Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 22 ). Więzienie w Wilejce – drugie śledztwo , sąd, fikcyjni świadkowie i wyrok który był od początku zaprogramowany przez sowietów….


Po raz kolejny to zdjęcie z Wikipedii. Wilejka lat 30 ubiegłego wieku. Po lewej stronie duży budynek- prawdopodobnie więzienie w którym przebywał Jan i wielu wielu Polaków ….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Drugie śledztwo i sąd

   Po 12 miesiącach pobytu w więzieniu wezwano mnie na śledztwo. Powiadomiono mnie, że sprawę moją będą rozpatrywać po raz drugi.

Mnie nie powiedziano, że była ona rozpatrywana przez Osobowe Sowieszczanije w Moskwie i zwrócono do rozpatrzenia na podstawie miejscowych świadków.

Śledczy zażądał ode mnie  uzupełnienia danych , mówiących o mojej niewinności. Dowodów, że nie brałem udział w aresztowaniu predsiedatiela sielsowieta.

Podałem, że w tym dniu, w którym aresztowano  predsiedatiela byłem u ciotki – Leoszkowej Wiery w Smorgoniach.

Powiedziałem również, że ludzi namawiałem, by nie płacili podatków Niemcom, ponieważ oni już odstępują.

Poprosiłem, żeby postawili mnie na konfrontację z milicjantem, który brał udział w tym aresztowaniu predsiedatiela. Te badania trwały prawie półtora tygodnia. Była konfrontacja z policjantem który brał udział w aresztowaniu. Stwierdził on, że ja nie byłem przy aresztowaniu.

Sprawę, że ja byłem u Leoszkowej w czasie aresztowania odrzucono, ponieważ była ona moją krewną.

Wiadomość o ponownym moim śledztwie dotarła do Smorgoń, do władz rejonowych.

Tu rozchodziły się pogłoski, że chyba mnie wypuszczą, bo nie ma świadków przeciwko mnie, oprócz świadka w osobie siostry aresztowanego – Anny Szczęsnej.

Władze rejonowe szukały świadków , którzy stwierdzili by moją obecność w czasie aresztowania.

Ale nie znaleźli nikogo, oprócz niej – którą nauczyli mówić- powiedzieć- że był.

    Zakończenie śledztwa.

Sędzia śledczy- Soroki- ogłasza mi, że śledztwo zakończono.

Czyta mi protokół i każe podpisać się pod nim.

Ja proszę sędziego,  by zezwolił mi samemu przejrzeć akta. Zgadza się. Więc przekładam- czytam akt po akcie. Zatrzymuję się na protokóle podpisanym przez Barana, który był obecny przy aresztowaniu predsiedatiela Szczęsnego. Oto jego słowa- które wypowiadał na ocznej stawce- konfrontacji w pierwszym śledztwie. „ Jewo- znaczy mnie- nie było podczas aresztowania.  A poczemu wy podpisali?- pyta go śledczy. Potomu, szto zastawił mnie śledowatiel- mówiąc- podpisywajtie, uże wy jewo bolsze nie uwidzicie”.

    Sąd odbył się za tydzień. Przyjechała i małżonka.

 Byłem pewny, że mnie uniewinnią. Ale gdzież tam.

W ich interesie było skazać mnie, chociaż śledczy zdawali sobie sprawę, że jestem niewinny.

Sędzia śledczy postarał się o drugiego świadka tak samo fałszywego jak pierwszy. Namówili, a może namówił  sam sędzia śledczy, żeby matka skazanego powiedziała na rozprawie, że byłem przy aresztowaniu jej syna, w przeciwnym razie grozi jej córce- Szczęsnej Annie, kara dwóch lat więzienia.

Oto jestem na sądzie.

Sąd odczytuje oskarżenie, że brałem udział w aresztowaniu Szczęsnego Iwana, którego następnie Niemcy rozstrzelali.

Następnie wywołują:

A. Szczęsna – matkę syna zamordowanego. Pytają ją, czy ona mnie zna? Potakuje-„ da„ – tak. „ A znaju ja jejo?-  odpowiadam, że nie znam.

Pokazuję też te słowa napisane w protokóle i mówię, że oto są słowa, które mówią, że mnie tam nie było i że w niczym nie jestem winny.

A sędzia  na to: „ Wsiorawno, budziem sudzić, wy niebłogonadzieżnoje lico w naszem stroju, wy wlijacielny cziełowiek- możecie nam wredzić”. ( wszystko jedno, będziemy sądzić, bo wy jesteście wrogiem ustroju i będziecie nam przeszkadzać )

Przejrzałem jeszcze kilka  protokółów – aktów i znalazłem protokół, który napisał milicjant aresztujący predsietatiela..

 Pokazałem sędziemu śledczemu , że on także stwierdza, że mnie nie było podczas aresztowania. Sędzia „ Eto sud reszyt” ( to sąd zdecyduje).

A na moje pytanie , dlaczego nie ma w aktach protokółu  grażdanki Leoszko Wiery, którą ja prosiłem was, grażdanin zbadać ( przesłuchać). Odpowiedź: „ ona wasza siostrzenica i ja nie mogę przyjąć jej zeznań”.

Zrezygnowany byłem w końcu i wreszcie protokół podpisałem, licząc na sprawiedliwy wyrok sądu. 

Natychmiast powiadomiłem żonę, że  prędko odbędzie się sąd.

W czasie rozprawy sąd pyta świadka.

Był li  Konopielko Jan, kogda aresztowywali waszego syna?. Kobieta milczy. Powtarzają pytanie. „ Był ili niet?”. Wtedy ona odpowiada: „ BYŁ”. Pytanie drugie: „ A szto on diełał?” Ona milczy.

Więc pytają dalej.” Automat u niego był ili puszka ? ” ( czy miał karabin maszynowy lub armatę  ? )  . Odpowiada: BYLI  ( miał ) .

„ Szto on dziełał s automatom ili puszkom ?”.  Ona milczy.

Sędzia pyta: „ Strzelał?”- ona odpowiada” STRIELAŁ

Wszyscy obecni na Sali sądowej wybuchają śmiechem. Ja także uśmiecham się i myślę , że oskarżycielka jest niepoczytalna.

Sąd zwraca się do niej. „ Twoja , babuszka pieśń spietaja, możecie wychodzić”. Ona wychodzi.

Sąd zwraca się do mnie: „ Wam obiniajemyj sud predstawlajet poslednije słowa”. ( Sąd wam pozwala na  ostatnie słowo )

Mówię : „Uważajemyj sud/ Razreszycie gawarić po polski?”

Odpowiadają: Można- gaworicie

Proszę mnie uniewinnić.

Po pierwsze dlatego, że ja nie brałem udziału w aresztowaniu Szczęsnego Iwana „predsiedatiela sielskowo sowieta”. Potwierdzili to na naocznej stawce – na konfrontacji-

Baran i milicjant Borowski J.

Po drugie: Anna Szczęsna – siostra aresztowanego – w czasie konfrontacji za pierwszym razem powiedziała , że mnie nie było, a kiedy wyprowadził ją sędzia śledczy za drzwi i straszył, że ona będzie ukarana za „ łożnoje pokazanje „ ( fałszywe zeznanie ) w protokóle , który podpisała. Po powrocie z korytarza, ona powiedziała- że ja byłem.

Za nieprawidłowe śledztwo ja zaskarżyłem sędziego śledczego przed prokuratorem. A gdy ten nie uznał mojej skargi, odpowiedziałem, że nie podpiszę zakończenia śledztwa w tym sądzie, dopóki nie będzie napisane w protokóle tak, jak odbyła się konfrontacja.

Na drugi dzień przyszli: prokurator i naczelnik śledczego oddziału. Naczelnik mnie też zmuszał do podpisania zakończenia śledztwa, jednak ja powtórzyłem, żeby fałszywie sporządzony protokół  był poprawiony, a wówczas ja podpiszę zakończenie śledztwa.  Sprawa śledztwa pierwszego zakończyła się tym , że odesłano ją na „ osoboje  sowieszczanije w Moskwu”.

Oświadczam też, że zeznanie matki aresztowanego o mojej obecności w czasie aresztowania jest niewiarygodne, bo nie mogłem strzelać z automatu , ani też z arudzii ( strzelby) ani tym bardziej z puszki ( z działa) . Śmiech obecnych na sali świadczył też, że to zeznanie było fałszywe.
Matka aresztowanego tak zeznawała, bo chciała obronić córkę od kary za fałszywe podpisanie protokołu.

Jeszcze raz proszę o uniewinnienie mnie.

Po paru minutach ogłaszają, że sąd uznaje winnym oskarżonego i skazuje go na 10 lat więzienia „ isprawitielnych trudowych łagierej”.

A więc spełniły się słowa sędziego śledczego :” Budziem sudzić nie smotria na wasze dokazitilestwa, szto wy niewinowat” ( wydamy wyrok niezależnie od waszych dowodów niewinności)

Taka była sprawiedliwość stalinowskiej polityki

Wracając z sądu do celi zobaczyłem czekającą małżonkę. Bez pozwolenia konwoju krzyknąłem, że zostałem osądzony na 10 lat poprawczej pracy i żeby prędko przywiozła wojłoki, kożuszek i watowane spodnie, bo prędko wywiozą.

 Całych 17 miesięcy przesiedziałem w więzieniu. Był to koszmar naszego życia- żony i mojego.

c.d.n.

A w tym czasie Żona Jana – opowiadała mi moja Mama, która już wówczas przyjaźniła się z Konopielkami –  a także jak było opowiadała moja Teściowa. 

Helena była wtedy  niespełna 30 letnią kobietą – matką dwojga małych  dzieci – piękną i delikatną, przyzwyczajoną do dobrobytu. Zdobywała jedzenie, by sporządzać mężowi paczki – jak nazywa je Jan – podajanki a potem z bagażami –   zakutana w chusty bo zima była mroźna –  pieszo pokonywała kilometry by dostać się do pociągu. Pociągi jeździły nieregularnie – wszak trwała wojna , a gdy przyjeżdżał – nie zawsze udawało jej się wcisnąć , bo ludzie tłumnie podróżowali – w różnym celu – też handlowym . Potem szła dalej i długimi godzinami  stała pod murem więzienia, by strażnik otworzył okienko i przyjął paczkę. Kiedyś tak czekała wśród innych  zapłakanych  kobiet przez 3 dni … dwie narracje …..

