krew, nasza krew…zachowałam ich zdjęcia , które zamieścił mój Tato, a Twój dziadek Wacek w naszym albumie. Jedno z chrztu Tomka, niemowlak to niewielki jeszcze, spod jakiegoś ozdobnego nakrycia wystają gołe stópki. Wzruszające….I nadaliście mu  imię – Tomasz. Toż to nasze, rodzinne. Twój pradziadek Łukaszewicz, ojciec Wacława, który z kolei był ojcem  Zenona nosił to piękne imię męskie. I drugi syn- Dominik- wszystko jak widzisz pamiętam….

A oto te zachowane u nas zdjęcie….Pozdrawiam Ciebie  , myślę o Tobie, o Was dalekich ale bliskich sercu…ciocia zosia

 

JacekTomekChrzest.JPG

 

Australia, Sydney. Chrzest Tomka.

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 1 )

Jacku!

To ja, Twoja ciocia Zosia, siostra Twojego Ojca.

Minęły właśnie dwa lata, gdy się spotkaliśmy przypadkowo w Zielonej Górze. 

Jednak chyba nic nie jest dziełem przypadku.

A było tak: W sierpniu całkiem niespodziewanie dla nas mój Brat a Twój Ojciec wybrał wolność. Tak długo narzekał  na swój stan zdrowia ,  że się do tego powoli przyzwyczajałam , a w końcu przestałam Mu dowierzać. I wydawało się , że dożyje bardzo sędziwego wieku w tej chwiejnej równowadze pomiędzy pełnią sił witalnych a starczym zniedołężnieniem. Jak się okazało, nic bardziej mylnego pod tym naszym słońcem . Gdy się dowiedział o poważnej chorobie swojej ostatniej żony, zrobił zręczny unik. Po prostu wykonał nagły zwrot i odszedł sobie  w zaświaty. Nie mogliśmy być na pogrzebie, bo ja bawiłam na tureckim Wybrzeżu Egejskim , kontemplując „ Obłęd „ J. Krzysztonia, książkę, którą kiedyś mi polecał . Przed wyjazdem odwiedziłam bibliotekę , jak zwykle sama sobie wybierałam książki z regałów, co uwielbiam i nagle stanęłam przed jednym z nich , wyciągnęłam ręką i wyjąłem jedną z książek. Okazało się, że jest to ta, o której mówił kiedyś Brat. Wtedy  inne sprawy przysłoniły tę poradę i ożyła teraz. Tak jakby w tym momencie podał mi ją Zenon…czyż nie można przywiązywać wagi do tego wydarzenia. Dopiero potem się dowiedziałam, że właśnie o tej godzinie, w tym dniu opuszczał nasz ziemski ląd.

 I w tej Turcji, siedząc na plaży z twarzą zwróconą na zachód, gdzie pozostał mój gorzowski port rozmyślałam o tym, jak Odys, z którym w pewnym momencie identyfikował się autor tej książki, wędruje po świecie w poszukiwaniu swojej  Itaki. I widziałam tę swoją Itakę, opuszczony przed ponad 40 laty gorzowski brzeg Warty, ale wiedziałam, że już tego portu nie ma i nikt nie będzie witał…..

…Ty nie zdążyłeś na pogrzeb Ojca ze swojej drugiej ojczyzny – Australii.

    I oto nagle, gdy nastał wrzesień , razem zjawiliśmy się w Zielonej Górze.   Przecież nie mieliśmy ze sobą kontaktu, żadnej wiedzy o sobie. I  zupełnie przypadkowo nastąpiło tam nasze spotkanie, Jacku. …jedno z nielicznych naszych spotkań. Może zaaranżował je z zaświatów Zenon, może los albo tylko tak  same się ułożyły te wydarzenia…nie wiem, ale przeczuwam czyjąś ingerencję….

Tak więc były odwiedziny cmentarza z maleńkim grobkiem w którym złożono urnę z prochami Zenona, wielokrotne odczytywanie napisu na  tabliczce : Zenon Łukaszewicz 14.05.1934- 18.08.2011..Dziwnie się tam poczułam. W głowie mi się tliło niedowierzanie, czy  to aby prawda że sobie odszedł na stałe, przychodziły myśli niosące  podejrzenia, że to  fikcja jakaś. Że to odejście, to jakby żarcik  mojego Brata. Lubił lekkie, niefrasobliwe żarty , bywał wesoło przekorny a w przeszłości zdarzały się  już  Jego tajemne znikania…

A potem spotkaliśmy się  z Tobą, Jacku na  zielonogórskim rynku. Ujrzałam dojrzałego mężczyznę , ostatnio oglądałam Ciebie gdy jeszcze byłeś studencikiem Sydneyskiej Szkoły Filmowej i wybierałeś się na roczne studia do Paryża . Od tej pory minęło tyle lat….

Tak więc teraz ujrzałam dojrzałego  mężczyznę  , widziałam duże podobieństwo do  Gertudy Fajger- Łukaszewicz- Twojej matki , ale bez trudu znalazłam oczy mojego Brata, jego urok, ciepły uśmiech i miłe ba nawet słodkie , choć nieprawdziwe słowa :  „ jak młodo i pięknie ciocia wygląda” . Miło mi się  zrobiło, nie przeczę, bom takich słów dawno nie słyszała…

Opowiadałeś o starej flanelowej koszuli swojego Ojca, którą zabrałeś z Jego mieszkania, gdy ostatnia żona Zenona Ciebie tam zaprosiła byś zlikwidował jego ciuchy, zbiory książek i czasopism. Miałeś żal, że ta koszula została wyprana, że nie zachował się na niej zapach ciała Ojca. Miałeś ją na sobie w czasie tego spotkania. Potem jeszcze opowiadałeś o swojej matce, która odeszła 8 lat temu. Ona tak bardzo Ciebie kochała…byłeś jak umierała. Wiem coś o tym, wiem jak człowiek się czuje patrząc na śmierć ukochanej osoby…Potem uciekaliśmy w tzw. luźne tematy. Włodek Piwowarczyk, mąż mojej kuzynki , który uczestniczył w spotkaniu opowiadał o swoich przygodach z filmem. I zrobiło się w końcu takie wczesnojesienne pogodne spotkanie….

Oczywiście było  piwo, zdjęcia , rozstanie…

Potem jeszcze raz się spotkaliśmy, odwiedzaliśmy ostatnią żonę Zenona- Inkę w szpitalu. Poważnie chora była, ale sprawiliśmy jej wyraźną przyjemność…. smutna była i cierpiąca, ale gdzieś na dnie tego co mówiła wyczułam  jakby pewną ulgę, że będąc w szpitalu  nie zostawiła Zenona samego i bezradnego. To on pierwszy odszedł. A może ja to tak odbierałam, bo takie myśli i do mnie przychodzą. Jak to będzie ze mną i mężem moim….

Przy pożegnaniu wymieniliśmy  adresy mailowe, niestety Twój okazał się niestrawny  dla mojego komputera, czy portalu, gdyż mój list wrócił…Tak więc pozostała tylko ta droga. Może to droga tylko w jedną stronę, bo Ty nie zaglądasz, ale próbuję. Myśląc także o Tobie i Twoich Synach piszę tego bloga- jak to się w Polsce mówi i piszę też ten list do Ciebie.

Pozdrawiam Ciebie z dalekiej Polski , gdzie już nie ma Twojego portu, ale przetrwał w naszych sercach…ciocia Zosia

 

JacekWłodek2011ZG.JPG

 

 

 

 

 

z Jackiem i Włodkiem Piwowarczykiem.JPG

 

 

Jacek po lewej. 11.09.2011- Zielona Góra.