Jan  w pojęciu sowietów był wrogiem ludu –  nie dość , że wykształcony to jeszcze bogaty majątkiem żony. Takich należało usuwać z życia ……

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 21 ). Więzienie w Wilejce i życie uwięzionych .


Ponownie zamieszczam to zdjęcie ( jedyne jakie znalazłam w Wikipedii ) panoramy Wilejki z lat 30 ubiegłego wieku , tj. z okresu, gdy Jan był tam więziony. Po lewej stronie widać duży obiekt – myślę, że to jest właśnie opisywane więzienie. W nim też przebywał brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem sowietów – czyli ludu, bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 WIĘZIENIE W WILEJCE

  Na tym się skończyło pierwsze śledztwo, po którym należało oczekiwać sądu wojewódzkiego.

 Jednak organy śledcze nie skierowały tej sprawy na rozpatrzenie sądu, a jak się później dowiedziałem, wysłały ją do rozpatrzenia szczególnego do Moskwy- „ na osobowe sowieszczanie w Moskwu”.

Tam w Moskwie ta sprawa przeleżała przez prawie 12 miesięcy.

A mnie przeniesiono z celi śledczej do więzienia, które się znajdowało w wojewódzkim mieście Wilejce.

Więzienie to pobudowano jeszcze za carycy Katarzyny II. To ogromny, czteropiętrowy dom, ogrodzony murem kamiennym o wysokości 3 metrów i bramą żelazną z drzwiczkami wejściowymi. Na murach stały wieżyczki, w których bez przerwy była straż z automatami. Całe boisko naokoło więzienia było oświetlone lampami elektrycznymi. W ścianach tego diabelskiego gmachu pełno było żelaznych okienek z kratami ( bez szyb).

 Strach mnie przejął, gdy stanąłem z towarzyszami więźniami przed takim kolosem.

Zaskrzypiała zardzewiała brama, chociaż ją często otwierano dla „ niewinnych gości”. Weszliśmy na podwórko więzienne. Bramę zatrzaśnięto z takim zgrzytem i jękiem, że w żyłach moich krew się ścisnęła. Przed drzwiami więziennymi formują nas w dwójki i wpuszczają na korytarz piwniczny.

               Cela więzienna nr 9.

    Z korytarza wpuszczają do celi dziewiątej. Weszło nas około  dwudziestu, a już było ich – starych więźniów ponad trzydziestu.

Pełna była sala o powierzchni trzydziestu metrów z okienkami małymi i zakratowanymi grubymi żelaznymi prętami, bez okien szklanych.

Mury grube, do połowy znajdują się w ziemi. Podłoga cementowa.

Przy drzwiach stoi naczynie blaszane, do którego więźniowie „oddają dług przyrodzie’. Pieców i światła brak. Drzwi po wpuszczeniu nas do wnętrza, zaryglowano.

Więc zaczęliśmy sobie szukać miejsc do siedzenia. Ja ulokowałem się pod samym oknem- kratami, gdzie jeszcze było wolne miejsce. Inni siadali tam, gdzie stali, gdzie było wolne miejsce. Siedzieliśmy na swoich torbach, woreczkach, w których mieliśmy trochę sucharów i innego jadła podawanego nam przez rodzeństwo z domu. Ja miałem tego pożywienia pod dostatkiem, bo w każdym tygodniu raz przyjmowano „ podajanki”. Żona starała się odwiedzić mnie każdego tygodnia.

   Gdy zrobiło się w celi ciemno, zaczęliśmy się układać do snu.

Układaliśmy się tak, jak się układa śledzie w beczki : boczkiem jeden do drugiego, a tylko ja mogłem się położyć na grzbiecie, bo znajdowałem się we framudze okiennej – w dole na posadzce cementowej.

Dzięki temu, że  miałem ze sobą nową granatową jesionkę, nie marzłem, leżąc pod oknem.

Inni towarzysze niedoli, nie wytrzymaliby tego chłodu. To już był miesiąc grudzień, a więc zimno ciągnęło mocno.

Śpiąc w tak stłoczonej masie, trudno było wleźć z powrotem, gdy się wyszło do naczynia blaszanego za swoją potrzebą.

Trzeba było siły użyć, żeby utracone miejsce odzyskać.

Sygnałów na pobudkę, ani też na wstawanie nie robiono. Wstawaliśmy tylko wtedy, gdy dał się słyszeć głos dyżurnego otwierającego drzwi do celi. „ Wychodzić do łazienki”.

Pierwsza para stojąca na przedzie przy samych drzwiach, chwytała za uszy „paraszę” i niosła do ubikacji. Na „oddawanie długu przyrodzie „ dawano  dwie minuty. Kto nie zdążył , wypróżniał się w celi do „ paraszy”.

Do mycia się nie goniono nas, bo w celi nie było wody.

Tylko na śniadanie dawali po pół litra gotowanej wody, trochę zaprószonej jakimiś ziołami- niby kawą. W tej kawie nie było czuć słodyczy. Ale kto czuł głód, nie gardził tym darem i spożywał z 200 gramami chleba.

Na obiad i kolację dawano także po 200 gram chleba. Oprócz chleba, na obiad dawano pięćset gramów zupy- „ bałandy” zaprawionej zgniłą rybą bolszewicką.

Od takiego posiłku umrzeć nie można, ale żyć bardzo ciężko- dla tych którzy nie otrzymywali „ podajaszek” od swoich rodzin. A było takich cierpiących niemało. Prawda, że my otrzymujący „ podajankę”, dzieliliśmy się swoimi kęskami, ale to było niczym z pragnieniem głodu.

W celi, chociaż nie było szyb w oknach , ani pieców i mróz trzeszczał na dworze- było ciepło. Ogrzewaliśmy swoje mieszkanie własnymi oddechami i wyziewami ciał. Przez okienne kraty płynęła na zewnątrz para jak z pieca.

Gdy trochę rozwidniało na dworze, wszyscy więźniowie, siedząc na swoich tobołkach, zajmowali się mordowaniem wszy, których było pełno w naszej bieliźnie i ubraniu.

Z początku mojego pobytu w więzieniu, oddawano bieliznę do domu, do prania, ale po upływie dwóch miesięcy zabroniono.

Więc to plugastwo tak się rozmnożyło, że wybuchła epidemia tyfusu plamistego.

W każdej celi było pełno chorych, których nie było komu leczyć.

W naszej celi leżało i żałośnie stękało około dwudziestu więźniów.

Wiadomość o wybuchu epidemii dotarła do władz więziennych dopiero wtedy, gdy trzeba było chorych wynosić na noszach z celi.

Prawda, że lekarza posłano do zbadania chorych, ale już ich nie zdołano   uratować- pomarli. Martwe ciała wyciągano z  sali.

Stróże ciągnęli je przez korytarz jak padlinę do drzwi, przy których stała ciężarówka gotowa do ładowania trupów. Wywożono ich ciała do pobliskiego lasu, gdzie zakopywano je w ziemi na wieczny odpoczynek.

Z powodu tej choroby zmarło w tym więzieniu około trzystu ( 300) więźniów.

      W czasie panującego tyfusu plamistego rozpoczęto walkę z nim za pomocą ganiania – prowadzenia jeszcze żywych więźniów do kamer dezynfekcyjnych, w których zabijano wszy za pomocą dużej  temperatury.

Był taki wypadek, że w komorze spalono nie tylko wszy, ale wszystką prażącą się odzież.

   I jeszcze drugi wypadek był w tej kamerze, gdy ja dostałem od konwojenta cztery susy w bok, tak silne, że ból długo nie ustępował. A za co? Za porwanie- poszarpanie karteczki, którą on czytał po wyjęciu z kieszeni mojej marynarki.

Gdy się zorientowałem, że ta kartka napisana była od żony , natychmiast wyrwałem ją z rak naszego stróża i w mig ją podarłem na malutkie kawałeczki, żeby nie można było odczytać, tego, co tam było napisane.

Kara na tych czterech susach nie skończyła się, bo po powrocie do celi za parę minut, posadzono mię do izolatki na siedem dni. To była już druga izolatka.

POBYTY W IZOLATKACH WIĘZIENNYCH

Pierwszą izolatkę przeżyłem,  jeszcze będąc w celi śledczej.

Jak doszło do tego, że mnie ukarano izolatką pierwszą.

Gdy siedziałem jeszcze w celi śledczej, wpadłem na pomysł, żeby nawiązać korespondencję z  żoną. Otrzymując ” podajanki”  przez okienko w drzwiach , zamieniłem parę  słów z obsługującą ten dział.

Wywnioskowałem, że można przez nią podać wiadomość żonie, że brata mojego, Mateusza , także poszukuje NKGB i niech on ucieka jak najdalej od Smorgoń. Tę moją prośbę wykonała ta obsługująca i przy następnej „połajance” powiadomiła, że brat mój wyjechał.

Taki  kontakt z tą panią ośmielił mnie do napisania kartki do żony  na płótnie ołóweczkiem chemicznym , który przemycałem w bucie, idąc do celi śledczej.

Na kawałeczku płócienka białego , wyrwanego z kołnierzyka koszuli, napisałem, żeby po otrzymaniu dała znać w następnej „podajance” przez włożenie do niej paru obwarzanków.

 Przy tym napisałem, żeby w każdej „podajance” –  torbie – torebce, szukała końca nici, gdzie jest zaszyta wiadomość – kartka. Po pierwszej mojej podajance oddając  koszulę z poprutym kołnierzem , krótko powiedziałem, żeby żona szukała w kołnierzu koszuli. W następnej „podajance” od żony otrzymałem parę obwarzanków i niezmiernie się z tego ucieszyłem. Bo to oznaczało, że mój list otrzymała.

Korespondencja z domem trwała mimo otrzymywania kar- izolatek .

 Pierwszą 10 dniową izolatkę otrzymałem w końcu listopada .

Oddając  dla żony rzeczy puste po jednej „podajance” napisałem na dnie puszki blaszanej :

„ Wszystko otrzymałem”.

Te słowa nakreślone przez mnie zauważył i odczytał współpracownik tej dobrej kobiety, która już była w dobrych kontaktach ze mną. Ten pomocnik zaskarżył mnie przed naczelnikiem, że prowadzę niedozwoloną pierepiskę. ( korespondencję)

Administracja ukarała mnie bardzo surowo – dała 10 dni izolatki. W tej pojedynce otrzymywałem  300 gramów chleba i dwa litry wody dziennie .

      Izolatka

 To była  pojedyncza komórka o długości około dwóch metrów i szerokości- ponad 1 m. Podłoga cementowa, a na niej trzy deseczki przybite do niziutkich poprzeczek.

W oknie krata bez szkła okiennego.

W kącie przy drzwiach  stoi maleńka paraszeczka. ( wiadro do załatwiania się ) .

W takiej kajutce można by było żyć , gdyby nie ten przeklęty chłód w listopadowe ranki i noce. Ponadto ubrany byłem na letnio: buty, bielizna letnia, lekki sweterek i marynarka. Wrzucony byłem do pojedynki przed nadejściem nocy.

Z początku , gdy zaczęło dokuczać zimno, walczyłem z nim uprawiając gimnastykę różnego rodzaju, by się trochę ogrzać. Żeby trochę odpocząć , mierzyłem stopami długość pokoju tam i z powrotem. Próbowałem usiąść na swojej narze i zdrzemnąć. Ale gdzież tam było do snu,  gdy zimno przenikało do każdej kosteczki. Znowuż podrywałem się na nogi i ćwiczyłem ręce, nogi i tułów.

 I tak robiłem aż do ostatnich sił.

Trwało to z małymi przerwami po godzinie i dwie.

Strażnik, który od czasu do czasu zaglądał do” wilczka” w drzwiach ( mała dziureczka ) i widział, że ja nie mogę zasnąć z powodu chłodu- zimna, zlitował się nade mną. Otworzył  izolatkę i poradził mi, bym usiadł na deseczkach i nakrył głowę aż po szyję marynarką. Uczyniłem to wg jego wskazówek. I o cud! Zasnąłem – zdrzemnąłem się – chyba na parę godzin.

I tak ciągnęły mi się noce.

W dzień, gdy  było już widno na dziedzińcu więziennym , przynoszono mi 300 gram chleba razowego i nalewano dwa litry wody gorącej w kubek.

Chleb – porcję chleba połamałem na trzy kawałki i położyłem w kącie swojej pojedynki.

Wodę gorącą w kociołku, postawiłem przy swojej narze, która mnie ogrzała i „ kołysała” do drzemki przez co najmniej godzinę.

Gdy się ocknąłem, spożyłem  kromkę chleba z wodą tylko trochę ciepłą.

W takiej męce przeżyłem siedem dni.

W końcu tego dnia zabrano mnie do łaźni.

To było przez dniem święta wielkiej rewolucji. Kąpiel trochę ożywiła mnie, ale pójście po kąpieli do tej samej celi , mogło mnie zgubić, zapalenie płuc pewne. Nie tracąc ani sekundy czasu po zamknięciu drzwi łaźni, zwróciłem się z błagalną prośbą do lejtnanta , by mnie przeprowadził do jakiejś innej celi, bo w tej to ja zginę z chłodu.

Prośba o dziwo poskutkowała i przeprowadził mnie do pojedynki , trochę cieplejszej, chociaż było w niej dużo nieznośnego smrodu.

Te  ostatnie trzy  dni swej kary zniosłem już o wiele lepiej.

Po powrocie do celi, byłem już ostrożniejszy z tą korespondencją , ale nie przestałem jej uprawiać.

Druga izolatka

– kara za wyrwanie z rąk konwojenta i porwanie kartki od żony na drobne szczątki, była znioślejsza. 

Wrzucono mnie do pojedynki, w której już było dwóch więźniów.

Ponadto przyszedłem do tego miejsca odosobnienia z pełnymi nogawkami sucharów i innych smakołyków.

Tu miałem lepsze samopoczucie, bo cieszyłem się, że kartka była zniszczona i treści jej nie znają i nie wiedzą, kto ją przysłał.

A gdyby ją odczytano w biurze więziennym , mogły być nieprzyjemności dla małżonki.

Za moim przykładem zaczęli inni więźniowie fabrykować kartki i  zaszywać je w zakładkach bielizny, czy też toreb z podajankami.  Podpadli i inni jak ja wcześniej.

Żeby przerwać tę korespondencję zabroniła władza więzienna przesyłać bieliznę do prania do domu.

Mimo tych ograniczeń i karcerów ja nie przestałem kontaktować się z żoną.

Podajanki nadal podawano , a więc torebki chociaż maleńkie, dostawały się do celi i z powrotem szły do domu po opróżnieniu. Właśnie w tych małych torebkach wszywałem kartki z bibuły i wysyłałem je do domu. Żeby pracownicy nie wykryli tych szwów, mocno je tarłem, by nie było szelestu.

Taka korespondencja trwała aż do osądzenia mnie i wywiezienia do łagru

    Drobne sprawy więźniów

   Do tych spraw należałoby zaliczyć śledzenie ruchów w sąsiedniej celi nr 10 – w celi skazanych na karę śmierci.

Za pomocą pukania w ścianę, dowiadywaliśmy się ilu więźniów znajduje się w tej celi. Pukali 8 razy, a więc było ich ośmiu. W następnym dniu odpukiwali, zostało tylko sześć osób.

Dwie osoby zabrano i dokonano egzekucji – zastrzelono lub powieszono.

Ten fakt zabierania z celi śmierci więźniów , my, stojący przy swoich  drzwiach, podsłuchiwaliśmy .

Zaszurały buty kilku ludzi w korytarzu o godz. 12 w nocy. Okienko w drzwiach celi zastukotało. Dał się słyszeć głos patrolu więziennego; Taki, a taki ( nazwisko skazanego) przygotowitsia k wchodu. Po prostu- po paru sekundach otwierają się drzwi ( skrzypią )  i wychodzą : jeden najpierw , a drugi czegoś jeszcze szuka. Koledzy mówią, że szuka rzeczy. Na to konwojent: „ Jemu uże wierszyzny nie nada”. Wyszli, bo drzwi trzasnęły i klucz zazgrzytał.

Poszli, a za nimi dwaj strażnicy i władza: naczelnik więzienia, prokurator i sędzia.

Na podwórku już stał „ czarny werań”- samochód wywożący więźniów skazanych na śmierć. Wozili przeważnie do lasów , gdzie kazali jeszcze skazańcowi kopać dół i strzelano do nich nad dołem, skąd spychano ciało w dół i strażnicy zakopywali jamę.

A niekiedy urządzano szubienicę na placu w miasteczku i wieszano tam skazanego przy spędzonych obywatelach, by odstraszyć innych od ucieczek do borów, skąd robiono wypady na wojska sowieckie ( AK- Armia Krajowa).

    Niektórym więźniom, skazanym na karę śmierci, udawało się otrzymać ułaskawienie od

 „ osobowo sowieszczanija” w Moskwie. To znaczy zamieniano karę śmierci na 2-3 lata więzienia.

    Takiego jednego szczęśliwca z celi śmierci przerzucono do naszej celi.  Skazano go na karę śmierci za to, że był naczelnikiem miasta rejonowego w czasie okupacji niemieckiej.

A więc przypisywano mu wszystko zło, którego Niemcy dopuszczali się w  tym rejonie. Po skazaniu  go na śmierć, tak jak i innych, kazano im składać podanie z prośbą o ułaskawienie do władz w Moskwie. Niektórzy z nich napisali, ale byli i tacy, którzy nie chcieli pisać. Za takich zrezygnowanych, podania pisali pracownicy biura.

Nie wszystkie prośby zostały uwzględnione, ale jego prośbę załatwili pozytywnie – dali mu za to piętnaście lat więzienia –  „ katorżnych robót”.

Po trzech miesiącach pobytu w celi śmierci był niepodobny do normalnego trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Wyglądał jak szkielet, cały obrośnięty siwym włosem. Idąc, słaniał się i coś do siebie mówił. Czy to głód na niego tak podziałał? Ależ- nie. Jeść, jak on mówił, dawali pod dostatkiem, ale organizm nie przyjmował- nie żądał. Świadomość, że za dzień lub dwa już go nie będzie  wśród żywych zabiła w nim chęć do życia. Wróżyli tylko, po kogo teraz oprawcy przyjdą. Było to życie koszmarne.

Nam, siedzącym w celi obok – nie myślało się o śmierci, tylko o przyszłym życiu.!!!!!

Nieraz śmieliśmy się do rozpuku, gdy udało się wyprowadzić w pole obserwatorów-  nadziratielej.

W celi siedzieli różni – niektórzy potrafili wydobyć ogień z waty. Ani tytoniu, ani ognia nie wolno było mieć w kamerze, karano za posiadanie- karcerami. A jednak palacze potrafili znaleźć ogień w wacie, tj. robili kłaczek z waty i tarzali go drewniakiem, albo butem po podłodze cementowej- 5-10 sekund i gdy go rozerwali był już dym w środku- wata się zapali przy pierwszym podmuchu ustami.

A więc, ogień już był i błyszczał w ciemności.

Spostrzegli to nadziratieli – obserwatorzy i natychmiast wpadli do naszej celi i zaczęli szukać zapałek, grożąc izolatką albo obniżeniem porcji chleba. Nic nie znaleźli i odeszli z groźbami.

Tytoń palacze przemycali za pomocą podajanek. 

W więzieniu skazani porozumiewali się ze sobą za pomocą długich nitek, które opuszczali z pięter wraz z ładunkiem – zawiniątkiem. My też posyłaliśmy im wiadomości napisane na kartkach za pomocą tegoż sznurka.

Ja najwięcej  poświęcałem czasu na przygotowanie korespondencji dla żony.

Podajanki, które nam przekazywane były przez rodzinę , przez pełniących służbę były okradane. Dzielili ono prawie na pół.

Jeden z moich kolegów ze szkolnej ławy spróbował się poskarżyć naczelnikowi więzienia. Wezwali go do biura i tam skargę rozpatrzyli – zbili go tak mocno, że ledwie żywego wrzucili do celi.

Zrozumieliśmy, że „ kogda siedzisz w gównie, nie podnimajsia gołowie” ( kiedy siedzisz w gównie, nie podnoś głowy).

Sprawiedliwość jest u tych, którzy są wolni i rządzą nami.

Z naszej celi niektórych więźniów ganiano na śledztwo.

Jeden z takich spróbował uciec. Odskoczył on od konwojenta, ale na huk strzału, który oddał tenże prowadzący, przybiegli mu inni konwojenci na pomoc i tego biedaka złapali. Zbili go na kwaśne jabłko i wrzucili z powrotem do celi. Długo on stękał, bo na bokach i na nogach pełno było ran i guzów.

c.d.n.

Na marginesie muszę napisać, że w tym więzieniu przebywał też brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem ludu w pojęciu sowietów , bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 20 ). Czas w areszcie śledczym w Wilejce.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Czas w areszcie śledczym  (c.d.) .

zdjęcie z Wikipedii – Wilejka, lata 40 ub wieku

Siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

Pod sufitem we wspomnianej ścianie było zakratowane okienko.

W drzwiach od korytarza widać było maleńkie okienko , a w nim małą dziurę- „wilczek”, przez który obserwował nas, siedzących i leżących  na tych gołych deskach,  strażnik .

Zrobili mi przyjaciele niedoli miejsce i ja wlazłem na nar. Zdjąłem swoją nową jesionkę i położyłem ją pod głowę zamiast poduszki. Torbę swoją z żywnością umieściłem pod narą. Ponieważ było gorąco na sali, zdjąłem marynarkę i sweter. Wszystko to położyłem na deskach zamiast materaca.

W sali wszyscy milczeli i ja też milczałem. Grobowe to milczenie przerwał  nam dozorca, otwierając drzwi. Dał nam rozkaz wychodzenia do ubikacji po jednemu. Wędrówka ta trwała około pół godziny.

Z kolei zaczęła się rozmowa o tym, za co nas aresztowano. Każdy tłumaczył, że on jest w niczym winny. Ja też w podobny sposób twierdziłem.

Wszyscy byliśmy pewni, że nas długo nie będą trzymać w areszcie i wypuszczą nas na wolność.

Tu jednak wszyscy myliliśmy się, bo nie znaliśmy ich, bolszewików bliżej. U nich, kto został aresztowany, mógł na wolność wrócić – jeśli będzie żył –  za 5, 10 i 15 lat, a może i za 25 lat !!!

Nadszedł wieczór. W celi nie ma światła, tylko przez „ wilczek” w małym okienku przedzierały się promienie elektryczne. W sali zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu stukiem butów stróża. Pobudka nastąpiła, gdy już było zupełnie widno na drodze i w naszej celi.

Śpiąc, nie czułem, co się działo obok mnie i na mojej jesionce, którą teraz przykryty byłem.

Dopiero gdy spojrzałem na palto, zobaczyłem, że coś się rusza maleńkiego, jak białe ziarenko makowe. Złapałem. Była to wesz. O rety !, ileż ich było w tej jesionce w drugich moich rzeczach, leżących pod bokiem zamiast siennika.

Wziąłem się za mordowanie tego plugastwa . Łapałem po jednej, kładłem na jeden paznokieć, i drugim cisnąłem do pęknięcia. Za godzinę wymordowałem sporo tych wszy- ale pozostało ich żywych niemało. Takąż walkę z tymi „ krwiopijcami” prowadzili i inni koledzy w nieszczęściu. Przerywaliśmy to paskudne- wstrętne zajęcie, tylko na czas pójścia do ubikacji lub spożycia posiłku.

 Codziennie któregoś z aresztowanych wzywano na śledztwo, które trwało nieraz do dwóch trzech godzin. Zawsze wracał taki nasz przyjaciel niedoli z miną grobową, zmaltretowany, nieraz i pobity.

Po kilkuminutowym odpoczynku opowiadał o śledztwie, jakie metody stosują, jak się wulgarnie wyrażają, często biją, gdy któryś nie chciał przyznawać się do winy, której nie popełnił.

Niektórzy koledzy informowali nas, że sędziowie śledczy często uciekają się do oszustwa w stosunku do aresztowanego-  a mianowicie: czytają mu protokóły – niektóre słowa, wyrażenia na odwrót. Czytają np.: „Nie przyznał się do winy” a napisane było : „ Przyznał się do winy”.

Taka informacja dla tych oskarżonych , którzy jeszcze nie byli w śledztwie, była bardzo pożyteczna.

Mnie na śledztwo nie wzywano, a tylko od razu z aresztu poprowadzono na sąd.

Spieszno  widocznie im było.

Sąd składał się z dwóch wojskowych i sekretarki.

 Świadkowie, którzy mieli świadczyć o moim przewinieniu, moim przestępstwie, stali pod drzwiami zamkniętymi.

 Owe drzwi otworzył mi konwojent.

Wszedłem do wnętrz, a on też wszedł za mną.

Stanęliśmy przed stołem sędziowskim. Strażnik cofnął się o krok ode mnie.

Sędzia przeczytał moje personalia, a  następnie oskarżenie:

      Że brałem udział w aresztowaniu przez Niemców Szczęsnego Sergiusza, przewodniczącego, którego zabiło ( ubiło ) gestapo.

Na pytanie , czy przyznaję się do winy, odpowiedziałem, że nie, nie brałem udziału w aresztowaniu i nie znam jego miejsca zamieszkania. Że takie oskarżenie na mnie, ktoś podał ze złości. Ja sam chowałem się przed niemieckim gestapo.

Wzywają świadków, po jednemu.

Pierwszy świadek mówi, że znam tego pana, był nauczycielem, dobrze uczył dzieci, z mieszkańcami żył w zgodzie.

Występuje drugi oskarżyciel i mówi: Jestem Szczęsna Maria- siostra Szczęsnego Sergiusza. Pyta sędzia: „ Czy oskarżony Jan Konopielko był, gdy waszego brata aresztowano?” Pada odpowiedź : „ Był”.

Mnie poniosło. Proszę sędziego o pozwolenie zadania pytania świadkowi paru pytań.

Sędzia pozwala.

Pytam: „ W co byłem ubrany?” . Ona milczy. „ Czy miałem broń?”. Też milczy. „ Czy było dużo ludzi?”. Trochę było. „ A kto aresztował?”-  Niemiec, policjant białoruski i tłumacz.

 „ A kto go powiózł samochodem?”. Ci trzej, odpowiada.

„ A jeśli ja byłem, tak jak pani mówi, to co ja robiłem?”. Nic.

Zwracam się do sądu, by sąd odłożyć a ja przedstawię świadków, że mnie tam nie było.

Sędzia mówi: „ Sąd odroczony”

Strażnik otwiera drzwi i wychodzimy. Gdy byliśmy za drzwiami, konwojent kazał założyć ręce w tył i pomaszerowaliśmy do aresztu śledczego, gdzie przekazał mnie w ręce stróża. Ten wpuścił mnie do sali.

Tu już czekali na mnie koledzy. W krótkich słowach opowiedziałem o przebiegu rozprawy, że sprawa została odłożona.

Idąc z sądu i siedząc na narach,  wciąż myślałem, dlaczego odłożono rozprawę. Czyż dlatego , że ja prosiłem i adwokat podtrzymał moją prośbę, mówiąc: „ Poddzierżywaju?” .

Czy może sąd nie miał prawa wydać orzeczenia na podstawie tylko jednego świadka oskarżającego mnie. Drugi świadek oskarżający , który się podpisał na protokóle, na podstawie którego sąd rozpatrywał tę sprawę, nie stawił się na rozprawę.

Nasuwa się pytanie, kto sporządził ten protokół.

Protokół ten napisał  jeden z pracowników NKGB, który przyjechał specjalnie do wsi Pasynki, gdzie mieszkała Szczęsna Maria- siostra poszkodowanego. We wspomnianym protokóle było, że aresztowało go gestapo: jeden Niemiec, jeden policjant białoruski i jeden tłumacz.  Brali w tym udział: Grudzina- sąsiad, Ciunowicz- sąsiadka i Jan Konopielko- ja. Protokół ten był podpisany przez Szczęsną Marię i Barana- aktywistę ( sołtysa) z Bajb.

Baran nie chciał się pod tym protokółem podpisać- że nie jest prawdą, że ja tam byłem- ale zmusił go sędzia śledczy, który powiedział: „Podpisywaj, bolesze jewo nie uwidzicie”.( podpisuj i tak więcej go nie zobaczysz)

Sprawę moją sąd zwrócił Urzędowi Śledczemu, by ten zebrał dokładniejsze dane o oskarżonym Janie Konopielko.

       Po tygodniu strażnik mnie wzywa na korytarz i oddaje w ręce konwojenta z automatem. Ten poprowadził mnie do sędziego śledczego. A więc znowu zaczęło się śledztwo. Pytanie: „ Czy ja byłem obecny, kiedy gestapo aresztowało predsiedatiela  sowieta Szczęsnego Sergiusza?”.  Nie – odpowiadam.  Ja sam kryłem się przed gestapo.

 „ Ty faszyskaja morda, nie pryznajuszsia, szto brał uczaścije w aresztowaniu predsiedatiela czerez gestapo!”. Krzyczy, ruga, żebym się przyznał do winy.

Ja znów powtarzam, że mnie tam nie było. Jeszcze z większą wściekłością rzuca się na mnie.

Ale ja milczę.

Wreszcie otwiera drzwi do pokoju i mówi do konwojenta  :” Zabieraj etowo faszysta”. Ręce zakładam w tył i idę, a za mną z automatem kroczy konwojent.

Ludzie idący chodnikiem, dają nam drogę i ukradkiem, z lękiem przyglądają się mi, jakbym był jakimś złoczyńcą, który mordował ludzi.

A przecież ja byłem naprawdę niewinny. Podłość sowieckiego czekisty to sprawiła.

  Przez pięć dni znów siedzę na swoim barłogu i opowiadam towarzyszom niedoli, jak zachował się wobec mnie sowiecki sędzia śledczy.

Po pięciu dniach słyszę swoje nazwisko w okienku : „ Konopielko – wychodzi”.

Chwytam marynarkę na plecy i już staję w otwartych drzwiach.

Ja na przedzie, a on z automatem za mną.

Domyślam się, że pewnie będzie konfrontacja z tymi oskarżycielami, którzy podpisali się na protokóle. Wchodzimy na korytarzy prowadzący do drzwi sędziego śledczego. Tuż przy nich siedzą Szczęsna Maria, która oskarżała mnie  w sądzie i jakiś nieznajomy mężczyzna.

Konwojent wpuszcza mnie do pokoju śledczego i sam się cofa.

Mówię: „ Dzień dobry”. Odpowiedzi z jego strony nie usłyszałem.

Wzywa, otwierając drzwi – Szczęsną Marię. Ta już jest także w pokoju śledczego. Zwraca się do Szczęsnej z zapytaniem: „ Czy ona mnie zna?” Ona odpowiada, że zna. Zadaje jej drugie pytanie: „ Czy on – pokazuje ręką na mnie – był w czasie aresztowania przez gestapo waszego brata- Szczęsnego Sergiusza?”. Ona odpowiada: „ Jego nie było”. Konsternacja u sędziego. Jest zaskoczony taką odpowiedzią.

Natychmiast każe jej wyjść za drzwi i sam za nią idzie na korytarz.

Słyszę, jak podniesionym głosem mówi, że ona podpisała protokół , w którym jest podpisane, że Jan Konopielko był obecny w czasie aresztowania waszego brata. Wy za to będziecie skazana na pięcioletnie więzienie. Jeśli powiecie, że był, nic wam nie grozi.

Wracają do pokoju i sędzia znowu ją pyta, czy byłem w czasie aresztowania.

Odpowiada ze spuszczoną głową, że „ był”.

Każe jej podpisać się na sporządzonym protokóle. Podpisuje i sędzia każe jej opuścić pokój – jechać do domu.

A teraz zwraca się do mnie i mówi. Będziemy kończyć śledztwo.

 Czyta protokół zakończenia śledztwa, ja uważnie słucham. Po skończeniu czytania, mówi do mnie : „ Podpiszcie”. Ja odpowiadam, że takiego protokółu nie podpiszę, bo w nim nie napisano, że na pierwsze pytanie , Szczęsna odpowiedziała, że mnie tam nie było, kiedy aresztowali predsiedatiela, a dopiero  za drugim razem, kiedy już przyszła z korytarza zmaltretowana i nastraszona pięcioletnią karą więzienia za to zeznanie .

Dlatego też proszę, o napisanie nowego protokółu zakończenia śledztwa z uwzględnieniem tego, co ja powiedziałem i ja to podpiszę .

Przy tym, dodałem, że ja jeszcze chcę przejrzeć całą teczkę swojej sprawy. Ja sam umiem czytać po rosyjsku.

Wściekł się na moje „ Nie podpiszę” i na moje żądanie przejrzenia teczki mojej sprawy. Krzyczał: „ podpisuj, jeśli nie podpiszesz- zabiję”. Chwyta spod pieca polano drewna przyniesione do ogrzania pieca, podnosi je do góry i mówi: „ Jeśli nie podpiszesz, zabiję”.

Zabijaj, ja i tak nie podpiszę, póki wy nie poprawicie protokołu i  nie dacie mi do przejrzenia.

Na to on, pluje mi w oczy i rzuca polanem pod piec.

Ja na to: „ Choroszaja kultura sudzi śledowatiela ( sędziego śledczego) . Proszę mi dać prokuratora, ja jemu wszystko przekażę.”

Prowadzący śledztwo otwiera drzwi pokoju i każe konwojentowi mnie zabrać.

Wracam  do celi ze łzami w oczach , ale i z wściekłością, którą zaraził mnie ten Tatar.

Nazajutrz wzywają mnie znowu na śledztwo.

Wpuszczają mnie do pokoju sędziego śledczego, gdzie już jest „ Prokurator”. Pyta mnie, dlaczego nie podpisuję protokołu zakończenia śledztwa. Zamiast odpowiedzi na to pytanie , proszę go,  żeby wyprosił  sędziego śledczego z pokoju, dlatego, że wstydzę się mówić w jego obecności. Z początku powiada, że on nie może tego zrobić, ale po chwili namysłu mówi, żeby śledczy wyszedł. Ten opuszcza pokój.

Ja na to” „ Eto choroszo. Wy prawilno razsmotritie moju żałobu”. (To dobrze. Wy sprawiedliwie rozsądzicie moją skargę )

On na to –  mówcie:

Opowiedziałem o śledztwie z panią Szczęsną Marią, która na pierwsze pytanie odpowiedziała, że mnie nie było jak aresztowali jej  brata, a po raz drugi, powiedziała, że byłem obecny.

Po przesłuchaniu mojej skargi powiedział: : „ Nie prinimaju waszej żałoby, kogda ja nie podpiszu okończanija śledztwa”. ( Nie przyjmuję waszej skargi , dopóki nie podpiszę zakończenia śledztwa)

Na tym się skończyła moja rozmowa z prokuratorem.

Wszedł do pokoju śledczy i kazał konwojentowi odprowadzić mnie do aresztu.

Wracam na swoje przeklęte nary i myślę, co oni będę ze mną robić?

Prokurator i śledczy postanowili zaprosić do siebie głównego naczelnika śledztwa- pułkownika.

 A więc na drugi dzień ponownie prowadzą śledztwo ze mną.

Gdy już byłem w tym przeklętym pokoju, przyszli: pułkownik, prokurator i śledczy.

Pułkownik pyta mię:

” Poczemu wy grażdanin nie podpisywajecie okończanija śledztwa?”.

Ja odpowiadam:  „ Potomu, szto śledowatiel napisał w protokole nie tak, kak eto było skazano na naocznej stawkie czerez Maria Szczęsna, szto mienia nie było kak arestowali niemcy jej  brata. I nie podpiszu, poka nie budiet isprawleno ( poprawiono) – szto pierwej raz skazała, szto mienia tam pry aresztowanii nie było”.

A on, pułkownik mówi: „ Ty siebie płocho diełajesz”.  ( Ty źle robisz dla siebie) .

A ja na to: „ Chuże ( gorzej) nie budiet czem tiepier”.

Napisali protokół i czytają : „ Grażdanin Jan Konopielko odkazywajet ( odmawia) podpisania okończanija śledztwa.”. Podpisują się pod tym we trójkę i mówią, żebym i ja się podpisał.

 Ja odmawiam i mówię:” Jeżeli napiszecie, dlaczego odmawiam – podpiszę ten protokół”.

„ Iż kakoj mudry” mówi pułkownik.

Odprowadźcie go, pożałuje, ale będzie już za późno.

Te ostatnie słowa naczelnika w randze pułkownika NKWD – Narodnyj Komisariat Gławnoj  Biezapasności – nie przestraszyły mnie, ale utwierdziły , że taka jest sprawiedliwość w NKGB.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 19 ). Aresztowanie….


Zdjęcie z albumu rodzinnego moich Teściów – Jan już po powrocie z katorgi – pomimo tego co przeżył – zawsze pogodny …...

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 ARESZTOWANIE

       Wczesnym rankiem w końcu miesiąca sierpnia 1944   roku weszło dwóch mężczyzn do naszego mieszkania ( w  Smorgoniach niedaleko Wilna ) i jeden z nich zapytał”  „ czy mieszka tu Jan Konopielko?”.

Stojąc w drzwiach sypialni , odpowiedziałem, że ja jestem tym, o którego pytają. Poprosił mnie o dowód osobisty. Wręczyłem mu. Popatrzył, popatrzył, w końcu mówi, że jestem aresztowany. Przy tym wyjmuje nakaz aresztowania i mi wręcza.

Czytam i mu zwracam. Mówi:” Idziesz z nami”.

Proszę ich o pozwolenie bym mógł  zjeść śniadanie. Pozwalają. Porozumiałem się z żoną wzrokiem – zrozumiała i podała śniadanie.

Gdy śniadanie było na stole z wódką, którą przyniosła. Poprosiłem i ich do spożycia tego posiłku i wypicia po kieliszku. Prośbę moją przyjęli.

Po śniadaniu spytałem, czy mogę iść do toalety, znajdującej się na podwórku. Udzielono mi pozwolenia i ja, wraz z jednym NKW- dzistą oddaliłem się, by oddać dług przyrodzie. Ta czynność trwała około trzech- pięciu minut, a ten mój stróż z polecenia Stalina, stał obok mnie i uważnie śledził moje ruchy, żebym nie dał drapaka to jest nie uciekł.

Nie myślałem ja o ucieczce i wróciłem spokojny do mieszkania , gdzie już był nastrój pogrzebowy.

 Żona płakała, dzieci: Mirek i mały Pawełek jej wtórowały. Ja tylko ich zapewniałem, że niedługo wrócę do domu, do nich, że nie zginę.

 Uściskając na pożegnanie żonę i dwóch łkających synków, opuściłem ze łzami ten kochający dom rodzinny.

NKW-dziści zaprowadzili mnie do aresztu.

Tam spotkałem już nie jednego znajomego.

W następnym dniu dowiedziałem się, że mnie i jeszcze kilka osób poprowadzą do Wilejki, wojewódzkiego miasta znajdującego się w odległości 25 km od Smorgoń.

O godzinie mniej więcej 11-tej zabierają mnie z aresztu i każą stanąć na podwórku koło furmanki. Za parę minut przyprowadzają kobietę i mężczyznę, którymi są sąsiedzi zamordowanych teściów- Ciunowiczowa i Gradzina.

W tymże czasie ktoś z krewnych przynosi mi od żony torbę z żywnością, którą za pozwoleniem konwojenta, pakują na wóz.

Już obaj konwojenci: lejtnant i szeregowy, ustawiają nas za furmanką a sami stają za nami i dają komendę: ruszamy!.

Wyjeżdżamy na główną ulicę prowadzącą z Wilna do Mińska. Wóz rusza powoli, my za nim kroczymy ze spuszczonymi głowami.

Mieszkańcy miasteczka z lękiem spoglądają zza węgłów swoich chat na ten nieszczęsny jakby pogrzebowy pochód.

Na uboczu, za mostem tej ulicy, widzę czekających mnie na pożegnanie żonę, brata Mateusza i nianię z trzyletnim Pawełkiem. Zwracam się do konwoju, żeby pozwolił mi pożegnać się z synkiem i rodziną. Całuję ich ze łzami w oczach i mówię Kochanemu Pawełkowi: tata będzie daleko, daleko?.

Żonie i bratu konwój pozwala odprowadzić mię do mostu na rzece Wilii.

Kroczymy końskim krokiem przez trzy kilometry i przed mostem zatrzymujemy się.

Żegnamy się z żoną, bratem i mówię, że niedługo się spotkamy.

Jeszcze daję polecenie małżonce, żeby zebrała z pola wysuszoną koniczynę.

Wóz rusza i my za nim.

Przejeżdżamy most. Przed nami już droga bez bruku.

Konwojent daje rozkaz, byśmy zeszli z kolein i szli ścieżką po prawej stronie wozu. Sam naczelnik konwoju wdrapuje się na wóz, a za nami już idzie tylko szeregowy konwoju z karabinem na ramieniu.

Lejtnant zadrzemał na wozie, a ja w tym czasie  zbliżyłem się do konwojenta i zacząłem mu opowiadać- pytać- za co mnie aresztowali? Muszę tu wspomnieć, że tym szeregowym konwojentem był mój uczeń z piątej klasy w szkole w Sukniewiczach.

Rozmowę naszą przerwał budzący się naczelnik konwoju. Kazał swojemu podwładnemu iść trzy kroki od aresztowanych.

W takim porządku doszliśmy do wioski Dzierwieli.

Tu starszy konwojent dał rozkaz zatrzymać się, bo już zaczynało się na dworze robić szaro- ciemno.

  Władza zaszła do jednego domu z tej wsi i zapewniła nocleg dla nas wszystkich.

Wprowadzono nas do pustej chaty, gdzie na ławkach stojących pod ścianami usiedliśmy i tak w tej pozycji odpoczywaliśmy całą noc do świtu- aż się dobrze rozwidniło na dworze. Przy nas przez całą noc siedział z karabinem ten mój uczeń piątej klasy.

Nazajutrz, gdy tylko się dobrze rozwidniło, ruszyliśmy w drogę do Wilejki, która jeszcze znajdowała się o około 20 km.

Za cztery godziny byliśmy już na podwórku śledczego. Naczelnik konwoju opuścił nas, zostawiając z nami konwojenta.

Długo, bo aż do samego ciemna, odpoczywaliśmy i pokrzepialiśmy się czym mogliśmy.

Nasz starszy konwojent nie potrafił przekazać nas wojewódzkim władzom śledczym, bo jak później dowiedzieliśmy od młodszego konwojenta, nie miał dokumentów potrzebnych  uprawniających do posadzenia nas w areszcie wojewódzkim.

Na noc musiał schować nas w piwnicy i zamknąć na kłódkę i na zewnątrz ustawił posterunkowego w osobie mojego ucznia.

Na surowej ziemi, bez żadnej podściółki, przeleżeliśmy w tej ziemiance do godziny 9- tej rano i wypuszczono nas na podwórko, gdzie jeszcze stał wóz, na którym przyjechał nasz władca. Teraz rozdzielili nas.

Mnie poprowadzili do aresztu śledczego, a tych dwojga, chyba puścili do domu, bo ja już ich więcej nie widziałem.

W areszcie śledczym w Wilejce

Mnie oddano strażnikowi oddziału śledczego. Ten zaprowadził mnie na korytarz i zamknął w ubikacji.

Będąc tam i wiedząc, że będzie jeszcze robił „ Szman”-  tj. kontrolował , schowałem chemiczny ołóweczek do cholewy buta.

Gdy otworzył drzwi , obszukał wszystkie moje kieszenie i torbę z żywnością, wpuścił mnie do aresztu – gdzie już nie było mało – dużo siedzących i leżących aresztowanych.

 Patrzyli na mnie, a ja na nich.

Nikogo nie znalazłem ze znajomych. Wszyscy byli obcy.

Na twarzach ich widziałem smutek i żal- te same uczucia jakie ja przeżywałem stojąc przed nimi.

Ten żałosny nastrój przy spotkaniu, przerwał nam strażnik otwierający drzwi do sali wywołując jednego z aresztowanych do wyjścia na korytarz.

Żona tego nieszczęsnego z synkiem sześcioletnim przyszła, żeby mu pokazać, gdzie jest tatuś. Krótko trwało to widzenie i trzeba było opuścić korytarz. Syn w niebogłosy krzyczał, żeby tato szedł z nim, do domu. Żałosny to był  krzyk dziecka. Później dowiedziałem się, że to był dyrektor średniej szkoły w Wilejce.

Widzenie niedozwolone skończyło się. Trwało dwie minuty. Żałosny płacz dziecka spotęgował i nasz smutek.

 Już ja siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 11). Idą sowieci ….


Stare zdjęcie z albumu moich Teściów – młyn w Cicinie skąd pochodziła moja teściowa. Wśród innych dóbr był własnością jej rodziców. Ojciec kilkukrotnie wyjeżdżał do Ameryki Północnej i Południowej gdzie ciężko pracując pomnażał majątek. Na swoją i rodziny zgubę – o czym będzie dalej ….

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

      1 września 1939 rok

  1 września 1939 r. to data wybuchu drugiej wojny światowej.

W wojnie z Niemcami udziału nie brałem, ale ciężko przeżywałem, jak Ojczyzna – Polska była deptana przez niemieckiego żołnierza. Wojna trwała około dwóch tygodni i skończyła się klęską Polaków.

Niemcy, po rozbiciu polskiej armii nie doszli do nas, tj do województwa Wileńskiego, w którym my mieszkaliśmy.

Te tereny wkrótce zajmowała armia radziecka, która posuwała się wolnym krokiem koło mojej szkoły w kierunku Wilna.

Ta wiadomość, że idą” Sowieci” spowodowała w tych stronach anarchię, w której zostali wypuszczeniu z więzień w Wilnie różnego rodzaju bandyci.

Nawet biedniejsi  chłopi  dotychczas spokojni zaczęli  napadać na zaprzyjaźnionych sąsiadów, ale bogatszych –  grabili i zabijali ich.

Takie wypadki miały miejsce nawet w naszej okolicy, w Cicinie, gdzie mieszkali rodzice mojej żony, i w tym właśnie czasie przebywał w gościnie mój czteroletni synek – Mirek.

Któregoś dnia  dowiedziałem się  o  grabieży w Cicinie – u moich teściów, natychmiast wsiadłem na rower i już odjechałem od szkoły pięćdziesiąt metrów,  gdy nagle spostrzegłem kolumnę wojsk radzieckich, poruszających się w moim kierunku.

Zatrzymałem się i czekałem, aż wojska mnie miną.

One nie minęły mię , bo także stanęły naprzeciwko mojej szkoły.  Podszedłem do grupy żołnierzy i pozdrowiłem ich w języku rosyjskim.

Nieśmiało, wahając się  odpowiedzieli mi dzień dobry ( po rosyjsku).

Widząc wśród nich oficera w stopniu lejtnanta – porucznika, zwróciłem się do niego z prośbą- i zacząłem mówić, że niedaleko stąd – o 4 km – grabią i zabijają biedniejsi chłopi zamożniejszych. Czy nie mógłby pan porucznik wysłać tam kilku żołnierzy, żeby ich uspokoić. Odpowiedź: Nie mogę. Za nami idą żołnierze administracyjni i oni zaprowadzą porządek.

      Za dwadzieścia minut byłem przy szkole w Cicinie, gdzie stała gromadka mężczyzn i patrzyła jak jedna furmanka zjeżdżała ze wzgórka.

Ludzie krzyknęli, że to jadą grabieżcy od Wojciula, od mojego teścia mieszkającego od szkoły o kilometr za wzgórzem.

Natychmiast rzuciłem rower i prosiłem ludzi, żeby mi pomogli dopędzić tych bandziorów i odebrać im to, co wieźli. W pięciu rzuciliśmy się na spotkanie ich. Gdy jadący spostrzegli nas biegnących w ich kierunku, zawrócili konia i zaczęli uciekać od nas. Zanim my dognaliśmy na wzgórze, już oni byli za posiadłością moich teściów, których dom stał o trzydzieści metrów od tej drogi.

Widząc, że nie dopędzimy uciekających grabieżców, bo jechali coraz szybciej z górki,  zaszliśmy do teściów, którzy niezmiernie się ucieszyli z naszego przybycia. Opowiedzieli, że bandyci zabrali chomąto, lejce skórzane, trochę mięsa, słoniny i patefon. Bielizny naszej nie było pod ręką, więc nie mogli chwycić.

Moich wspólników w obronie rodziców, teściowie uczęstowali i oni poszli do domu.

Ja na parę minut zatrzymałem się. Omówiłem z rodzicami sprawę wymłócenia zboża na chleb.

Obiecałem im przysłać pomoc ze swojej rodzinnej wsi, znajdującej się o 10 km od nich. Wreszcie pożegnałem się, zabrałem tam przebywającego synka – Mirka i piechotą z nim poszedłem do szkoły, gdzie zostawiłem swój rower.

Szedł on z pełnymi oczami łez. Tak mu było przyjemnie u babci i dziadka, mógł łapać w stawie ryby ze swoimi rówieśnikiem, synkiem rodziców – Pawełkiem. Od szkoły jechaliśmy do domu rowerem. Niezmiernie ucieszyła się matka – moja Helutka , gdy go zobaczyła  już w domu, na podwórku szkolnym.

My mieszkaliśmy w budynku szkolnym specjalnie pobudowanym dla kierownika szkoły.

Po krótkim odpoczynku , ja udałem się na rowerze do swojej rodzinnej wsi Kołpiei, znajdującej się o 6 km od mojej szkoły, za rzeką Wilią. Tam udało mi się namówić brata i krewniaka na wyjazd do Cicina do Wojciula na jeden dzień- sobotę – tj. na jutrzejszy dzień na młóckę.

Brat Michaś, założył własnego konia do wozu, na który ja postawiłem swój rower, bo już nim jechać było za ciemno, przyszedł też krewniak i pojechaliśmy.

U rodziców byliśmy za dwie godziny. Na podwórku spotkały nas ujadające psy. W mieszkaniu nikogo nie było. Wszyscy spali w stodole, bo bali się powrotu grabieżców . Na odgłos szczekania psów wyszedł gospodarz- mój teść  i zaprosił  gości do mieszkania na kolację.

Ja spożyłem tylko szklankę mleka, i odjechałem do domu, chociaż było już zupełnie ciemno. Jakoś dojechałem szczęśliwie.

Domownicy: żona i synek spotkali mię z wielką radością.

       Nazajutrz po śniadaniu pojechałem rowerem do Oszmiany, powiatowego miasta, gdzie znajdował się inspektorat szkolny – już sowiecki . Byłem wezwany do tego urzędu przez władzę radziecką –  inspektora szkolnego. Gdy byłem u drzwi, zapukałem i usłyszałem- proszę- otworzyłem drzwi i zobaczyłem stojącą przede mną kobietą. Domyśliłem się, kto to jest. Więc pozdrowiłem ją mówiąc- dzień dobry. Przedstawiłem się. A ona usłyszawszy moje nazwisko, powiedziała: Wy Ukrainiec?. Ja odpowiedziałem: Nie, ja jestem Polakiem. Powiedziała mi, że mam otworzyć szkołę i nauczać dzieci w języku białoruskim. Wyszedłem za drzwi i tu spotkałem  kolegów- nauczycieli. Powiadomili mnie, że w domu Związku Nauczycielskiego wypłacają nam pobory w imieniu Polski. Zgłosiłem się do Związku i otrzymałem 450 zł –pobory za dwa miesiące.

Jeszcze w tym czasie można było kupić w sklepie wszystko. Więc szybko pojechałem do sklepu. Nakupowałem dużo łakoci, spirytusu litr, materiał na ubranie. To wszystko dobrze spakowałem na bagażnik i pomknąłem do domu.

            Już ciemniało, gdy byłem u siebie.

Żona niespokojna opowiedziała mi, że przed paru minutami przechodzili tu, koło szkoły , trzej mężczyźni i pytali o drogę do remizy. Pomyślałem, że pewnie jakieś osoby wracały z wojska do domu.

Nazajutrz okazało się, że to byli bandyci, którzy wymordowali, wyrżnęli całą rodzinę moich Teściów….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 7 ). Życie nauczyciela i perypetie z pierwszym rowerem :) .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Przez sześć miesięcy pracy w szkole zaoszczędziłem ponad 600 zł. Pobory moje wynosiły 165 zł miesięcznie plus 25 zł na mieszkanie. Postanowiłem wydać je na święta Wielkanocne i kupno roweru.

Za połowę tej sumy ( 300 zł) kupiłem dla mamy wełny na suknię, tacie- ubranie, bratu starszemu- buciki, 6- ciu siostrom- materiału na sukienki i dwóm braciom młodszym- materiał na koszule. Oprócz tych podarków , zakupiłem dla taty dwie paczki papierosów i parę paczek machorki. Ponadto dla wszystkich przygotowałem cukierków i obwarzanek plus butelkę wódki.

Ze wszystkimi tymi prezentami wyjechałem na święta do swojej rodziny- do rodzinnej wsi Kołpiei- do rodziców. Jechałem pociągiem ze stacji Bieniakonie do Wilna, a z Wilna do Smorgoń. Dalszą drogę tj. ze stacji Smorgonie do swego celu podróży do Kołpiei odbyłem furmanką ze starszym bratem – Michasiem.

Na przyjazd mój z niecierpliwością czekali nie tylko rodzice, siostry i trzech braci, ale i sąsiedzi. Cieszyli się wszyscy z mojego przyjazdu. A największą radość sprawiłem im prezentami , którymi ich obdzieliłem. Tato był dumny ze swego „ Jaśki” ( tak mnie nazwano). Przybyłych do mieszkania sąsiadów częstował tabaką i papierosami, a ja częstowałem cukierkami dzieciaki i wszystkich domowników.

    Pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy, spędziłem u rodziców, na drugi dzień wyruszyłem do swojej  ukochanej „ siostrzyczki” Helusi, która mieszkała od naszej wsi o 15 km. ( Wielka Jedyna Miłość i późniejsza żona Jana – przyp. Z.K. ). Drogę tę przebyłem sam kierując czarnym  rumakiem, wyhodowanym przez mego starszego brata Michasia. Spotkanie było radosne z niewinnymi uściskami i pocałunkami. Obdzieliłem wszystkich prezentami i cukierkami. Po uroczystym przyjęciu  grałem wszystkim na skrzypcach różne utwory wesołe i smutne. Na drugi dzień mojego pobytu w gościnie odwiedziliśmy z Helusią p.p. Piątych, małżeństwo naszych dobrych znajomych- bliskich mi  po fachu- nauczycieli. Do rodziców wróciłem w trzecim dniu. Wróciłem szczęśliwy i zadowolony.Trzy dni ostatnie spędziłem w swojej wsi. Tu spotkałem się ze swoimi rówieśnikami- kolegami ze szkoły podstawowej. Bawiłem się z nimi na ich zabawach tanecznych. Z wielkim szacunkiem odnosili się do mnie. Starsi wiekiem ode mnie zwracali się do mnie na „Pan Jan”, a nie jak przedtem „Jaśka”.

    Powrotną drogę do szkoły z gościny odbyłem tą samą trasą- koleją żelazną – ze Smorgoń przez Wilno do stacji Bieniakonie. W drodze powrotnej widziałem się z kolegami ze szkolnej ławy w seminarium . Opowiadali mi o ciężkiej pracy w swojej szkole. Ja natomiast myślałem że u mnie w szkole była zabawa nie praca. Z  11 osobową  grupką uczniów to był oddech. Chociaż musiałem łamać głowę przez kilka godzin nad przygotowaniem się do lekcji.

                        Nauka jazdy na nowym rowerze.

      Kupiłem sobie rower Wanderer w Wilnie. Przywiozłem go furmanką ze stacji do Bil- swojego miejsca pracy. Zaraz po wyładowaniu „ tej maszyny – lśniącego ładnego roweru” zabrałem się do nauki jazdy na nim.

Muszę się przyznać, że nigdy dotychczas nie miałem do czynienia z takim środkiem komunikacji. Nie umiałem nawet go prowadzić za rączki- kierownicę. Toteż naukę rozpocząłem od opanowania umiejętności chodzenia z nim, prowadząc go za rączki. A tu trzeba jeszcze dodać, że ulica w tej wiosce nie była nie tylko asfaltowana, ale nawet pełna błota. Więc  z trudem zaciągnąłem swój rower za wieś, gdzie było nieduże poletko ziemi, co prawda mające nieduże bruzdy, ale lepszego już znaleźć nie było można i na takim skrawku ziemi pchałem tam i z powrotem swój piękny rower. Z kolei w tymże samym dniu zacząłem stawiać lewą nogę na pedale i pchać do naprzód. Szło to z wielkim trudem. Zmęczyłem się i spociłem, chociaż byłem cały czas w trakcie tego ćwiczenia w jednej bluzie. Upadłem, wywróciłem się kilka razy w ciągu tej nauki. Podarłem spodnie i poszarpałem sobie ręce do krwi padając na rower. Ćwiczenie  jazdy na lewym pedale zostawiłem na następny dzień i wróciłem do swego mieszkania z wielkim apetytem na jedzenie. Zjadłem kolację i zaraz położyłem się do odpoczynku. W następnym dniu zaraz po śniadaniu udałem się na swoje „ boisko” , miejsce ćwiczeń ( jeszcze trwały ferie wielkanocne) i zacząłem przedłużać naukę jazdy. Od razu rozpędziłem rower trzymając jedną ( lewą) nogę na pedale, spróbowałem zarzucić prawą nogę za siodełko. I bęc, na młodą zieloną trawkę. Nie udało się. Spróbuję drugi, trzeci raz , wszystko mi się nie udaje, ale bez przewracania się. Zjechałem kilka razy z pochyłej grzędy na jednym pedale. Próbuję innego sposobu. Prawy pedał nastawiam pionowo. Prawą nogę przekładam przez ramę , lewą nogę stawiam na pedale i podnoszę się na rączkach kierownicy w górę, siadam na siodełku padając jednocześnie w przód całym swoim ciałem. Rower potoczył się, a ja zdążyłem prawą nogą nacisnąć na pedał najpierw prawy a później lewy. Rower się toczył.  Jeszcze raz nacisnąłem na pedały , ale straciłem równowagę i upadłem. O, jakaż była radość w mym sercu z przejechania na siodełku tych 6 metrów. Ten pierwszy sukces dodał mi ochoty do kontynuowania tej nauki. Teraz powtarzałem raz za razem ten sposób siadania na rower i za każdym razem szło mi coraz lepiej i lepiej. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem się w tej jeździe. W końcu próbowałem jeździć po drodze suchej, którą kroczył koń, ciągnąc wóz. Ścieżką, którą chodzili ludzie  trudniej mi było jechać, gdyż wpadałem do rowu, ścieżka była  dużo węższa od dróżki zrobionej przez konia. Ciężka to była droga, ale bezpieczniejsza- rzadziej się wywracałem. Gdy opanowałem siadanie na siodełku przy pomocy unoszenia się na rękach, zacząłem ćwiczyć siadanie, stawiając lewą nogę na pedał i zarzucając prawą nogę za siodełko przy rozpędzonym rowerze. Ten sposób był o wiele trudniejszy do opanowania. Po paru tygodniach i ten przyswoiłem.

   A więc po trzech tygodniach jeździłem już dość możliwie. Pierwszą drogę na pięknym rowerze odbyłem ze swej szkoły do szkoły w Konwaliszkach znajdujących się o 3 km. Prawdę mówiąc, nie obeszła się ta jazda bez przygód. Kilka razy wywróciłem się i poszarpałem do krwi łydkę. Jednak ta przykrość nie powstrzymała mnie od następnych przejażdżek. Robiłem je niemal każdego dnia po obiedzie po lekcjach. Po miesiącu jazdy, całkowicie opanowałem jazdę na rowerze i zacząłem już odwiedzać swoich kolegów mieszkających i pracujących  w gminnym miasteczku Dziewieniszkach, położonym o 12 km od Konwaliszek. Wszędzie , gdzie się zjawiłem, moim rowerem zachwycali się koledzy i młodzież.

Po godzinach zajęć najczęściej jeździłem do Konwaliszek do księdza Brzozowskiego. Od niego dowiedziałem się, że on pracował- był księdzem w Popowcach osiedle gminy Wojstom pow. Wklejka. Ja przypomniałem , że w jego parafii przystępowałem po raz pierwszy do spowiedzi i komunii świętej.

Część wolnego czasu poświęcałem Kołu Młodzieży Wiejskiej, które założyłem w tej wsi. Z tą młodzieżą urządziłem jedno przedstawienie , na które zaprosiłem księdza i nauczyciela. Przedstawienie zakończyło się zabawą taneczną.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 6 ). Duma i radość z pracy nauczyciela

 

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia 1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Od strony  31-

ROK 1982-  STYCZEŃ.

Minęło już czterdzieści cztery lata od chwili, kiedy przestałem opisywać swoje życie- swój życiorys- swoje wspomnienia. Opisałem to do momentu przyjazdu do mojej pierwszej szkoły w Bilach- Gm. Dziewiewiszki pow. Oszmiański- do filii trzyklasowej szkoły w Konwaliszkach.

      Po przyjeździe do tej szkółki kierownik macierzystej szkoły który mnie towarzyszył w drodze,  przekazał szkołę i dokumenty wraz z dziennikiem lekcyjnym.

     Jadąc już przez wieś Bile dowiedziałem się od kierownika szkoły- mojego przełożonego, że tu jest druga szkoła- szkółka litewska, a ja mam pracować w polskiej szkole.

      Odjechał kierownik do swojej szkoły, a ja ze swoim bagażem zostałem sam.

Po paru minutach zgłosił się do mnie gospodarz tego domu. On mieszkał z rodziną w drugiej części pomieszczenia. W rozmowie z nim- gospodarzem- ustaliliśmy, że będąc u nich na całodziennym stołowaniu, płacąc im po 20 zł miesięcznie. A już w tymże dniu skorzystałem z kolacji na którą mnie zaprosił gospodarz.

Pierwszą noc spędziłem – spałem w szkole na stole na materacu wypchanym sianem.

 Noc nie minęła bez wrażeń, bo myszy harcowały po ławkach i przeskakiwały przeze mnie.

     W drugim dniu pobytu w mojej nowej szkole znalazłem sobie mieszkanie, oddzielny pokój z dwoma dużymi oknami, ale bez pieca. Umówiłem się płacić gospodarzowi po 15 złotych miesięcznie, gdy postawi piec.

Wracam więc od gospodarza, gdzie mam mieszkać, do szkoły , koło której już się kręcą dzieciaki. Witam się z nimi, mówiąc i „ dzień dobry”. Mówię, że będę ich nauczycielem, że jutro mają wszystkie przyjść do szkoły o godzinie 8.00 rano. Paru chłopców większych proszę o pomoc w przenoszeniu mi rzeczy do domu, w którym będę mieszkał. Z chęcią ze mną idą i urządzam przy ich pomocy łóżko- stawiam dwie ławki drewniane obok ściany i pokrywam je deskami, których dostarczył mi właściciel tego domu. Przybijamy gwoździami i już mamy łóżko. Na to łoże kładę siennik- materac- wypchany sianem. Wyciągam prześcieradło i zaścielam- pokrywam całość , a na wierzch tego wszystkiego kładę- rozścielam koc. I już mam łóżko gotowe- posłane. Gospodarz przynosi taborety dwa i jakiś stolik.

To jest umeblowanie w moim  pokoju.

Po obiedzie odwiedzam wieś i jej okolice.

Dowiaduję się, że najbliższa stacja kolejowa jest w Bieniakoniach o 10 km odległa, znajduje się ona między stacją Lida i…..

Do szkoły macierzystej w Konwaliszkach mam 3 km.

W tychże Konwaliszkach jest Kościół Katolicki, w którym duszpasterzem jest ks. Brzozowski, mój dawny znajomy, bo pierwszą Komunię przyjmowałem z jego rąk w 1916 roku w Popowcach Gm. Wojstom pow. Wilejski. Z przyjemnymi myślami , że już jestem nauczycielem , wróciłem do swego pokoju i po spożyciu kolacji położyłem się do spania na „ madejowym łożu” i już  tu myszy  nie trwożyły mojego błogiego snu.

     W drugim dniu mojego pobytu w tej szkole nastąpiło moje I- sze spotkanie z uczniami- dwiema uczennicami i dziewięciu uczniami- chłopakami. A więc była to bardzo  mała grupka dzieciaków- tylko 11. Zapisałem ich do dziennika lekcyjnego. Podzieliłem ją na grupy. Do I-szej klasy zaklasyfikowałem 3 chłopaków , do II kl.- czterech uczniów ( dwie dziewczynki i dwóch chłopaków) i do III kl. – 4 chłopaków. I i II klasę połączyłem w jedną zmianę, która miała się uczyć od godz. 8 rano do 11, a III klasa – czterech chłopców , miała przychodzić do szkoły na drugą zmianę.

   Poinformowałem ich o podręcznikach, które mieli do nabycia. Niektórzy już mieli takie książki, a nawet zeszyty z przyborami do pisania i rysowania.

Rozmowa, którą prowadziłem z uczniami była z początku nieśmiała a dopiero następnego dnia ożywiła się i poczułem się i ja także raźniej.

Po trzech godzinach lekcyjnych puściłem dzieciaków do domu, a ja również w dobrym nastroju wracałem do swego gołego pokoiku.

                  Przygotowanie się do lekcyj.

   Nie zważając na to, że miałem bardzo mało uczniów w klasie do lekcji przygotowywałem się bardzo solidnie. Każdą jednostkę lekcyjną opracowywałem: pisałem temat lekcji, plan jej, pytania nauczyciela i odpowiedzi ucznia. Przede mną na stoliku leżały wszystkie podręczniki , których używały dzieci do nauki w szkole. Znajdował się również i program nauczania do którego coraz to zaglądałem, by lekcję ułożyć poprawnie- metodycznie.

     Opracowywałem każdą lekcję dla każdej klasy. Robiąc te konspekty pamiętałem, że będą one oceniane przez Komisję egzaminacyjną przed którą będę zdawał egzamin praktyczny po dwóch, trzech latach pracy w szkole.

Dotychczas byłem tylko nauczycielem tymczasowym , a po egzaminie praktycznym stawałem się nauczycielem stałym.

Przygotowanie do lekcyj zabierało mi dużo czasu, nieraz trzy i więcej godzin dziennie. Pracę tę wykonywałem z przyjemnością. Z przyjemnością też prowadziłem lekcje. Szczególnie lubiłem lekcje śpiewu, bo ja grałem na skrzypcach piosenki ( zaplanowane, a dzieciaki prędko je przyswoiły i z ochotą śpiewały).

    Po miesiącu pracy zapoznałem się z młodzieżą tutejszej wsi i okolicy. Założyłem tu Koło Młodzieży Wiejskiej i zorganizowałem chór młodzieżowy. Urządzaliśmy przedstawienia i zabawy, wieczorki taneczne.

Wieczorki odbywały się niemal każdej niedzieli.

Na nich sam bawiłem się- tańczyłem i uczyłem kulturalnie tańczyć młodzież.

Po dwóch miesiącach pracy nadeszły ferie zimowe. Do domu nie pojechałem na Święta Bożego Narodzenia , ale przesłałem paczkę z podarkami dla wszystkich, dla całego rodzeństwa z życzeniami świątecznymi.

Święta Bożego narodzenia spędziłem u księdza w Konwaliszkach. Z nim jeździłem końmi na sankach do kościoła o 10 km, gdzie ksiądz także odprawiał nabożeństwa. Pod koniec świąt wróciłem do domu i urządziłem choinkę dla dzieci , a dla młodzieży- zabawę.

Myślami w czasie Świąt byłem u swej ukochanej siostrzyczki- Helusi, która tak zawładnęła moją duszą i moim sercem, że nawet wszelkie pokusy nie imały się mnie przez minione prawie cztery lata (Helusia została żoną  Jana i przez kolejne ponad 50 lat wyjąwszy 12 przymusowej  rozłąki w czasie katorgi Jan poza nią świata nie widział – przyp.Z.K.) .

     Dni i miesiące mijały po Świętach szybko. Cały byłem pochłonięty pracą w szkole nad przygotowaniem do Święta 3 maja. Na zebraniu Rady Pedagogicznej postanowiono, że ja wygłoszę na placu sportowym przemówienia o 3 maju. Bez protestu przyjąłem propozycję, ale nie bez dreszczyku w sercu. Przecież ja jeszcze nie występowałem na trybunie przed publicznością.

Praca nad wystąpieniem:

  Najpierw ułożyłem plan ogólny do przerobienia, a następnie zapełniłem go materiałem- treścią ogólną. Gdy już miałem tak szkic w pamięci przystąpiłem do napisania treści szczegółowego tekstu. Nie szło to łatwo. Przekreślałem te zwroty i całe zdania. A gdy już stwierdziłem, że treść i forma jest możliwa zaczynałem czytać głośno. Wszystko to odbywało się w moim pokoiku i jak sam stwierdziłem, mój głos naruszał spokój moich gospodarzy mieszkających na drugim końcu ich domu.

     W następnym dniu uczyłem się tego przemówienia w lasku znajdującym się niedaleko od wioski. Szło to jak z kamienia- co pewien czas musiałem zaglądać do tekstu. Głos mój był dźwięczny i donośny. Słysząc to idący chłop koło lasku przestraszył się i opowiadał we wsi, że nasz „Pan” chyba zwariował, bo krzyczy i krzyczy w lasku. Ta repetycja powtarzała się przez parę dni. Chodziło mi o to, żeby to przemówienie wygłosić z pamięci bez kartki w ręku.

     Nadszedł dzień 3  maja. Przybywam z garstką swoich dzieci do Kościoła. Po nabożeństwie wychodzi tłum ludzi z kościoła i podąża w kierunku trybuny. Ja już jestem przy trybunie. Serce bije mi coraz mocniej. Koleżanki stojące obok pokpiwają  ze mnie, że się denerwuję, ale ja udaję zucha i uśmiechem odpowiadam im. Pada komenda „ Baczność” i harcerstwo śpiewa „ Jeszcze  Polska nie zginęła”. Podnoszę się na trybunę i zaczynam mówić. Setki oczu zwrócono w moim kierunku, ale ja już nikogo nie widzę. Tylko mówię i mówię raz głośniej raz ciszej , rozbrzmiewa mój głos. Wreszcie wznoszę : „ Niech żyje 3-ci maja”. Głośno powtarzają uczniowie i biją brawa. Po zakończeniu przyjmuję gratulacje od koleżanek i kolegów. Wyrażają uznanie za piękną mowę. Ksiądz przebywający w tym czasie w swoim mieszkaniu odległym o 50 m, słyszał wyraźnie moją orację i przy spotkaniu wyraził mi wyrazy uznania.

      Początek mojej kariery był na tym polu zabierania głosu publicznie bardzo udany i ośmielił mnie i często zacząłem występować z wypowiadaniem swoich zdań na konferencjach nauczycielskich.

    Ferie wielkanocne spędziłem w domu rodzinnym i u mojej Helusi…

c.d.n.